29.04.2025, 16:55 ✶
Nie dało się przyrównać bycia obwąchiwanym przez fretkę do zwierząt, z którymi najczęściej Woody obcował — kotów. Jego pchlarze nie były aż tak ciekawe ani jego, ani kogokolwiek innego. Trącały noskiem, ale tylko po to, żeby zwrócić na siebie uwagę, i na pewno nie miały takich drobnych, łaskoczących łaputek. Gdy zwierzątko wspięło się na czarodzieja i zawinęło w miejscu kołnierza, również Woody zerknął w lustro, aby zobaczyć, jak się razem prezentują. I czy aby na pewno fretka siedzi stabilnie, czy jej nikt nie strąci łatwo, czy nie zrobi jej krzywdy. Przemknęła mu przez myśl obawa, czy stworzonko nie czmychnie lada chwila, czy nie zeskoczy z niego, ledwo wyjdą z łazienki i pójdzie w dal, w labirynt Podziemnych Ścieżek. W tych kilka krótkich momentów zdążył narobić sobie nadziei, że zabierze ją ze sobą, a to wcale nie było takie znów oczywiste.
Cóż, nie było sensu martwić się na zapas. Woody ostatni raz pomiział czółko słodkiego szczurka i otworzył zamaszyście drzwi klozetu, przybierając na powrót ponurą maskę. Ktokolwiek wcześniej dobijał się z taką pasją, musiał znudzić się tym, bowiem pierwsza osoba w kolejce do kibla wyminęła Tarpa w milczeniu ze spuszczoną głową. Mógł więc bez przeszkód udać się teraz pod kontuar, gdzie obsługiwał tyczkowaty barman z zakolami po czubek głowy i twarzy tak bladej, że niemal przezroczystej.
— Iggy — huknął do niego przyjaźnie Woody, rozkładając szeroko ręce na powitanie. A przynajmniej szeroko na tyle, na ile pozwalało mu zagęszczenie osobowe w Krzywym Zwierciadle.
Wywołany mężczyzna spojrzał na gościa obojętnie, a w jego oku odbiło się widmo zniechęcenia, jakby niekoniecznie miał ochotę ucinać sobie z nim pogawędki.
— Woody Tarpaulin — odpowiedział przeciągle, zerkając na kapelusz, który tego dnia był majestatycznym nakryciem głowy dla łowcy krokodyli, ozdobionym gadzimi kłami.
— Ano, we własnej osobie. — Tarp klapnął na jeden z niewielu wolnych stołków barowych. — Dawnośmy się nie widzieli.
— Ehe. A to co? — Iggy wskazał palcem Keyleth tulącą jego szyję.
— A fretka — oświadczył Woody z dumą taką, jakby prezentował świeżo odkryty gatunek, który na niewtajemniczonych zrobi wrażenie. — Chciałoby się taką, co, Iggy? Takich tu nie macie, tu dla was pod ziemią tylko szczury.
Zupełnie tak, jakby on sam niedawno nie sprowadził sobie niewielkiego stadka szczuroszczetów.
— A idź z tym w diabły. Popitolić se przyszedłeś czy lać ci? Nie masz co robić? Nie słyszał żeś, co się dzieje?
— Lej. — Woody wysupłał z kieszeni spodni monetę, która pokryłaby koszt dwóch piw, i przesunął ją do barmana. — Uczciciwie daj do pełna, to reszty nie musisz oddawać. — Nie była to oczywiście próba przekupstwa, nie taką kwotą. Li tylko przypomnienie, że nie są sobie przecież wrogami, bo i napiwek Woody da, i pogawędzi.
Iggy w odpowiedzi postawił przed Tarpem kufel — rzeczywiście pełniutki, nie żadne trzy czwarte — i już miał zwrócić się do innych zadań, gdy czarodziej podjął wcześniej zagajony temat:
— Wiesz co, no słyszałem, co się podziało. Słyszałem i widziałem, i nawet na mnie napadało tym popiołem. A ty co? Tylko słyszałeś czy się wyrwałeś z tej dziury na chwilę popatrzeć? Nanieśli ci jakich ciekawych plotek, he?
mój rzut na charyzmę i zbajerowanie gagatka
Cóż, nie było sensu martwić się na zapas. Woody ostatni raz pomiział czółko słodkiego szczurka i otworzył zamaszyście drzwi klozetu, przybierając na powrót ponurą maskę. Ktokolwiek wcześniej dobijał się z taką pasją, musiał znudzić się tym, bowiem pierwsza osoba w kolejce do kibla wyminęła Tarpa w milczeniu ze spuszczoną głową. Mógł więc bez przeszkód udać się teraz pod kontuar, gdzie obsługiwał tyczkowaty barman z zakolami po czubek głowy i twarzy tak bladej, że niemal przezroczystej.
— Iggy — huknął do niego przyjaźnie Woody, rozkładając szeroko ręce na powitanie. A przynajmniej szeroko na tyle, na ile pozwalało mu zagęszczenie osobowe w Krzywym Zwierciadle.
Wywołany mężczyzna spojrzał na gościa obojętnie, a w jego oku odbiło się widmo zniechęcenia, jakby niekoniecznie miał ochotę ucinać sobie z nim pogawędki.
— Woody Tarpaulin — odpowiedział przeciągle, zerkając na kapelusz, który tego dnia był majestatycznym nakryciem głowy dla łowcy krokodyli, ozdobionym gadzimi kłami.
— Ano, we własnej osobie. — Tarp klapnął na jeden z niewielu wolnych stołków barowych. — Dawnośmy się nie widzieli.
— Ehe. A to co? — Iggy wskazał palcem Keyleth tulącą jego szyję.
— A fretka — oświadczył Woody z dumą taką, jakby prezentował świeżo odkryty gatunek, który na niewtajemniczonych zrobi wrażenie. — Chciałoby się taką, co, Iggy? Takich tu nie macie, tu dla was pod ziemią tylko szczury.
Zupełnie tak, jakby on sam niedawno nie sprowadził sobie niewielkiego stadka szczuroszczetów.
— A idź z tym w diabły. Popitolić se przyszedłeś czy lać ci? Nie masz co robić? Nie słyszał żeś, co się dzieje?
— Lej. — Woody wysupłał z kieszeni spodni monetę, która pokryłaby koszt dwóch piw, i przesunął ją do barmana. — Uczciciwie daj do pełna, to reszty nie musisz oddawać. — Nie była to oczywiście próba przekupstwa, nie taką kwotą. Li tylko przypomnienie, że nie są sobie przecież wrogami, bo i napiwek Woody da, i pogawędzi.
Iggy w odpowiedzi postawił przed Tarpem kufel — rzeczywiście pełniutki, nie żadne trzy czwarte — i już miał zwrócić się do innych zadań, gdy czarodziej podjął wcześniej zagajony temat:
— Wiesz co, no słyszałem, co się podziało. Słyszałem i widziałem, i nawet na mnie napadało tym popiołem. A ty co? Tylko słyszałeś czy się wyrwałeś z tej dziury na chwilę popatrzeć? Nanieśli ci jakich ciekawych plotek, he?
mój rzut na charyzmę i zbajerowanie gagatka
Rzut N 1d100 - 7
Akcja nieudana
Akcja nieudana
piw0 to moje paliwo