05.05.2025, 17:18 ✶
Wrócili do siebie zaledwie dwa dni temu. Rankiem, gdy powietrze pachniało jeszcze wyłącznie nadchodzącą jesienią i zapowiedzią burzy. Nie mieli wtedy pojęcia, że Londyn stanie w płomieniach. Że wszystko wydarzy się tak szybko. I że ta jedna decyzja będzie tak bardzo rzutować na wszystkie kolejne godziny, wręcz doby. Całe szczęście właściwie.
Jasne, martwił się o Geraldine, ale i bez tego byłby o nią śmiertelnie zaniepokojony. Tak przynajmniej wiedział, że jest bezpieczna. Dzięki myśli o powrocie do niej, zdecydowanie lepiej się trzymał. Potrzebował tego. Musiał tu wrócić. Dowiedzieć się, że wszyscy byli już bezpieczni.
Kiwnął głową. Bardzo powoli, niemal przeciągle, trochę zawieszając się przy tym w taki sposób, jakby gdzieś w połowie tego gestu zupełnie zapomniał o tym, co robi. Nie było to takie znowu niezgodne z prawdą. Coraz częściej łapał się bowiem na tym, że wyłączając ten szpitalny automat, coraz bardziej poddawał się zmęczeniu.
Miał dwa cele. Ten jeden związany z kataklizmem w Mungu. Drugi natomiast z dotarciem do Exmoor. Do domu. Wypełnił je oba, przynajmniej na tyle, na ile mógł to zrobić. Teraz nareszcie zaczynał czuć się tak, jakby mógł po prostu odpocząć. Spuścić gardę.
Nie musząc już być uzdrowicielem w samym środku postapokaliptycznego chaosu. Nie czując już niepokoju związanego z tym, co działo się z jego najbliższymi. Nie potrzebując być na alercie, zaczął mimowolnie wyzbywać się tego całego napięcia w jedyny możliwy sposób, w jaki samoistnie reagowało jego ciało.
Przymknął oczy, wciągnął powietrze i pozwolił, by obecność Geraldine złamała w nim to, czego jeszcze chwilę temu tak kurczowo się trzymał: napięcie, kontrolę, przymus działania.
- Nic nie muszę - odparł praktycznie machinalnie, niemal bezwiednie, nawet jeśli w istocie sam dostrzegał, że może trochę za bardzo pokłada się na nogach, więc dosyć trudno byłoby tu mówić o zbyt długim odwlekaniu odpoczynku.
Nie miał siły faktycznie wzbraniać się przed tą koniecznością. W innym razie to mogło się skończyć padnięciem na podłogę w sypialni. A wtedy pewnie już by się nie podniósł, tylko zasnąłby właśnie w tym przypadkowym miejscu. Nawet zresztą nie spostrzegł, gdy trochę za bardzo oparł się na Geraldine, ciasno ją obejmując i tak po prostu chłonąc obecność dziewczyny.
- Nie mów mi, co mam robić - mruknął cicho, zdecydowanie z resztek tej wewnętrznej przekory, nawet jeśli brzmiącej dosyć zmęczenie i blado, mimowolnie uśmiechając się pod nosem.
Nie mógł tak po prostu powiedzieć oczywiście, kochanie, zjem śniadanie, zaczekam do co najmniej szesnastej i wtedy się najebię, prawda? To zupełnie nie byłoby w jego stylu.
Może powinien być bardziej pokorny, zważywszy na to, że się nim przejmowała, ale musiała mu to wybaczyć. W tym stanie w dalszym ciągu nieco zbyt mocno bawiły go różne dosyć absurdalne rzeczy.
Na przykład dokładnie takie jak ta: to ciche, trochę zachrypnięte zaprotestowanie przeciwko stawianiu mu warunków picia alkoholu, gdy jedynym, czego potrzebował to nachlać się na tyle, żeby do końca spuścić z tonu. Normalnie nie sięgał po takie rozwiązania. Wiedziała to. No, przynajmniej powinna to wiedzieć.
Minęło półtora roku, ale pod tym kątem nie zmienił się aż tak bardzo. W dalszym ciągu zapalał nerwy, nie je zapijał. Z tym, że to była wyjątkowa sytuacja. Tym razem naprawdę potrzebował odciąć się od tamtej rzeczywistości. I zamierzał wybrać jeden z najprostszych sposobów, by to uczynić.
- No dopsz, ma'am, jak sobie panienka życzy, spróbuję nie pić na pusty żołądek - stwierdził wreszcie po kilkunastu sekundach dosyć ciężkiego, ale nie nerwowego milczenia, nawet uśmiechając się przy tym trochę wyraźniej.
Chociaż jednocześnie też bardziej zmęczenie. Ciężko, wyczerpanie, a jednak bez dalszego sprzeciwu. Będąc w takim a nie innym stanie, chyba naprawdę dosyć łatwo było go przekonać tak naprawdę do czegokolwiek. Zwłaszcza, gdy było się jego dziewczyną.
- Przygotujesz mi, proszę, jakieś ubrania? - Spytał, odsuwając się kolejnym powolnym, trochę ospałym ruchem i posyłając dziewczynie spojrzenie, które w domyśle miało być pytająco-proszące.
W praktyce zaś było raczej średnio przytomne, rozproszone kilkukrotnym zamruganiem, gdy próbował wyostrzyć rozmywające mu się spojrzenie. Kiwnął głową. Sam nie wiedział, który raz z rzędu. Kiedy znalazł się z Corneliusem i Prudence na ulicy w Londynie, mimowolnie zaczął porozumiewać się głównie tymi kiwnięciami. Chyba tak mu zostało.
Dopiero teraz, gdy przez chwilę zamarł w jednej pozycji w miejscu, które już nie było szpitalem, Ambroise tak naprawdę uświadomił sobie, jak bardzo pachnie Londynem. Nie, nie tym eleganckim, lecz tym pogrążonym w chaosie i zniszczeniu. Jego jesienny płaszcz był przesiąknięty dymem. Capił spalenizną i czymś jeszcze. Czymś równie nieprzyjemnym. Czymś, co kojarzyło mu się z naprędce odkażanymi leżankami szpitalnymi: ostrym, niepokojąco sterylnym smrodem środków dezynfekujących, które z czasem stawały się częścią zapachu skóry. Rzeczywiście potrzebował to z siebie zmyć.
- Kocham cię - wymamrotał, chyba na stałe włączając to do jakiejś ich nowej tradycji, bo ostatnio robił to wyjątkowo często. - Kurewsko cię kocham - ale chyba właśnie tego potrzebował: jeszcze raz zapewnić Geraldine o tym, co powinna wiedzieć, szczególnie po tym wszystkim, co przeszli podczas pożarów.
Nie zamierzał wracać do tego, co stało się w Londynie. Podjął tę decyzję na długo zanim miał czas, żeby to przemyśleć. Nie zamierzał opierdalać nikogo z tu obecnych za tamte zachowania. Szczególnie nie Yaxleyównę.
Po prostu cieszył się z tego, że to przetrwali. Przeżyli ten dramat, wszyscy, podczas gdy wielu innych nie miało tyle szczęścia. Rzucanie się o impulsy wywoływane przez znalezienie się w samym środku tragedii byłoby wręcz bezdennie irracjonalne. Poniżej jakiejkolwiek krytyki. A on nie był kimś takim.
Nie dodał nic więcej. Odwrócił się na pięcie, posyłając ostatnie spojrzenie w kierunku dziewczyny, po czym wychodząc do łazienki. Zostawiając za sobą ślady błota, piachu i popiołu, które normalnie byłyby dla niego raczej czymś niedopuszczalnym, zwłaszcza na dywanie, ale w tym momencie praktycznie nie zwrócił na nie uwagi.
Zamknął drzwi, niemal od razu bezmyślnie opadając na krawędź wanny. Przysiadając ciężko na jej brzegu i przez chwilę wpatrując się w podłogę. Nie wiedział, ile czasu upłynęło zanim podniósł wzrok, by spojrzeć w lustro, ale gdy to zrobił...
...niemal nie poznał sam siebie. Zmrużył oczy, przyglądając się własnemu odbiciu i parskając z niedowierzaniem. Miał przybrudzone, przylepione do czoła włosy. Poszarzałe od sadzy, posklejane od potu, gdzieniegdzie również od czegoś zupełnie innego, nad czego identyfikacją nie musiał się głowic.
To były ślady krwi, ale nie jego własnej. Trudno było mu jednak powiedzieć, że na szczęście. Jasne, przeżył, nic mu nie było, ale czy aby na pewno? Czuł się z nimi fatalnie. Gorzej niż kiedykolwiek wcześniej.
To były dowody na to, że ostatnie dwie doby nie były tylko złym snem. Były koszmarem na jawie. Znajdowały się niemal wszędzie, choć nie we wszystkich miejscach od razu rzucały się w oczy. Gdzieniegdzie to były tylko drobne plamki. Tak jak przy skroni i na szyi.
W innych miejscach dostrzegał zaschnięte ciemnoczerwone, niemal czarne strużki. Takie jak ta, która z jakiegoś dziwnego powodu znalazła się na jego szyi pod kołnierzem koszuli. Czoło miał było przecięte cienką kreską zaschniętego eliksiru. Na rękach, gdy na nowo podwinął rękawy, również spostrzegł ciemniejsze smugi, które nie były tylko kurzem bądź pyłem.
Zresztą całe jego ubranie nosiło ślady ostatnich dwóch dni. Plamy, przetarcia, zachlapania, których nawet nie chciał analizować. Nie mieli czasu, żeby zmieniać ubrania na służbowe. Całe ostatnie dwa dni spędził w tych, które miał na sobie, gdy wpadł do szpitala. Zmienił tylko płaszcz na kitel narzucony na koszulę, ale dosyć szybko go ściągnął, bo zbyt szybko zaczął się w nim pocić. O jego roli świadczył tylko identyfikator i głośne wydawanie poleceń, od którego niemal zdarł sobie gardło.
Nikt już nie przejmował się sterylnością. Liczyło się wyłącznie jak najszybsze działanie. W efekcie wszystko poza płaszczem nadawało się do kosza. Zresztą nie sądził, by był w stanie założyć to na siebie bez wracania do tamtych wspomnień, nawet gdyby brud i plamy dało się jakoś wywabić.
Bez większego namysłu zrzucił z siebie ubrania. Buty opadły z głuchym dźwiękiem na płytki, płaszcz zsunął się z ramion i został tam, gdzie upadł. Wszystko inne dokładnie tak samo.
Moment później znalazł się pod prysznicem, jednocześnie odkręcając kurki w wannie. Być może to sprawiło, że woda nie była zbyt przyjemnie ciepła, ale wystarczyła, by szybko spłukał z siebie najgorszy syf. Później mógł wylądować w wannie, w której tak naprawdę potrzebował się znaleźć.
W Exmoor było cicho. Tak cicho, że aż nierealnie. Tylko wiatr wyjący za oknem przerywał tę ciszę, ale nie był niepokojący. Wręcz przeciwnie. Po hałasach ze szpitala całkiem przyjemnie koił zmysły. Wyciszał.
Roise zaczerpnął głęboki wdech, pozwalając sobie na to, by tak po prostu rozkoszować się tym spokojem. Woda lecąca z kranu zrobiła ciepła, prawie parząca, ale to nijak mu nie przeszkadzało. Gęste kłęby pary szybko ogarnęły łazienkę, otulając pomieszczenie mgłą podobną do tej na zewnątrz, ale cieplejszą. Bardziej uspokajającą.
Nie zasnął, ale zawiesił się gdzieś na granicy snu. Intensywne, nerwowe ruchy szpitalnej bieganiny ustąpiły miejsca niemal zupełnemu bezruchowi. Dopiero teraz zaczęło do niego docierać to jak bardzo bolały go mięśnie. Jak dobrze było położyć się w wannie i po prostu nic nie robić. Nawet nie próbował się szorować. Zamiast tego jego głowa osunęła się po krawędzi wanny.
Przymknął oczy i zanurzył się aż po brodę. Potrzebował tego bardziej niż sądził. Tak łatwo było pogrążyć się w tej ciszy, w cieple wody pachnącej środkami do kąpieli, w spokoju pozbawionym dźwięków miasta.
Jasne, martwił się o Geraldine, ale i bez tego byłby o nią śmiertelnie zaniepokojony. Tak przynajmniej wiedział, że jest bezpieczna. Dzięki myśli o powrocie do niej, zdecydowanie lepiej się trzymał. Potrzebował tego. Musiał tu wrócić. Dowiedzieć się, że wszyscy byli już bezpieczni.
Kiwnął głową. Bardzo powoli, niemal przeciągle, trochę zawieszając się przy tym w taki sposób, jakby gdzieś w połowie tego gestu zupełnie zapomniał o tym, co robi. Nie było to takie znowu niezgodne z prawdą. Coraz częściej łapał się bowiem na tym, że wyłączając ten szpitalny automat, coraz bardziej poddawał się zmęczeniu.
Miał dwa cele. Ten jeden związany z kataklizmem w Mungu. Drugi natomiast z dotarciem do Exmoor. Do domu. Wypełnił je oba, przynajmniej na tyle, na ile mógł to zrobić. Teraz nareszcie zaczynał czuć się tak, jakby mógł po prostu odpocząć. Spuścić gardę.
Nie musząc już być uzdrowicielem w samym środku postapokaliptycznego chaosu. Nie czując już niepokoju związanego z tym, co działo się z jego najbliższymi. Nie potrzebując być na alercie, zaczął mimowolnie wyzbywać się tego całego napięcia w jedyny możliwy sposób, w jaki samoistnie reagowało jego ciało.
Przymknął oczy, wciągnął powietrze i pozwolił, by obecność Geraldine złamała w nim to, czego jeszcze chwilę temu tak kurczowo się trzymał: napięcie, kontrolę, przymus działania.
- Nic nie muszę - odparł praktycznie machinalnie, niemal bezwiednie, nawet jeśli w istocie sam dostrzegał, że może trochę za bardzo pokłada się na nogach, więc dosyć trudno byłoby tu mówić o zbyt długim odwlekaniu odpoczynku.
Nie miał siły faktycznie wzbraniać się przed tą koniecznością. W innym razie to mogło się skończyć padnięciem na podłogę w sypialni. A wtedy pewnie już by się nie podniósł, tylko zasnąłby właśnie w tym przypadkowym miejscu. Nawet zresztą nie spostrzegł, gdy trochę za bardzo oparł się na Geraldine, ciasno ją obejmując i tak po prostu chłonąc obecność dziewczyny.
- Nie mów mi, co mam robić - mruknął cicho, zdecydowanie z resztek tej wewnętrznej przekory, nawet jeśli brzmiącej dosyć zmęczenie i blado, mimowolnie uśmiechając się pod nosem.
Nie mógł tak po prostu powiedzieć oczywiście, kochanie, zjem śniadanie, zaczekam do co najmniej szesnastej i wtedy się najebię, prawda? To zupełnie nie byłoby w jego stylu.
Może powinien być bardziej pokorny, zważywszy na to, że się nim przejmowała, ale musiała mu to wybaczyć. W tym stanie w dalszym ciągu nieco zbyt mocno bawiły go różne dosyć absurdalne rzeczy.
Na przykład dokładnie takie jak ta: to ciche, trochę zachrypnięte zaprotestowanie przeciwko stawianiu mu warunków picia alkoholu, gdy jedynym, czego potrzebował to nachlać się na tyle, żeby do końca spuścić z tonu. Normalnie nie sięgał po takie rozwiązania. Wiedziała to. No, przynajmniej powinna to wiedzieć.
Minęło półtora roku, ale pod tym kątem nie zmienił się aż tak bardzo. W dalszym ciągu zapalał nerwy, nie je zapijał. Z tym, że to była wyjątkowa sytuacja. Tym razem naprawdę potrzebował odciąć się od tamtej rzeczywistości. I zamierzał wybrać jeden z najprostszych sposobów, by to uczynić.
- No dopsz, ma'am, jak sobie panienka życzy, spróbuję nie pić na pusty żołądek - stwierdził wreszcie po kilkunastu sekundach dosyć ciężkiego, ale nie nerwowego milczenia, nawet uśmiechając się przy tym trochę wyraźniej.
Chociaż jednocześnie też bardziej zmęczenie. Ciężko, wyczerpanie, a jednak bez dalszego sprzeciwu. Będąc w takim a nie innym stanie, chyba naprawdę dosyć łatwo było go przekonać tak naprawdę do czegokolwiek. Zwłaszcza, gdy było się jego dziewczyną.
- Przygotujesz mi, proszę, jakieś ubrania? - Spytał, odsuwając się kolejnym powolnym, trochę ospałym ruchem i posyłając dziewczynie spojrzenie, które w domyśle miało być pytająco-proszące.
W praktyce zaś było raczej średnio przytomne, rozproszone kilkukrotnym zamruganiem, gdy próbował wyostrzyć rozmywające mu się spojrzenie. Kiwnął głową. Sam nie wiedział, który raz z rzędu. Kiedy znalazł się z Corneliusem i Prudence na ulicy w Londynie, mimowolnie zaczął porozumiewać się głównie tymi kiwnięciami. Chyba tak mu zostało.
Dopiero teraz, gdy przez chwilę zamarł w jednej pozycji w miejscu, które już nie było szpitalem, Ambroise tak naprawdę uświadomił sobie, jak bardzo pachnie Londynem. Nie, nie tym eleganckim, lecz tym pogrążonym w chaosie i zniszczeniu. Jego jesienny płaszcz był przesiąknięty dymem. Capił spalenizną i czymś jeszcze. Czymś równie nieprzyjemnym. Czymś, co kojarzyło mu się z naprędce odkażanymi leżankami szpitalnymi: ostrym, niepokojąco sterylnym smrodem środków dezynfekujących, które z czasem stawały się częścią zapachu skóry. Rzeczywiście potrzebował to z siebie zmyć.
- Kocham cię - wymamrotał, chyba na stałe włączając to do jakiejś ich nowej tradycji, bo ostatnio robił to wyjątkowo często. - Kurewsko cię kocham - ale chyba właśnie tego potrzebował: jeszcze raz zapewnić Geraldine o tym, co powinna wiedzieć, szczególnie po tym wszystkim, co przeszli podczas pożarów.
Nie zamierzał wracać do tego, co stało się w Londynie. Podjął tę decyzję na długo zanim miał czas, żeby to przemyśleć. Nie zamierzał opierdalać nikogo z tu obecnych za tamte zachowania. Szczególnie nie Yaxleyównę.
Po prostu cieszył się z tego, że to przetrwali. Przeżyli ten dramat, wszyscy, podczas gdy wielu innych nie miało tyle szczęścia. Rzucanie się o impulsy wywoływane przez znalezienie się w samym środku tragedii byłoby wręcz bezdennie irracjonalne. Poniżej jakiejkolwiek krytyki. A on nie był kimś takim.
Nie dodał nic więcej. Odwrócił się na pięcie, posyłając ostatnie spojrzenie w kierunku dziewczyny, po czym wychodząc do łazienki. Zostawiając za sobą ślady błota, piachu i popiołu, które normalnie byłyby dla niego raczej czymś niedopuszczalnym, zwłaszcza na dywanie, ale w tym momencie praktycznie nie zwrócił na nie uwagi.
Zamknął drzwi, niemal od razu bezmyślnie opadając na krawędź wanny. Przysiadając ciężko na jej brzegu i przez chwilę wpatrując się w podłogę. Nie wiedział, ile czasu upłynęło zanim podniósł wzrok, by spojrzeć w lustro, ale gdy to zrobił...
...niemal nie poznał sam siebie. Zmrużył oczy, przyglądając się własnemu odbiciu i parskając z niedowierzaniem. Miał przybrudzone, przylepione do czoła włosy. Poszarzałe od sadzy, posklejane od potu, gdzieniegdzie również od czegoś zupełnie innego, nad czego identyfikacją nie musiał się głowic.
To były ślady krwi, ale nie jego własnej. Trudno było mu jednak powiedzieć, że na szczęście. Jasne, przeżył, nic mu nie było, ale czy aby na pewno? Czuł się z nimi fatalnie. Gorzej niż kiedykolwiek wcześniej.
To były dowody na to, że ostatnie dwie doby nie były tylko złym snem. Były koszmarem na jawie. Znajdowały się niemal wszędzie, choć nie we wszystkich miejscach od razu rzucały się w oczy. Gdzieniegdzie to były tylko drobne plamki. Tak jak przy skroni i na szyi.
W innych miejscach dostrzegał zaschnięte ciemnoczerwone, niemal czarne strużki. Takie jak ta, która z jakiegoś dziwnego powodu znalazła się na jego szyi pod kołnierzem koszuli. Czoło miał było przecięte cienką kreską zaschniętego eliksiru. Na rękach, gdy na nowo podwinął rękawy, również spostrzegł ciemniejsze smugi, które nie były tylko kurzem bądź pyłem.
Zresztą całe jego ubranie nosiło ślady ostatnich dwóch dni. Plamy, przetarcia, zachlapania, których nawet nie chciał analizować. Nie mieli czasu, żeby zmieniać ubrania na służbowe. Całe ostatnie dwa dni spędził w tych, które miał na sobie, gdy wpadł do szpitala. Zmienił tylko płaszcz na kitel narzucony na koszulę, ale dosyć szybko go ściągnął, bo zbyt szybko zaczął się w nim pocić. O jego roli świadczył tylko identyfikator i głośne wydawanie poleceń, od którego niemal zdarł sobie gardło.
Nikt już nie przejmował się sterylnością. Liczyło się wyłącznie jak najszybsze działanie. W efekcie wszystko poza płaszczem nadawało się do kosza. Zresztą nie sądził, by był w stanie założyć to na siebie bez wracania do tamtych wspomnień, nawet gdyby brud i plamy dało się jakoś wywabić.
Bez większego namysłu zrzucił z siebie ubrania. Buty opadły z głuchym dźwiękiem na płytki, płaszcz zsunął się z ramion i został tam, gdzie upadł. Wszystko inne dokładnie tak samo.
Moment później znalazł się pod prysznicem, jednocześnie odkręcając kurki w wannie. Być może to sprawiło, że woda nie była zbyt przyjemnie ciepła, ale wystarczyła, by szybko spłukał z siebie najgorszy syf. Później mógł wylądować w wannie, w której tak naprawdę potrzebował się znaleźć.
W Exmoor było cicho. Tak cicho, że aż nierealnie. Tylko wiatr wyjący za oknem przerywał tę ciszę, ale nie był niepokojący. Wręcz przeciwnie. Po hałasach ze szpitala całkiem przyjemnie koił zmysły. Wyciszał.
Roise zaczerpnął głęboki wdech, pozwalając sobie na to, by tak po prostu rozkoszować się tym spokojem. Woda lecąca z kranu zrobiła ciepła, prawie parząca, ale to nijak mu nie przeszkadzało. Gęste kłęby pary szybko ogarnęły łazienkę, otulając pomieszczenie mgłą podobną do tej na zewnątrz, ale cieplejszą. Bardziej uspokajającą.
Nie zasnął, ale zawiesił się gdzieś na granicy snu. Intensywne, nerwowe ruchy szpitalnej bieganiny ustąpiły miejsca niemal zupełnemu bezruchowi. Dopiero teraz zaczęło do niego docierać to jak bardzo bolały go mięśnie. Jak dobrze było położyć się w wannie i po prostu nic nie robić. Nawet nie próbował się szorować. Zamiast tego jego głowa osunęła się po krawędzi wanny.
Przymknął oczy i zanurzył się aż po brodę. Potrzebował tego bardziej niż sądził. Tak łatwo było pogrążyć się w tej ciszy, w cieple wody pachnącej środkami do kąpieli, w spokoju pozbawionym dźwięków miasta.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down