27.04.2025, 12:30 ✶
Ciężkie kroki rozbrzmiewały głucho po drewnianej podłodze, kiedy ubrany w swoje robocze buciory Moody próbował dostać się na korytarz prowadzący do pokoju jego siostry. Bardzo szybko próby te udaremniła mu jedna z uzdrowicielek, która na jego widok omal nie użyła wiszącego na jej szyi gwizdka — on jednak, jako człowiek z racji pełnionego zawodu spostrzegawczy — gotów był na zatrzymanie się zanim jej spierzchłe wargi dotknęły ustnika i uśmiechnął się do niej ciepło.
Wyglądało na to, że buty należało ściągnąć.
Nie myślał o tym wcześniej, ale miało to sens — bo tutaj dużo osób poruszało się w kapciach i klapkach, a on znosił syf (inaczej się tego nazwać nie dało) z ogrodu Bertiego, bo praca w nim zajmowała mu ostatnio cholernie dużo czasu. On też przemieszczał się teraz po Lecznicy bez jakiegokolwiek obuwia i chociaż charakterystyczny stukot nie rozchodził się już takim echem, Alastor wciąż był mocno zauważalny. No bo co — jak dwumetrowy chłop miałby się skradać — tacy ludzie i aurorzy jak Alastor nie zakradali się, tylko wchodzili w różne miejsca z należytym impetem, dobrze rozumiejąc swoje wady, zalety i zwyczajne, wynikające z natury rzeczy ograniczenia.
Może dlatego tak głębokie zamyślenie siostry tak mocno go ubodło? Bo przywykł do wesołego, pełnego energii rzutu na szyję, objęcia go rękoma za karkiem, wypuszczenia zdrobniałego imienia, a widział… Niepokój. Widział szereg paskudnych, przerażających oczu wpatrujących się w niego zupełnie tak, jak robiły to dziwaczne, leśne widma. Zdawały mu się wołać coś, ale nie potrafiłby określić co dokładnie i przewidywalnie przetarł oczy palcami, niedowierzając w to, że w ogóle dostrzegał i słyszał cokolwiek w nieruchomym obrazie. A właśnie całkowicie zdrowy Alastor Moody odwiedzał chorą Mildred Moody w przystani dla wariatów. Tydzień temu wydawało mu się, że panienka na recepcji z nim flirtuje, teraz przeszło mu przez myśl, że być może stawiała mu diagnozę.
Przesunął się bliżej, stukając palcami o nierówną framugę. Nie ukrywał swojej obecności, zamiast tego zapowiedział ją hucznie.
— A co ci zawsze mówiłem? — Zapytał miękkim głosem, wyraźnie tym rozbawiony. — Stała czujność, Mills. Gapię się na ciebie już chyba z minutę.
Powinna go czuć. Nie z powodu połączenia dusz i miłości. Powinna go czuć, bo powinna być czujna, nauczyć się wyczuwać zbliżające się, potencjalne niebezpieczeństwo — bo nie za każdym jak za nim szły dobroć i prawda. Zagrożenia nie były tak duże, wyraźne i realne jak on.
Zagrożenia mogły pachnąć węglem i pastelami kredowymi, czyniąc powietrze suchym i ciężkim. Zagrożenia śledziły ze ścian każdy ich ruch.
Wyglądało na to, że buty należało ściągnąć.
Nie myślał o tym wcześniej, ale miało to sens — bo tutaj dużo osób poruszało się w kapciach i klapkach, a on znosił syf (inaczej się tego nazwać nie dało) z ogrodu Bertiego, bo praca w nim zajmowała mu ostatnio cholernie dużo czasu. On też przemieszczał się teraz po Lecznicy bez jakiegokolwiek obuwia i chociaż charakterystyczny stukot nie rozchodził się już takim echem, Alastor wciąż był mocno zauważalny. No bo co — jak dwumetrowy chłop miałby się skradać — tacy ludzie i aurorzy jak Alastor nie zakradali się, tylko wchodzili w różne miejsca z należytym impetem, dobrze rozumiejąc swoje wady, zalety i zwyczajne, wynikające z natury rzeczy ograniczenia.
Może dlatego tak głębokie zamyślenie siostry tak mocno go ubodło? Bo przywykł do wesołego, pełnego energii rzutu na szyję, objęcia go rękoma za karkiem, wypuszczenia zdrobniałego imienia, a widział… Niepokój. Widział szereg paskudnych, przerażających oczu wpatrujących się w niego zupełnie tak, jak robiły to dziwaczne, leśne widma. Zdawały mu się wołać coś, ale nie potrafiłby określić co dokładnie i przewidywalnie przetarł oczy palcami, niedowierzając w to, że w ogóle dostrzegał i słyszał cokolwiek w nieruchomym obrazie. A właśnie całkowicie zdrowy Alastor Moody odwiedzał chorą Mildred Moody w przystani dla wariatów. Tydzień temu wydawało mu się, że panienka na recepcji z nim flirtuje, teraz przeszło mu przez myśl, że być może stawiała mu diagnozę.
Przesunął się bliżej, stukając palcami o nierówną framugę. Nie ukrywał swojej obecności, zamiast tego zapowiedział ją hucznie.
— A co ci zawsze mówiłem? — Zapytał miękkim głosem, wyraźnie tym rozbawiony. — Stała czujność, Mills. Gapię się na ciebie już chyba z minutę.
Powinna go czuć. Nie z powodu połączenia dusz i miłości. Powinna go czuć, bo powinna być czujna, nauczyć się wyczuwać zbliżające się, potencjalne niebezpieczeństwo — bo nie za każdym jak za nim szły dobroć i prawda. Zagrożenia nie były tak duże, wyraźne i realne jak on.
Zagrożenia mogły pachnąć węglem i pastelami kredowymi, czyniąc powietrze suchym i ciężkim. Zagrożenia śledziły ze ścian każdy ich ruch.
fear is the mind-killer.