Ostatnim czego oczekiwał Robert, było współczucie. Nie chciał go. Nie reagował też najlepiej na jego przejawy. Stawał się nieco bardziej nerwowy. Nerwy zaś nigdy nie były dobrym towarzyszem. Potrafiły skomplikować nawet te najprostsze sprawy. O bardziej złożonych lepiej tu nawet nie wspominać. I bez tego dodatku, wymagały one z reguły całkiem sporo. Skupienia, uwagi, rozsądku. Długo by wymieniać. Bez sensu się nad tym rozwodzić. Skończmy więc na tym, że najlepiej dla wszystkich było zachowywać się tak, jakby problemy z przemieszczaniem się w przypadku Roberta w ogóle nie istniały. Nie zauważać tego. Nie komentować.
- Okazjonalnie. - choć starał się nie dać po sobie poznać, nad tym zapanować, w jego głosie wybrzmiała ledwie słyszalna irytacja. Dla kogoś, kto Roberta nie znał, byłoby to zapewne nie do wychwycenia. Chester niestety jednak kimś takim nie był. Nie do końca. Od lat utrzymywali ze sobą kontakt. Od bardzo dawna współpracowali. Znali się całkiem nieźle, choć wiadomo, nadal istniało całkiem sporo kwestii, które każdy z nich wolał zachować dla samego siebie. Normalna sprawa.
Nie zamierzał się tłumaczyć ze swoich ograniczeń w zakresie przemieszczania się. Zwłaszcza teraz, kiedy byli w trakcie zajmowania się dość ważną sprawą. Musieli zachować ostrożność. Nie powinni ściągać na siebie nadmiernej uwagi.
A najlepiej byłoby nie ściągnąć jej żadnej.
- Nie mógłbym zostawić tej sprawy komuś innemu. - stwierdził. Po całej tej przygodzie z wymiotowaniem, nadal nie do końca nad sobą panował, choć oczywiście powoli wracał do swojego zwykłego sposobu funkcjonowania. W jego głosie dało się wychwycić, że cała ta sprawa miała dla niego drugie dno. Dno, które musiało być zrozumiałe dla kogoś, kto posiadał choćby minimalną wiedzę na temat relacji łączącej dawniej Jonathana i Roberta. Byli kuzynami. Byli w podobnym wieku. Razem stawiali też pierwsze kroki na ścieżce wytyczonej przez Czarnego Pana. Wydawało się, że mogli na sobie polegać.
Ta zdrada bolała bardziej, ponieważ miała po części wymiar osobisty.
- Wszystko idzie jak należy. - uspokoił Chestera. Być może nie wyraził się najlepiej. Zdarzało się. Niezbyt często, ale wbrew temu co sam zdawał się na swój temat uważał, nie był szczególnie bliskim ideału.
Dokończył swoje zadanie. Skinął głową, kiedy Chester pogratulował mu dobrze wykonanej roboty. Oczywiście, że taka była. Dobrze sobie radził z tego rodzaju czarami. Tutaj zaś nie zauważył niczego na tyle skomplikowanego, żeby trzeba było się nad tym zastanowić dwa razy. I pomyśleć, że żona Jonathana pochodziła od Bulstrode'ów. Prawdziwie zmarnowany potencjał.
Wchodząc za Chesterem do środka, rzucił zaklęcie mające zachować wszystko w ciszy. Nie chcieli zwrócić na siebie uwagi przez jeden zły krok. Albo coś podobnego. Wiadomo w czym rzecz. Następnie rozejrzał się po wnętrzu. Było ciemno, widoczność pozostawała tym samym mocno ograniczona.
- Lumos. - wypowiedział słowa zaklęcia, dzięki czemu mogli odtąd dysponować pewną ilością światła.
Domostwo nie było zbyt duże. W normalnych okolicznościach w czymś takim nie chciałby zapewne zamieszkać żaden szanujący się czarodziej. Również taki pochodzący z mniej zamożnej rodziny. Cztery pomieszczenia na parterze, korytarz, schody prowadzące na piętro. Ściany ozdobione były gdzie nie gdzie już odchodzącą od nich, nieszczególnie ładną tapetą z geometrycznym wzorkiem. Meble również co najwyżej byle jakie. Określenie i tak dość łagodne. Rzeczy należących do mieszkańców, tych osobistych, naprawdę niewiele. Wyraźny dowód na to, że było to lokum tymczasowe.
Kryjówka.
- Sypialnie pewnie są na pięt... - urwał, odwracając się w kierunku salonu. Znajdująca się tam kanapa przyciągnęła jego uwagę. Skierował w jej stronę nieco więcej światła. Koc. Kryjące się pod nim... ciało? - albo i nie. - gestem dał znać Chesterowi, że powinni to sprawdzić. Mogła to być Martha. Mogła być też ich córka. Młodsza siostra Wilhelma. Która z tych opcji była bardziej prawdopodobna? Pewnie ta druga. - Jedno z nas zajmie się tym, drugie na piętro? - zasugerował.