04.05.2025, 18:07 ✶
Jeszcze zanim wziął głęboki oddech i zadarł głowę do góry, starając się uspokoić oddech, przystanął przed drzwiami, lewą dłonią opierając się o framugę, prawą unosząc, żeby je otworzyć. Przez krótką chwilę tylko stał, nie poruszając się, jakby próbował przyswoić sam fakt, że znowu tu był.
I chyba właśnie to robił? Pozwalał sobie na to, żeby to do niego dotarło? Zrzucał z siebie londyńskie napięcie? Zostawiał je na korytarzu? Nie zabierał go do domu? Chyba tak?
W istocie trudno było mu zebrać myśli, działał automatycznie, nie zastanawiał się nad wykonywanymi czynnościami. Po prostu je robił.
Przez chwilę nie mógł się ruszyć. Chciał już wejść, ale coś go zatrzymało. Zawahanie. Potrzeba zebrania się w sobie. Ogarnięcia myśli. Albo po prostu to cholerne zmęczenie, które wreszcie zaczęło tak naprawdę zwalać go z nóg. Wyssało z nich resztki sił. Sprawiło, że musiał się podeprzeć o chłodne drewno.
Odetchnął głęboko i z zamkniętymi oczami policzył do trzech. Głucho, w myślach.
Na te trzy sekundy zatrzymał się po drugiej stronie drzwi, opierając dłoń o klamkę, jakby musiał jeszcze zebrać się w sobie, żeby ją nacisnąć, choć przecież już niemalże to zrobił. A potem wszedł do sypialni.
Pchnął drzwi bez większego impetu. Otworzyły się cicho, prawie niesłyszalnie. Nie przystanął w progu, zamknął je za sobą i dopiero wtedy omiótł wzrokiem pomieszczenie. Przez sekundę miał wrażenie, że pomylił się o kilka lat. Pokój wyglądał znajomo, niemal intymnie, zupełnie tak jak dawniej. Przed półtora roku. Zanim wszystko zaczęło się pierdolić.
Jeszcze zanim uchwycił spojrzeniem sylwetkę dziewczyny na tle okna, wiedział, że się nie pomylił. Nie był sam. Oddychał ciężko. Płaszcz ciążył mu na ramionach, buty wciąż były lekko mokre od porannej rosy. Wszystko w nim krzyczało, by wreszcie położył się spać, ale jeszcze bardziej niż snu, potrzebował jej obecności. Ciepła, zapachu, głosu. Potwierdzenia, że był tu, teraz i że jeszcze cokolwiek miało sens.
Geraldine zawsze miała ten charakterystyczny, niemal bezgłośny sposób poruszania się, ale mimo wszystko jego ucho wyłapywało różnice. Nie musiał na nią patrzeć, żeby wiedzieć, że się poruszyła.
Być może dlatego, że podświadomie nasłuchiwał jej przez cały ten czas. Od momentu, gdy teleportowali się do Exmoor. Od chwili, gdy zatrzymał się przed drzwiami i poczuł chłód drewna pod czołem.
Spojrzał na Rinę z tym specyficznym, głębokim rodzajem ulgi, którego nie był w stanie zamaskować. I chyba nawet nie chciał. Nie próbował tego zrobić.
Nie zrobił także żadnego teatralnego gestu. Nie przyciągnął jej gwałtownie do siebie, nie padł na kolana, nie złapał jej za sweter, nie rozkleił się do końca.
Zrobił krok. Potem drugi. Dopiero, kiedy dzielił ich tylko metr, pozwolił sobie na pierwszy oddech bez napięcia. Zbliżył się do niej bez żadnych dodatkowych słów, zupełnie, jakby to było coś absolutnie naturalnego. Bo było, czyż nie? Przynajmniej ich sytuacja była jasna. Wrócili do siebie zanim wszystko dookoła zaczęło się pierdolić. Zaiste. Mieli wyjątkowe wyczucie czasu. Byli wyjątkowi.
Doskonale znał ten wyraz twarzy. Napięcie wymieszane z niepewnością. To musiały być cholernie trudne dwa dni, nawet jeśli na pierwszy rzut oka Exmoor ominęły skutki pożarów i wyrwy na niebie.
Nie wiedział, czy ludzie, którzy nie przebywali w Londynie ani nigdzie na terenach bezpośrednio dotkniętych skutkami ataków zdawali sobie sprawę z tego, jaka była realna skala problemu. Ale nie zamierzał pytać o to Yaxleyówny. Przynajmniej nie teraz.
Dotknął dłonią jej policzka, przymknął oczy na moment, wciągając znajomy zapach. Taki jak zawsze. Bezpieczny. Spokojny. Lekko leśny, trochę dymny, ale nie w tym złym sensie. Pachniała dokładnie tym, czego przez te ostatnie godziny potrzebował bardziej niż czegokolwiek innego. Sobą. Domem.
Zmarszczył brwi. Nie z niepokoju, bardziej z przemęczenia. Dotknął ramienia dziewczyny, wyjątkowo niepewnie jak na siebie, jakby upewniał się, że ona też tu jest, że to się naprawdę dzieje. Moment później oparł się czołem o jej skroń a potem objął ją mocno, odpowiadając na uścisk.
Tak. W pewnym sensie to wszystko zdecydowanie zdawało się wiecznością. Wiedział, że czekała. Że z każdym kolejnym dniem, godziną, minutą, w którym się nie pojawiał, nakręcała się coraz bardziej. Znał ją zbyt dobrze, by mieć wątpliwości.
Dla niego to wszystko było podobne, ale nie takie same. To była wieczność, ale jednocześnie... ...wszystko działo się tak szybko. Za szybko. W mgnieniu oka. Wszystkie podejmowane decyzje nie trwały dłużej niż kilka minut. Żaden plan działania nie utrzymał się dłużej niż pół godziny. Wybory musiały być dokonywane tu i teraz, bo w tym całym chaosie nie było już czasu na jakiekolwiek później.
Potem zdawało się być jakimś abstrakcyjnym pojęciem. Jutro zdecydowanie nie zawstydziłoby zwolenników teorii Schrodingera. Mogło istnieć i nie istnieć. Zarazem, jednocześnie było i nie było ważne. Nie, gdy wszystko działo się w ten chaotyczny sposób. Ogień, krzyki, obrażenia fizyczne, efekty klątw i żywiołu, informacje przekazywane w biegu.
- Wiedziałem, że tu będziesz - mruknął głosem niższym niż zwykle, jakby jeszcze wciąż coś go dławiło. - Jak się czujesz? Nic ci nie jest? Przepraszam, że tyle to trwało - nie szukał wymówek, mówił tylko jak było. - Nie powinienem był tam tak długo zostawać - powiedział cicho, wplatając palce w jej włosy i powoli przeczesując je palcami, machinalnie i bezmyślnie. - Ale nie mogłem… ...nie miałem komu oddać oddziału... ...nawet nie oddziału, podział przestał obowiązywać już na samym początku nocy. Robiliśmy wszystko. Wszyscy - poprawił się niemal automatycznie. - Dopiero dzisiaj. Wreszcie. Przysłali nam jakichś ludzi. Nawet spoza kraju - wyjaśnił, bardzo powoli nabierając powietrza przez nos i oddychając głęboko.
Nie wiedział, za co dokładnie przeprasza. Za czas, za ciszę, za brak wiadomości, za każdy moment paniki, który mogła przeżywać przez te dwa dni. Przepraszał za to, że nie mógł się rozdwoić. Za to, że został tam, bo musiał. Ale nie chciał teraz tego wyjaśniać.
Nie szukał wielkich słów. W jego głowie panowała pustka. Głównie dlatego, że wszystko, co mógłby powiedzieć byłoby zbyt małe. Nie oddałoby nawet ułamka tego, co czuł i tego, co działo się przez ostatnie dni. Dlatego ograniczył się do minimum.
- Mung był jak kocioł bez dna - zaczął, zacinając się na chwilę w poszukiwaniu właściwych słów. - Zmienialiśmy decyzje w locie, przerzucaliśmy rannych między salami, jakby to miało jakiś sens. Jakbyśmy mogli nadążyć. Nie spałem. Chyba nic nie jadłem. Nie pamiętam - głos miał zachrypnięty, choć sam nie wiedział, czy od podnoszenia głosu i wydawania poleceń, od nadmiaru dymu, od niedoboru snu.
Może jednego, drugiego i trzeciego. Wszystko zlało się ze sobą w jedno wielkie pokłosie pożarów. Zgubił rachubę. Mógłby teraz opowiadać, ile osób przeszło mu przez ręce. Ile razy zaklęcie przestało działać dokładnie wtedy, kiedy nie miało prawa. Ile razy musiał wybrać, kto przeżyje. Ale to nie miało znaczenia.
- Muszę się ogarnąć - powiedział po chwili, nadal ściskając Geraldine, ale w tym wszystkim jakby nagle zdając sobie sprawę z tego, że...
...śmierdział. Po prostu jebał tym wszystkim, czego jego dziewczyna tak bardzo nienawidziła. I to irracjonalnie go teraz uderzyło. Bardziej niż powinno. Nie chciał, żeby ich pierwsze spokojne chwile po odzyskaniu czegoś na kształt stabilności były naznaczone czymś takim.
- Wziąć prysznic, zmienić ubrania... ...i chyba się napić... ...najebać, szczególnie że i tak nic nie przełknę - powiedział, zanim zdążył się powstrzymać, jednocześnie mimowolnie parskając pod nosem.
Był zmęczony, wyczerpany, wypruty z sił, ale wreszcie mu ulżyło... ...bo była.
I chyba właśnie to robił? Pozwalał sobie na to, żeby to do niego dotarło? Zrzucał z siebie londyńskie napięcie? Zostawiał je na korytarzu? Nie zabierał go do domu? Chyba tak?
W istocie trudno było mu zebrać myśli, działał automatycznie, nie zastanawiał się nad wykonywanymi czynnościami. Po prostu je robił.
Przez chwilę nie mógł się ruszyć. Chciał już wejść, ale coś go zatrzymało. Zawahanie. Potrzeba zebrania się w sobie. Ogarnięcia myśli. Albo po prostu to cholerne zmęczenie, które wreszcie zaczęło tak naprawdę zwalać go z nóg. Wyssało z nich resztki sił. Sprawiło, że musiał się podeprzeć o chłodne drewno.
Odetchnął głęboko i z zamkniętymi oczami policzył do trzech. Głucho, w myślach.
Na te trzy sekundy zatrzymał się po drugiej stronie drzwi, opierając dłoń o klamkę, jakby musiał jeszcze zebrać się w sobie, żeby ją nacisnąć, choć przecież już niemalże to zrobił. A potem wszedł do sypialni.
Pchnął drzwi bez większego impetu. Otworzyły się cicho, prawie niesłyszalnie. Nie przystanął w progu, zamknął je za sobą i dopiero wtedy omiótł wzrokiem pomieszczenie. Przez sekundę miał wrażenie, że pomylił się o kilka lat. Pokój wyglądał znajomo, niemal intymnie, zupełnie tak jak dawniej. Przed półtora roku. Zanim wszystko zaczęło się pierdolić.
Jeszcze zanim uchwycił spojrzeniem sylwetkę dziewczyny na tle okna, wiedział, że się nie pomylił. Nie był sam. Oddychał ciężko. Płaszcz ciążył mu na ramionach, buty wciąż były lekko mokre od porannej rosy. Wszystko w nim krzyczało, by wreszcie położył się spać, ale jeszcze bardziej niż snu, potrzebował jej obecności. Ciepła, zapachu, głosu. Potwierdzenia, że był tu, teraz i że jeszcze cokolwiek miało sens.
Geraldine zawsze miała ten charakterystyczny, niemal bezgłośny sposób poruszania się, ale mimo wszystko jego ucho wyłapywało różnice. Nie musiał na nią patrzeć, żeby wiedzieć, że się poruszyła.
Być może dlatego, że podświadomie nasłuchiwał jej przez cały ten czas. Od momentu, gdy teleportowali się do Exmoor. Od chwili, gdy zatrzymał się przed drzwiami i poczuł chłód drewna pod czołem.
Spojrzał na Rinę z tym specyficznym, głębokim rodzajem ulgi, którego nie był w stanie zamaskować. I chyba nawet nie chciał. Nie próbował tego zrobić.
Nie zrobił także żadnego teatralnego gestu. Nie przyciągnął jej gwałtownie do siebie, nie padł na kolana, nie złapał jej za sweter, nie rozkleił się do końca.
Zrobił krok. Potem drugi. Dopiero, kiedy dzielił ich tylko metr, pozwolił sobie na pierwszy oddech bez napięcia. Zbliżył się do niej bez żadnych dodatkowych słów, zupełnie, jakby to było coś absolutnie naturalnego. Bo było, czyż nie? Przynajmniej ich sytuacja była jasna. Wrócili do siebie zanim wszystko dookoła zaczęło się pierdolić. Zaiste. Mieli wyjątkowe wyczucie czasu. Byli wyjątkowi.
Doskonale znał ten wyraz twarzy. Napięcie wymieszane z niepewnością. To musiały być cholernie trudne dwa dni, nawet jeśli na pierwszy rzut oka Exmoor ominęły skutki pożarów i wyrwy na niebie.
Nie wiedział, czy ludzie, którzy nie przebywali w Londynie ani nigdzie na terenach bezpośrednio dotkniętych skutkami ataków zdawali sobie sprawę z tego, jaka była realna skala problemu. Ale nie zamierzał pytać o to Yaxleyówny. Przynajmniej nie teraz.
Dotknął dłonią jej policzka, przymknął oczy na moment, wciągając znajomy zapach. Taki jak zawsze. Bezpieczny. Spokojny. Lekko leśny, trochę dymny, ale nie w tym złym sensie. Pachniała dokładnie tym, czego przez te ostatnie godziny potrzebował bardziej niż czegokolwiek innego. Sobą. Domem.
Zmarszczył brwi. Nie z niepokoju, bardziej z przemęczenia. Dotknął ramienia dziewczyny, wyjątkowo niepewnie jak na siebie, jakby upewniał się, że ona też tu jest, że to się naprawdę dzieje. Moment później oparł się czołem o jej skroń a potem objął ją mocno, odpowiadając na uścisk.
Tak. W pewnym sensie to wszystko zdecydowanie zdawało się wiecznością. Wiedział, że czekała. Że z każdym kolejnym dniem, godziną, minutą, w którym się nie pojawiał, nakręcała się coraz bardziej. Znał ją zbyt dobrze, by mieć wątpliwości.
Dla niego to wszystko było podobne, ale nie takie same. To była wieczność, ale jednocześnie... ...wszystko działo się tak szybko. Za szybko. W mgnieniu oka. Wszystkie podejmowane decyzje nie trwały dłużej niż kilka minut. Żaden plan działania nie utrzymał się dłużej niż pół godziny. Wybory musiały być dokonywane tu i teraz, bo w tym całym chaosie nie było już czasu na jakiekolwiek później.
Potem zdawało się być jakimś abstrakcyjnym pojęciem. Jutro zdecydowanie nie zawstydziłoby zwolenników teorii Schrodingera. Mogło istnieć i nie istnieć. Zarazem, jednocześnie było i nie było ważne. Nie, gdy wszystko działo się w ten chaotyczny sposób. Ogień, krzyki, obrażenia fizyczne, efekty klątw i żywiołu, informacje przekazywane w biegu.
- Wiedziałem, że tu będziesz - mruknął głosem niższym niż zwykle, jakby jeszcze wciąż coś go dławiło. - Jak się czujesz? Nic ci nie jest? Przepraszam, że tyle to trwało - nie szukał wymówek, mówił tylko jak było. - Nie powinienem był tam tak długo zostawać - powiedział cicho, wplatając palce w jej włosy i powoli przeczesując je palcami, machinalnie i bezmyślnie. - Ale nie mogłem… ...nie miałem komu oddać oddziału... ...nawet nie oddziału, podział przestał obowiązywać już na samym początku nocy. Robiliśmy wszystko. Wszyscy - poprawił się niemal automatycznie. - Dopiero dzisiaj. Wreszcie. Przysłali nam jakichś ludzi. Nawet spoza kraju - wyjaśnił, bardzo powoli nabierając powietrza przez nos i oddychając głęboko.
Nie wiedział, za co dokładnie przeprasza. Za czas, za ciszę, za brak wiadomości, za każdy moment paniki, który mogła przeżywać przez te dwa dni. Przepraszał za to, że nie mógł się rozdwoić. Za to, że został tam, bo musiał. Ale nie chciał teraz tego wyjaśniać.
Nie szukał wielkich słów. W jego głowie panowała pustka. Głównie dlatego, że wszystko, co mógłby powiedzieć byłoby zbyt małe. Nie oddałoby nawet ułamka tego, co czuł i tego, co działo się przez ostatnie dni. Dlatego ograniczył się do minimum.
- Mung był jak kocioł bez dna - zaczął, zacinając się na chwilę w poszukiwaniu właściwych słów. - Zmienialiśmy decyzje w locie, przerzucaliśmy rannych między salami, jakby to miało jakiś sens. Jakbyśmy mogli nadążyć. Nie spałem. Chyba nic nie jadłem. Nie pamiętam - głos miał zachrypnięty, choć sam nie wiedział, czy od podnoszenia głosu i wydawania poleceń, od nadmiaru dymu, od niedoboru snu.
Może jednego, drugiego i trzeciego. Wszystko zlało się ze sobą w jedno wielkie pokłosie pożarów. Zgubił rachubę. Mógłby teraz opowiadać, ile osób przeszło mu przez ręce. Ile razy zaklęcie przestało działać dokładnie wtedy, kiedy nie miało prawa. Ile razy musiał wybrać, kto przeżyje. Ale to nie miało znaczenia.
- Muszę się ogarnąć - powiedział po chwili, nadal ściskając Geraldine, ale w tym wszystkim jakby nagle zdając sobie sprawę z tego, że...
...śmierdział. Po prostu jebał tym wszystkim, czego jego dziewczyna tak bardzo nienawidziła. I to irracjonalnie go teraz uderzyło. Bardziej niż powinno. Nie chciał, żeby ich pierwsze spokojne chwile po odzyskaniu czegoś na kształt stabilności były naznaczone czymś takim.
- Wziąć prysznic, zmienić ubrania... ...i chyba się napić... ...najebać, szczególnie że i tak nic nie przełknę - powiedział, zanim zdążył się powstrzymać, jednocześnie mimowolnie parskając pod nosem.
Był zmęczony, wyczerpany, wypruty z sił, ale wreszcie mu ulżyło... ...bo była.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down