04.05.2025, 15:42 ✶
Coraz trudniej było Julianowi stwierdzić, czy to jego ciało się rozluźniało, czy może jednak to jego opór jak stary i wierny pies wreszcie zasypiał. Nie zauważył momentu, w którym przestał rozróżniać, gdzie kończyła się wygoda gorącej wody, a zaczynał wpływ człowieka obok niego. Zamknął więc oczy, żeby zignorować mentalną rozterkę. Może to była wina siarki. Może i połknął przynętę, ale miał nadzieję, że nikt poza Shafiqiem nie zauważył, jak bardzo mu ona smakowała.
Znał ten stan. To rozleniwienie było zdradliwe, a człowiek przestawał słuchać ostrzeżeń, bo głos rozsądku brzmiał już jak ktoś z oddali, zdławiony przez śmiech, westchnienia, krótkie spojrzenia. Jego towarzysz wślizgnął się w przestrzeń, którą Bletchley zawsze starannie odgradzał od świata i nie dopuszczał nikogo oprócz własnego zmęczenia oraz zmarszczek sumienia. Rzecz w tym, że w tym momencie to zmęczenie koiło się pod dotykiem wody, która pachniała subtelną perfidią spokoju. Teoretycznie auror nie znosił tego uczucia. A w praktyce? Chyba nie zaszkodzi, jeśli zostanę jeszcze chwilę, pomyślał.
– Najgorsze jest to, że gdybyś poprosił, może bym ci tę linę nawet sam przyniósł – parsknął tylko nieśmiesznym żartem. Nie byli przyjaciółmi. Nigdy nie mieli być i w tej relacji nie było miejsca na symetrię – za dużo pytań, celów i zbyt dużo różnic, które przy każdej próbie zbliżenia zgrzytały niczym metal o szkło. I mimo że pod wpływem alkoholu i siarki przez które jego ruchy stały się leniwe i kotowate, spojrzał na młodszego mężczyznę przyjaźniej jakby dopiero w tym momencie naprawdę go zauważył.
– Nie wiem, czy w tym kraju ktoś jeszcze rozdaje medale za robotę, którą robi się po cichu i bez świadków. Ja się tylko babram w tym, co zostaje po tym, jak wy przehandlujecie zasady. Nie jestem politykiem, Anthony, ale jeśli nie masz nic przeciwko, to ruszę ze sprawą osobiście – a choćby po to, żeby przynajmniej jedna rzecz została zrobiona bez targowania się o to komu miało się opłacać. – Może sam mi go wręczysz, jak już wszystko pięknie posprzątam. Z tasiemką. I dyplomem. Tak żeby było oficjalnie – uśmiechnął się.
Znał ten stan. To rozleniwienie było zdradliwe, a człowiek przestawał słuchać ostrzeżeń, bo głos rozsądku brzmiał już jak ktoś z oddali, zdławiony przez śmiech, westchnienia, krótkie spojrzenia. Jego towarzysz wślizgnął się w przestrzeń, którą Bletchley zawsze starannie odgradzał od świata i nie dopuszczał nikogo oprócz własnego zmęczenia oraz zmarszczek sumienia. Rzecz w tym, że w tym momencie to zmęczenie koiło się pod dotykiem wody, która pachniała subtelną perfidią spokoju. Teoretycznie auror nie znosił tego uczucia. A w praktyce? Chyba nie zaszkodzi, jeśli zostanę jeszcze chwilę, pomyślał.
– Najgorsze jest to, że gdybyś poprosił, może bym ci tę linę nawet sam przyniósł – parsknął tylko nieśmiesznym żartem. Nie byli przyjaciółmi. Nigdy nie mieli być i w tej relacji nie było miejsca na symetrię – za dużo pytań, celów i zbyt dużo różnic, które przy każdej próbie zbliżenia zgrzytały niczym metal o szkło. I mimo że pod wpływem alkoholu i siarki przez które jego ruchy stały się leniwe i kotowate, spojrzał na młodszego mężczyznę przyjaźniej jakby dopiero w tym momencie naprawdę go zauważył.
– Nie wiem, czy w tym kraju ktoś jeszcze rozdaje medale za robotę, którą robi się po cichu i bez świadków. Ja się tylko babram w tym, co zostaje po tym, jak wy przehandlujecie zasady. Nie jestem politykiem, Anthony, ale jeśli nie masz nic przeciwko, to ruszę ze sprawą osobiście – a choćby po to, żeby przynajmniej jedna rzecz została zrobiona bez targowania się o to komu miało się opłacać. – Może sam mi go wręczysz, jak już wszystko pięknie posprzątam. Z tasiemką. I dyplomem. Tak żeby było oficjalnie – uśmiechnął się.