29.04.2025, 22:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.04.2025, 22:50 przez Hannibal Selwyn.)
Hannibal zwykle nie wiedział, co to trema. Nie napotkał jeszcze roli, która wzbudziłaby w nim trwogę i ta, nad którą miał pracować dzisiaj, również go nie przerażała. Bitch, please. Ani trochę. Miała to być po prostu kolejna kreacja, która porwie tłumy, to oczywiste. Nie było co do tego wątpliwości.
Ale dzisiaj był nieco - odrobinę - zestresowany i dlatego z radością przystał na propozycję kuzyna, by przećwiczyć sobie kwestie i manieryzmy postaci, w którą miał się wcielić.
Nie to, żeby potrzebował potwierdzenia swoich umiejętności, oczywiście. Jonathan miał po prostu większe doświadczenie z występami publicznymi i… z dziećmi.
Młody aktor nie grał w sztuce dla dzieci od kiedy sam miał może z dziesięć lat, a i wtedy był tylko statystą. Tak naprawdę, to nie bardzo wiedział, jak występować dla młodszej widowni - od paru ładnych lat raczej zajmował się dorosłymi produkcjami. Różnorodnymi, to prawda - od klasycznych dramatów po nowoczesne, udziwnione do granic możliwości spektakle. Z radością nurzał się w na wpół perwersyjnych albo szalonych postaciach, w bezpieczeństwie eksponowania własnej emocjonalności, sensualności, cierpienia, czy czego tam jeszcze wymagał scenariusz i udawania, że to tylko bohater, tylko opowieść.
A teraz miał zagrać ducha. W “Martynce i Duchach”. Jednej z trzech sztuk dla najmłodszej widowni, wystawianych w The Globe. “Weź udział we wszystkich trzech przedstawieniach z jesiennej serii dla dzieci i otrzymaj specjalnego pluszaka mandragorę-aktorkę.”
Nie, żeby się wzbraniał, co to, to nie. Hannibal Selwyn nie cofał się przed żadną rolą i nawet z entuzjazmem powitał nowe wyzwanie. Refleksja przyszła dopiero potem.
Cóż, słowo się rzekło, Martynka u płota. Dobrze chociaż, że Jonathan pamięta czasy, kiedy zarówno on, jak i jego przyszywani siostrzeńcy byli dzieciakami, to może coś podpowie.
Han rzadko kiedy ubierał się zgodnie z obyczajami czarodziejów, ale czuł przez skórę, że do tej roli będzie musiał wdziać przyzwoitą, tradycyjną szatę. Koniecznie czarną. W związku z tym przyszedł w niej od razu na próbę - narzuconej na dopasowany (istniało niezerowe prawdopodobieństwo, że damski) czarny t-shirt i rozchełstanej malowniczo.
Założenie było takie, że wcieli się w ducha-czarny charakter, który według didaskaliów powinien być złowieszczy i przerysowany. Wykonał więc odpowiednio dramatyczny gest, mówiąc:
- A jak myślisz? - zawinął szatą, jak wampir z mugolskiego horroru - Stary od pierwszego wejrzenia planował dla mnie rolę złodupca! Teraz tylko nie wiem, jak bardzo złowieszczy mam być, żeby się dzieciaki nie poprzerażały, bo nam zasikają widownię!
Ale dzisiaj był nieco - odrobinę - zestresowany i dlatego z radością przystał na propozycję kuzyna, by przećwiczyć sobie kwestie i manieryzmy postaci, w którą miał się wcielić.
Nie to, żeby potrzebował potwierdzenia swoich umiejętności, oczywiście. Jonathan miał po prostu większe doświadczenie z występami publicznymi i… z dziećmi.
Młody aktor nie grał w sztuce dla dzieci od kiedy sam miał może z dziesięć lat, a i wtedy był tylko statystą. Tak naprawdę, to nie bardzo wiedział, jak występować dla młodszej widowni - od paru ładnych lat raczej zajmował się dorosłymi produkcjami. Różnorodnymi, to prawda - od klasycznych dramatów po nowoczesne, udziwnione do granic możliwości spektakle. Z radością nurzał się w na wpół perwersyjnych albo szalonych postaciach, w bezpieczeństwie eksponowania własnej emocjonalności, sensualności, cierpienia, czy czego tam jeszcze wymagał scenariusz i udawania, że to tylko bohater, tylko opowieść.
A teraz miał zagrać ducha. W “Martynce i Duchach”. Jednej z trzech sztuk dla najmłodszej widowni, wystawianych w The Globe. “Weź udział we wszystkich trzech przedstawieniach z jesiennej serii dla dzieci i otrzymaj specjalnego pluszaka mandragorę-aktorkę.”
Nie, żeby się wzbraniał, co to, to nie. Hannibal Selwyn nie cofał się przed żadną rolą i nawet z entuzjazmem powitał nowe wyzwanie. Refleksja przyszła dopiero potem.
Cóż, słowo się rzekło, Martynka u płota. Dobrze chociaż, że Jonathan pamięta czasy, kiedy zarówno on, jak i jego przyszywani siostrzeńcy byli dzieciakami, to może coś podpowie.
Han rzadko kiedy ubierał się zgodnie z obyczajami czarodziejów, ale czuł przez skórę, że do tej roli będzie musiał wdziać przyzwoitą, tradycyjną szatę. Koniecznie czarną. W związku z tym przyszedł w niej od razu na próbę - narzuconej na dopasowany (istniało niezerowe prawdopodobieństwo, że damski) czarny t-shirt i rozchełstanej malowniczo.
Założenie było takie, że wcieli się w ducha-czarny charakter, który według didaskaliów powinien być złowieszczy i przerysowany. Wykonał więc odpowiednio dramatyczny gest, mówiąc:
- A jak myślisz? - zawinął szatą, jak wampir z mugolskiego horroru - Stary od pierwszego wejrzenia planował dla mnie rolę złodupca! Teraz tylko nie wiem, jak bardzo złowieszczy mam być, żeby się dzieciaki nie poprzerażały, bo nam zasikają widownię!