02.05.2025, 15:48 ✶
Jako osoba do cna czystokrwista, Robert wiedział, że mówienie o kulturowej wyższości czystków było w gruncie rzeczy chuja warte. Dobre obyczaje za kulisami zmieniały się w paskudną małostkowość, a prawdziwą edukację zastępowało posiadanie odpowiednich kontaktów. Może on też wybił się na reputacji rodziny, ale w samym Ministerstwie nauczył się wszystkiego sumiennie i starał się być dobry w swojej pracy. Nie zaniedbywał posiedzeń, wypełniał wszystkie swoje obowiązki. No, ale nie należał do prawicowego stronnictwa. Zawsze skłaniał się w stronę progresywną, liberalną. Nie chodziło o to, by łączyć światy, tylko, by nie pozostawać w tyle. Może wiara w coś takiego jak rozwój była w dzisiejszych czasach trochę naiwna, ale nie wtedy, gdy tkwiło się w dziewiętnastym wieku, a mugole mieli broń, która mogła rozłożyć całą ich cywilizację na najmniejsze cząsteczki. I to bez żadnej magii. Nie było dobrego powodu, dla którego świat czarodziejów pozostawał tak cholernie zacofany. W dodatku, to mugole mieli wspaniałe podstawy swojej cywilizacji. Robert czytał pisma Monteskiusza i Locke'a, Rousseau i Rawlsa. Idee, które reprezentowali również idealnie można było wpasować w czarodziejski świat. Trzeba było tylko chcieć.
— Będę, ale dali mi tylko dziesięć minut — westchnął ciężko. — Chciałem powiedzieć więcej, ale powiedzieli mi, że nie jestem doświadczony w ekonomii. Dłużej będą mówić za to nasi koledzy, którzy prowadzą na boku krzywe interesy. Nie sądzę, żeby się teoretycznie przygotowali.
Pomyśleć, że Robert, który w Hogwarcie był duszą towarzystwa, teraz w pracy został takim zrzędą. Miał ku temu oczywiście nieodzowne podstawy, bo trudno było znaleźć bardziej toksyczne środowisko pracy niż Wizengamot. Takie relacje, jak jego i Lorien, zdarzały się raczej rzadko. Uprzejmości, które wymieniano nawet ze stronnikami były zazwyczaj sztuczne i przepełnione leżącymi gdzieś pod spodem motywami. Byle kogoś złapać za słowo lub znaleźć na kogoś haka. Coraz mniej dziwił się, że miał problemy psychiczne przy pracy w tym miejscu.
Nagle na korytarzu zrobił się zamęt. Dziwne, bo zwykle o późnej godzinie było mało pracowników administracyjnych i stażystów. Ludzie byli już zbyt znużeni, by robić afery. W dodatku sami ludzie z biur byli o wiele bardziej normalni niż sędziowie.
Robert wyjrzał na korytarz i zobaczył stażystę, który już zmierzał do gabinetu Lorien.
— Hej, Harry, o co chodzi? — zapytał chłopaka, który wyglądał na cholernie spanikowanego. Sędzia wpuścił go do pokoju kuzynki.
— Ataki! Znaczy... są doniesienia o atakach. W Londynie widziano Śmierciożerców i... Boże, oni... — Harry wyglądał na spanikowanego. Robert rozumiał to. Chłopak był jednym z bardzo niewielu stażystów mugolaków w Wizengamocie. Był też prawniczym geniuszem i Crouch wróżył mu świetną karierę. O ile oczywiście nikt nie uzna, że status krwi wykluczał go z pełnienia jakiejkolwiek prestiżowej funkcji.
— Hej, młody, spokojnie — Robert położył mu rękę na ramieniu. — Powiedz, co się dzieje.
— Ja... Dokładnie nie wiem o wszystkim, ale do aurorów doszły doniesienia o podpaleniach właśnie przez Śmierciożerców. Podobno sytuacja eskaluje... — powiedział Harry, a Crouch spojrzał na Lorien.
Był to, jak widać, koniec ich przerwy. Już zaraz zapewne miało być zwoływane kryzysowe posiedzenie. A sam Robert... jeszcze nie do końca wierzył w to, co słyszał. A może po prostu wszystkie te szkolenia sprawiły, że od razu wchodził w tryb postępowania kryzysowego? Był sędzią, miał autorytet. Nie mógł pozwolić sobie na panikę.
A co jeśli Hogwart był atakowany? Nie. Robert wiedział przecież, że Szkoła Magii i Czarodziejstwa była doskonale strzeżona. Enid była bezpieczna. Natomiast sprowadzanie jej do Londynu byłoby absolutną głupotą.
— Będę, ale dali mi tylko dziesięć minut — westchnął ciężko. — Chciałem powiedzieć więcej, ale powiedzieli mi, że nie jestem doświadczony w ekonomii. Dłużej będą mówić za to nasi koledzy, którzy prowadzą na boku krzywe interesy. Nie sądzę, żeby się teoretycznie przygotowali.
Pomyśleć, że Robert, który w Hogwarcie był duszą towarzystwa, teraz w pracy został takim zrzędą. Miał ku temu oczywiście nieodzowne podstawy, bo trudno było znaleźć bardziej toksyczne środowisko pracy niż Wizengamot. Takie relacje, jak jego i Lorien, zdarzały się raczej rzadko. Uprzejmości, które wymieniano nawet ze stronnikami były zazwyczaj sztuczne i przepełnione leżącymi gdzieś pod spodem motywami. Byle kogoś złapać za słowo lub znaleźć na kogoś haka. Coraz mniej dziwił się, że miał problemy psychiczne przy pracy w tym miejscu.
Nagle na korytarzu zrobił się zamęt. Dziwne, bo zwykle o późnej godzinie było mało pracowników administracyjnych i stażystów. Ludzie byli już zbyt znużeni, by robić afery. W dodatku sami ludzie z biur byli o wiele bardziej normalni niż sędziowie.
Robert wyjrzał na korytarz i zobaczył stażystę, który już zmierzał do gabinetu Lorien.
— Hej, Harry, o co chodzi? — zapytał chłopaka, który wyglądał na cholernie spanikowanego. Sędzia wpuścił go do pokoju kuzynki.
— Ataki! Znaczy... są doniesienia o atakach. W Londynie widziano Śmierciożerców i... Boże, oni... — Harry wyglądał na spanikowanego. Robert rozumiał to. Chłopak był jednym z bardzo niewielu stażystów mugolaków w Wizengamocie. Był też prawniczym geniuszem i Crouch wróżył mu świetną karierę. O ile oczywiście nikt nie uzna, że status krwi wykluczał go z pełnienia jakiejkolwiek prestiżowej funkcji.
— Hej, młody, spokojnie — Robert położył mu rękę na ramieniu. — Powiedz, co się dzieje.
— Ja... Dokładnie nie wiem o wszystkim, ale do aurorów doszły doniesienia o podpaleniach właśnie przez Śmierciożerców. Podobno sytuacja eskaluje... — powiedział Harry, a Crouch spojrzał na Lorien.
Był to, jak widać, koniec ich przerwy. Już zaraz zapewne miało być zwoływane kryzysowe posiedzenie. A sam Robert... jeszcze nie do końca wierzył w to, co słyszał. A może po prostu wszystkie te szkolenia sprawiły, że od razu wchodził w tryb postępowania kryzysowego? Był sędzią, miał autorytet. Nie mógł pozwolić sobie na panikę.
A co jeśli Hogwart był atakowany? Nie. Robert wiedział przecież, że Szkoła Magii i Czarodziejstwa była doskonale strzeżona. Enid była bezpieczna. Natomiast sprowadzanie jej do Londynu byłoby absolutną głupotą.