05.02.2023, 18:52 ✶
Daisy cofnęła się odruchowo, gdy ten przeklęty kot znowu próbował ją zaatakować. To znaczy, tak naprawdę nie mogła być do końca pewna, że zaatakował ją właśnie ten sam kot, który zrobił to wtedy, gdy próbowała drania ściągnąć z cudzego balkonu i oddać dziecku, ale ile takich wrednych bestii mogło grasować po jednym zaułku? Cały miot? To całkiem prawdopodobne. Na Merlina, oby nie! Ślady poprzedniego ataku wciąż nosiła na rękach (głównie z lenistwa, bo przecież mogła już dawno uzdrowić małe zadrapania, które zamieniły się w ciemne strupki, zamiast paradować z nimi jak z osobliwym trofeum zdobytym w walce).
- Nie waż się! – syknęła do kota. – Nie waż się, bo cię oddam tej małej psychopatce!
Co prawda, na szczęście dla animaga udającego kota, małej płaksy nie było w pobliżu a Daisy wcale nie była aż tak zdeterminowana by biegać nocą po okolicy i szukać małej dziewczynki, która bardzo chciała mieć zwierzątko. Nadal zresztą tliła się w niej uraza za tamto wydarzenie. I to uraza podwójna, bo z jednej strony cała akcja okazała się idiotyczną, nieplanowaną próbą samobójczą a z drugiej strony zmuszała młodą dziennikarkę do odczuwania wdzięczności wobec Psui.
Drgnęła, gdy do jej uszu dobiegł głos Sauriela. Odwróciła głowę w jego stronę tak szybko, że gdyby stała na jakimś stołeczku, pewnie by w tym momencie straciła równowagę i usiadła na tyłku (a wtedy to już zupełnie byłoby jak wtedy, tamtego dnia, gdy Psuja uratowała jej życie). Zapatrzyła się na niego wielkimi, w tym momencie trochę zaskoczonymi, a trochę przestraszonymi oczyma. Wyglądał jak… no jak ktoś kto pewnie wyszedł z jakiegoś znajdującego się w pobliżu pubu na papierosa a potem obserwował jak robiła z siebie idiotkę, bo usłyszała łomot dobiegający z kontenera na śmieci.
- Eeee – odpowiedziała mało elokwentnie, wciąż przyglądając się Saurielowi. Było w jego widoku coś niepokojącego, choć jeszcze sama nie wiedziała co właściwie. I chyba nawet nie chodziło o jego ciemny strój, o papierosa, o miejsce, w którym go spotkała, o ton głosu, gdy mówił lub spojrzenie, jakim na nią patrzył. To było coś innego. Tylko jeszcze nie wiedziała co takiego. – Nie bardzo, ale nawet gdybyś mi je dał to i tak nie odważyłabym się zjeść w tej jadłodajni obok – rzuciła, odzyskując wreszcie typowy dla siebie sposób bycia. – Ale ty potrafisz cicho chodzić. Poruszasz się prawie jak duch, ale całe szczęście, że nim nie jesteś. Większość duchów jest strasznie upierdliwa. I ciągle robią to samo.
Z kontenera, przy którym stała, znowu dobiegł dźwięk, jakby coś próbowało się stamtąd wydostać. W Daisy w tym momencie walczyły dwie natury. Pierwsza, ta egoistyczna chciała odwrócić się od zwierzęcia w potrzebie i uznać, że z czasem sam sobie poradzi (a poza tym jest małym draniem i nie zasługuje nawet na odrobinę litości). Druga, ta którą wywołał swoim pojawieniem się Sauriel, zmuszała ją do zakończenia akcji ratowniczej. W końcu, jeśliby zostawiła kota w potrzebie, tylko udowodniłaby mu, że rzeczywiście szukała jedzenia w śmietniku.
- Moment. Mam tu do stoczenia walkę z jednym potworem – powiedziała do Rookwooda. – Nawet nie próbuj mnie drapać! – ostrzegła siedzące w śmietniku zwierzę. – Wyciągnę cię z tego śmierdzącego kontenera a potem odstawię na ziemię. Żadnego drapania i miziania, rozumiesz? Nie kąsa się ręki, która pomaga!
Jak powiedziała, tak zrobiła. Sięgnęła ręką by wyciągnąć stamtąd wściekłe zwierzę. I chociaż prosiła je o to, by opanowało pazury, trochę nie wierzyła, by naprawdę miało jej usłuchać. Choć może? Tamtego dnia wydawało się całkiem bystre.
- A tak w ogóle to jestem Daisy - przedstawiła się Saurielowi, gdy kucnęła by wypuścić kota na ziemię. - Wybacz, że nie podam ci ręki, ale... eee.... na twoim miejscu sama nie chciałabym jej teraz ściskać.
- Nie waż się! – syknęła do kota. – Nie waż się, bo cię oddam tej małej psychopatce!
Co prawda, na szczęście dla animaga udającego kota, małej płaksy nie było w pobliżu a Daisy wcale nie była aż tak zdeterminowana by biegać nocą po okolicy i szukać małej dziewczynki, która bardzo chciała mieć zwierzątko. Nadal zresztą tliła się w niej uraza za tamto wydarzenie. I to uraza podwójna, bo z jednej strony cała akcja okazała się idiotyczną, nieplanowaną próbą samobójczą a z drugiej strony zmuszała młodą dziennikarkę do odczuwania wdzięczności wobec Psui.
Drgnęła, gdy do jej uszu dobiegł głos Sauriela. Odwróciła głowę w jego stronę tak szybko, że gdyby stała na jakimś stołeczku, pewnie by w tym momencie straciła równowagę i usiadła na tyłku (a wtedy to już zupełnie byłoby jak wtedy, tamtego dnia, gdy Psuja uratowała jej życie). Zapatrzyła się na niego wielkimi, w tym momencie trochę zaskoczonymi, a trochę przestraszonymi oczyma. Wyglądał jak… no jak ktoś kto pewnie wyszedł z jakiegoś znajdującego się w pobliżu pubu na papierosa a potem obserwował jak robiła z siebie idiotkę, bo usłyszała łomot dobiegający z kontenera na śmieci.
- Eeee – odpowiedziała mało elokwentnie, wciąż przyglądając się Saurielowi. Było w jego widoku coś niepokojącego, choć jeszcze sama nie wiedziała co właściwie. I chyba nawet nie chodziło o jego ciemny strój, o papierosa, o miejsce, w którym go spotkała, o ton głosu, gdy mówił lub spojrzenie, jakim na nią patrzył. To było coś innego. Tylko jeszcze nie wiedziała co takiego. – Nie bardzo, ale nawet gdybyś mi je dał to i tak nie odważyłabym się zjeść w tej jadłodajni obok – rzuciła, odzyskując wreszcie typowy dla siebie sposób bycia. – Ale ty potrafisz cicho chodzić. Poruszasz się prawie jak duch, ale całe szczęście, że nim nie jesteś. Większość duchów jest strasznie upierdliwa. I ciągle robią to samo.
Z kontenera, przy którym stała, znowu dobiegł dźwięk, jakby coś próbowało się stamtąd wydostać. W Daisy w tym momencie walczyły dwie natury. Pierwsza, ta egoistyczna chciała odwrócić się od zwierzęcia w potrzebie i uznać, że z czasem sam sobie poradzi (a poza tym jest małym draniem i nie zasługuje nawet na odrobinę litości). Druga, ta którą wywołał swoim pojawieniem się Sauriel, zmuszała ją do zakończenia akcji ratowniczej. W końcu, jeśliby zostawiła kota w potrzebie, tylko udowodniłaby mu, że rzeczywiście szukała jedzenia w śmietniku.
- Moment. Mam tu do stoczenia walkę z jednym potworem – powiedziała do Rookwooda. – Nawet nie próbuj mnie drapać! – ostrzegła siedzące w śmietniku zwierzę. – Wyciągnę cię z tego śmierdzącego kontenera a potem odstawię na ziemię. Żadnego drapania i miziania, rozumiesz? Nie kąsa się ręki, która pomaga!
Jak powiedziała, tak zrobiła. Sięgnęła ręką by wyciągnąć stamtąd wściekłe zwierzę. I chociaż prosiła je o to, by opanowało pazury, trochę nie wierzyła, by naprawdę miało jej usłuchać. Choć może? Tamtego dnia wydawało się całkiem bystre.
- A tak w ogóle to jestem Daisy - przedstawiła się Saurielowi, gdy kucnęła by wypuścić kota na ziemię. - Wybacz, że nie podam ci ręki, ale... eee.... na twoim miejscu sama nie chciałabym jej teraz ściskać.