05.02.2023, 20:55 ✶
Pytania na temat likantropii same cisnęły mu się na usta. Powinien dociekać; wręcz wypadało, biorąc pod uwagę to, jaki był ciekawski. Zwłaszcza, gdy coś dotyczyło Castiela. Chciał wiedzieć, co to za badania, na jakim etapie już był i ile go to będzie kosztowało - nie tylko w kwestii pieniężnej, ale również zdrowia i bezpieczeństwa, skoro większość społeczeństwa była dość cięta na wilkołaki, szczególnie w świetle ostatnich wydarzeń i ataków. Musiał się też dowiedzieć, co to za wypadek i artefakt, że Flint trafił do szpitala pod opiekę Bulstrode. Nie zajmowała się byle jakimi przypadkami, zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Jeśli Cas uszkodził się na tyle, że nie potrafił sobie poradzić sam, musiało to być dość skomplikowane i przy tym kłopoczące. Blondyn szybko jednak uciął jego rozważania, odmawiając dalszej rozmowy na te tematy. Nie był tym zadowolony, ale rozumiał. To ta nuda wywołana leżeniem w szpitalnym łóżku skłaniała go do rozmów bardziej niż by tego chciał. W towarzystwie nie potrafił zamknąć ust. Tak mu się przynajmniej wydawało.
W reakcji na zadane mu pytanie poczuł, jak krew napływa mu do twarzy, zapewne sprawiając, że skóra na jego policzkach przybrała ciepły odcień. Miał całe mnóstwo pomysłów, które mógłby z nim zrealizować nawet teraz, gdyby tylko nie znajdowali się w miejscu publicznym (choć teraz chwilowo zamkniętym). Czy wypadało w ogóle mówić o tym na głos? I tak nie potrafiłby ubrać tego w odpowiednie słowa, nigdy nie był dobrym mówcą, ani tym bardziej poetą. Pokazałby mu to wszystko bez zbędnych zdań, hamując chęć przekomarzania się, która rodziła się w nim za każdym razem, gdy widział ten zawadiacki uśmiech Castiela, w którym zakochiwał się najbardziej ze wszystkich jego wersji. Badałby jego ciało palcami, ucząc się go i poznając jak nowo odkrytą mapę. Prowadziłby jego własne dłonie, by poruszały się według woli Fergusa. Spijałby pocałunki z jego warg, aż obu zabrakłoby tchu i musiałby się od niego oderwać, by po złapaniu pierwszego oddechu tworzyć ustami ścieżki na jego skórze. Mógłby mu to powiedzieć, tego oczekiwał od niego Castiel, ale nie byłby sobą, gdyby nie postąpił zupełnie inaczej, w złośliwy sposób atakując go łaskotkami.
Zapominał o istnieniu otaczającego ich świata, zatapiając się w bliskości Castiela i tracąc resztki rozumu, który podpowiedziałby mu, że wszelkie gwałtowne ruchy były niewskazane. Może gdyby tak łatwo się temu nie poddał, nie leżałby teraz obolały na posadzce, spoglądając na twarz wiszącego nad nim mężczyzny. Zdawało się, że wylądował z o wiele większą gracją od niego, mając przy tym przewagę. Nici z kolejnej zemsty. Wciąż wisiał mu tę pierwszą, po wrzuceniu go do jeziora. Woda podobno miała otrzeźwiać, ale od tamtego momentu miał wrażenie, że cały czas był na haju. Uzależnił się od obecności Castiela, czując euforię na jego widok i niepokój, gdy tylko go brakowało.
- To tylko przyciąganie katastrof, mówiłem ci już o tym - zaśmiał się z ochrypniętym od wysiłku głosem. Wciąż miał nieco zamglone spojrzenie, kiedy spoglądał w błękit oczu Castiela; nie otrzeźwił go nawet upadek. - Jesteś po prostu jak magnes.
Może nawet zbyt silny magnes, na tyle przyciągający, że nawet podłoga zdawała się najwygodniejszym materacem w chwili, gdy pochylił się nad nim, a ciepły oddech na twarzy Ollivandera zwiastował zbliżający się kolejny pocałunek. Nawet nie chciał teraz myśleć o tym, co by się stało, gdyby ktoś zdecydował się teraz otworzyć drzwi. Odrzucił te myśli w tył głowy, skupiając się jedynie na dotyku Castiela wywołującym uczucie przepływającego przez jego ciało prądu. Jęknął cicho pod wpływem szarpnięcia zębów na jego wardze i dłoni wędrującej w dół jego brzucha. Wsunął dłonie pod jego koszulę na plecach, przyciągając go bardziej w swoją stronę, choć pozycja i to, że wciąż znajdowali się na podłodze, utrudniały mu zadanie. Przesuwał ręce po jego skórze, zatrzymując jedną z nich w końcu na biodrze, ale zaraz zamarł na moment, przerywając pocałunek i wciągając powietrze ustami, gdy zorientował się, gdzie zawędrowały palce Flinta. Posłał mu niepewne spojrzenie, mające przypomnieć o tym, gdzie się znajdowali. Jeśli jednak jedyna racjonalna osoba w tym towarzystwie straciła resztki rozumu na rzecz chwili przyjemności, mógł na to przystać. Bez ryzyka nie ma zabawy, tak się chyba mówiło. Przyciągnął go do kolejnego pocałunku, jeszcze bardziej zachłannego od poprzednich, opierając prawą rękę na jego plecach, by bardziej jej nie uszkodzić, a lewą próbując wsunąć za pasek jego spodni, podczas gdy Castiel masował tworzące się między jego nogami wybrzuszenie. Oddychał szybko, urywanie, wciąż starając się wypchnąć lęk przed nakryciem ze swojej głowy. Znów jęknął w momencie, gdy usta blondyna zbliżyły się do jego ucha. Otworzył gwałtownie oczy, gdy zorientował się, co się dzieje. Nie! Nie zrobisz mi tego, prawda?
- Co? - wyrwało mu się nieświadomie, gdy po wypowiedzianych słowach Castiel zaczął się podnosić. Przyglądał mu się zszokowany i owładnięty uczuciem niespełnionego pożądania, podpierając łokciami na podłodze, by lepiej widzieć poprawiającego ubranie mężczyznę. Niechętnie podał mu ofiarowaną dłoń, podejmując bezskuteczną próbę ponownego pociągnięcia go w swoim kierunku. - Tak się nie robi, wiesz? - mówił z wyrzutem, a jego twarz wykrzywiał grymas pełen rozpaczy, zupełnie nie współgrający z uśmiechem Castiela wyrażającym zadowolenie z siebie. - Naprawdę jesteś okropnym człowiekiem, najgorsze stworzenie świata nie obmyśliłoby tak okrutnej zemsty - gadał, wciąż buntując się przeciwko umieszczeniu go w łóżku. Próbował drażnić Castiela, zahaczyć ustami o jego własne, ale złapał jedynie jego policzek, co - na jego własne nieszczęście - ten mógł odebrać jako przymilną zgodę i pożegnanie. W dupę sobie wsadź ten list! Mogłeś to mieć na żywo. Gdy tylko Flint zniknął za drzwiami, a Fergus dopiero teraz zorientował się, że cały czas byli bezpieczni z powodu zasuwy, strącił pergamin i pióro na podłogę. Ukrył twarz w dłoniach, warcząc głośno z frustracją i licząc na to, że nikt go nie usłyszy. Miał ochotę udusić Castiela gołymi rękami, a jednocześnie po prostu złapać w objęcia i przyciągnąć do siebie. Podniósł się z łóżka, w pierwszej chwili myśląc o tym, żeby go dogonić, ale w tym stanie nie miało to racji bytu. Zamiast tego złapał ręcznik znajdujący się w szufladzie komody i znalazł nowy cel swojej wędrówki. Potrzebował prysznica. I nigdy wcześniej nie pomyślałby, że szpitalna łazienka zostanie tym miejscem, do którego udajesz się w samotności, by marzyć o innych.
W reakcji na zadane mu pytanie poczuł, jak krew napływa mu do twarzy, zapewne sprawiając, że skóra na jego policzkach przybrała ciepły odcień. Miał całe mnóstwo pomysłów, które mógłby z nim zrealizować nawet teraz, gdyby tylko nie znajdowali się w miejscu publicznym (choć teraz chwilowo zamkniętym). Czy wypadało w ogóle mówić o tym na głos? I tak nie potrafiłby ubrać tego w odpowiednie słowa, nigdy nie był dobrym mówcą, ani tym bardziej poetą. Pokazałby mu to wszystko bez zbędnych zdań, hamując chęć przekomarzania się, która rodziła się w nim za każdym razem, gdy widział ten zawadiacki uśmiech Castiela, w którym zakochiwał się najbardziej ze wszystkich jego wersji. Badałby jego ciało palcami, ucząc się go i poznając jak nowo odkrytą mapę. Prowadziłby jego własne dłonie, by poruszały się według woli Fergusa. Spijałby pocałunki z jego warg, aż obu zabrakłoby tchu i musiałby się od niego oderwać, by po złapaniu pierwszego oddechu tworzyć ustami ścieżki na jego skórze. Mógłby mu to powiedzieć, tego oczekiwał od niego Castiel, ale nie byłby sobą, gdyby nie postąpił zupełnie inaczej, w złośliwy sposób atakując go łaskotkami.
Zapominał o istnieniu otaczającego ich świata, zatapiając się w bliskości Castiela i tracąc resztki rozumu, który podpowiedziałby mu, że wszelkie gwałtowne ruchy były niewskazane. Może gdyby tak łatwo się temu nie poddał, nie leżałby teraz obolały na posadzce, spoglądając na twarz wiszącego nad nim mężczyzny. Zdawało się, że wylądował z o wiele większą gracją od niego, mając przy tym przewagę. Nici z kolejnej zemsty. Wciąż wisiał mu tę pierwszą, po wrzuceniu go do jeziora. Woda podobno miała otrzeźwiać, ale od tamtego momentu miał wrażenie, że cały czas był na haju. Uzależnił się od obecności Castiela, czując euforię na jego widok i niepokój, gdy tylko go brakowało.
- To tylko przyciąganie katastrof, mówiłem ci już o tym - zaśmiał się z ochrypniętym od wysiłku głosem. Wciąż miał nieco zamglone spojrzenie, kiedy spoglądał w błękit oczu Castiela; nie otrzeźwił go nawet upadek. - Jesteś po prostu jak magnes.
Może nawet zbyt silny magnes, na tyle przyciągający, że nawet podłoga zdawała się najwygodniejszym materacem w chwili, gdy pochylił się nad nim, a ciepły oddech na twarzy Ollivandera zwiastował zbliżający się kolejny pocałunek. Nawet nie chciał teraz myśleć o tym, co by się stało, gdyby ktoś zdecydował się teraz otworzyć drzwi. Odrzucił te myśli w tył głowy, skupiając się jedynie na dotyku Castiela wywołującym uczucie przepływającego przez jego ciało prądu. Jęknął cicho pod wpływem szarpnięcia zębów na jego wardze i dłoni wędrującej w dół jego brzucha. Wsunął dłonie pod jego koszulę na plecach, przyciągając go bardziej w swoją stronę, choć pozycja i to, że wciąż znajdowali się na podłodze, utrudniały mu zadanie. Przesuwał ręce po jego skórze, zatrzymując jedną z nich w końcu na biodrze, ale zaraz zamarł na moment, przerywając pocałunek i wciągając powietrze ustami, gdy zorientował się, gdzie zawędrowały palce Flinta. Posłał mu niepewne spojrzenie, mające przypomnieć o tym, gdzie się znajdowali. Jeśli jednak jedyna racjonalna osoba w tym towarzystwie straciła resztki rozumu na rzecz chwili przyjemności, mógł na to przystać. Bez ryzyka nie ma zabawy, tak się chyba mówiło. Przyciągnął go do kolejnego pocałunku, jeszcze bardziej zachłannego od poprzednich, opierając prawą rękę na jego plecach, by bardziej jej nie uszkodzić, a lewą próbując wsunąć za pasek jego spodni, podczas gdy Castiel masował tworzące się między jego nogami wybrzuszenie. Oddychał szybko, urywanie, wciąż starając się wypchnąć lęk przed nakryciem ze swojej głowy. Znów jęknął w momencie, gdy usta blondyna zbliżyły się do jego ucha. Otworzył gwałtownie oczy, gdy zorientował się, co się dzieje. Nie! Nie zrobisz mi tego, prawda?
- Co? - wyrwało mu się nieświadomie, gdy po wypowiedzianych słowach Castiel zaczął się podnosić. Przyglądał mu się zszokowany i owładnięty uczuciem niespełnionego pożądania, podpierając łokciami na podłodze, by lepiej widzieć poprawiającego ubranie mężczyznę. Niechętnie podał mu ofiarowaną dłoń, podejmując bezskuteczną próbę ponownego pociągnięcia go w swoim kierunku. - Tak się nie robi, wiesz? - mówił z wyrzutem, a jego twarz wykrzywiał grymas pełen rozpaczy, zupełnie nie współgrający z uśmiechem Castiela wyrażającym zadowolenie z siebie. - Naprawdę jesteś okropnym człowiekiem, najgorsze stworzenie świata nie obmyśliłoby tak okrutnej zemsty - gadał, wciąż buntując się przeciwko umieszczeniu go w łóżku. Próbował drażnić Castiela, zahaczyć ustami o jego własne, ale złapał jedynie jego policzek, co - na jego własne nieszczęście - ten mógł odebrać jako przymilną zgodę i pożegnanie. W dupę sobie wsadź ten list! Mogłeś to mieć na żywo. Gdy tylko Flint zniknął za drzwiami, a Fergus dopiero teraz zorientował się, że cały czas byli bezpieczni z powodu zasuwy, strącił pergamin i pióro na podłogę. Ukrył twarz w dłoniach, warcząc głośno z frustracją i licząc na to, że nikt go nie usłyszy. Miał ochotę udusić Castiela gołymi rękami, a jednocześnie po prostu złapać w objęcia i przyciągnąć do siebie. Podniósł się z łóżka, w pierwszej chwili myśląc o tym, żeby go dogonić, ale w tym stanie nie miało to racji bytu. Zamiast tego złapał ręcznik znajdujący się w szufladzie komody i znalazł nowy cel swojej wędrówki. Potrzebował prysznica. I nigdy wcześniej nie pomyślałby, że szpitalna łazienka zostanie tym miejscem, do którego udajesz się w samotności, by marzyć o innych.
Koniec sesji