05.05.2025, 21:50 ✶
Nie miał zielonego pojęcia, w jakim stopniu informacje przepływały między Exmoor a Londynem. Ciotka z pewnością starała się trzymać rękę na pulsie. Tak samo jak pozostała reszta ludzi, którzy znajdowali się w domu. Jak Rina.
A jednak z jakiegoś powodu wydawało mu się, że mogli nie wiedzieć wszystkiego. Że jeszcze nie zdawali sobie sprawy ze skali problemu. Tego, że pożary nie ograniczyły się wyłącznie do Londynu i bezpośrednich okolic miasta.
Z pewnością mieli swoje wyobrażenia na ten temat. Ba, być może nawet nie tyle wyobrażenia, co lęki. Jawne czy niejawne. Powody do niepokoju, wizje tego, co działo się w Londynie. Obrazy mimowolnie pojawiające się w głowie, wypalające się pod powiekami nadal podrażnionymi od tamtego szczypiącego dymu. Ale rzeczywistość była gorsza. Dużo gorsza.
Tyle tylko, że raczej nie chciał być tą osobą, która im to przedstawi. Nie zamierzał o tym zbyt wiele mówić. Wręcz przeciwnie. Chciał odpuścić. Spróbować to z siebie zrzucić. Wrócić do bycia sobą. Odciąć się od związku z pożarami. Jeden z nielicznych razów w życiu w pewnym sensie uciec. Nie od odpowiedzialności a przed tymi wszystkimi wspomnieniami.
To miał być ich szczęśliwy czas. W pewnym sensie nadal nie mógł uwierzyć w to jak szybko wszystko dookoła się spierdoliło, ale przynajmniej znów byli razem w sypialni. Bezpieczni. Sami. To był dobry pierwszy krok do odzyskania stabilności i powrotu do normalniejszego zachowania, nawet jeśli kryzys jeszcze się nie skończył.
Chwilowo przynajmniej byli poza Londynem. I nie musieli tam wracać. Przynajmniej przez najbliższe dwa dni.
Nie protestował już dłużej, gdy usłyszał stanowcze nie tym razem. Po prostu westchnął, nawet nie wywracając oczami. Nie miał siły, by faktycznie sprzeczać się z dziewczyną. Zresztą prawdę mówiąc nie miał też powodów. Ostatni raz coś zjadł… ...nawet nie był pewien, kiedy. Wszystko zlało mu się w jedną ciągłą walkę z pokłosiem szalejącego żywiołu.
Poza tym głos Geraldine był spokojny, ale nieustępliwy. Dokładnie taki, jaki znał od lat. Zupełnie tak, jakby nic się nie zmieniło. Coś w jej tonie sprawiło, że w końcu uśmiechnął się lekko. Na kilkanaście sekund zmęczenie naznaczające przez jego twarz ustąpiło miejsca czemuś łagodniejszemu. Temu bardzo przelotnemu czułemu wyrazowi.
W innych okolicznościach pewnie wywróciłby przy tym oczami. Uniósłby wzrok w kierunku sufitu. Westchnąłby pobłażliwie i powiedziałby coś, co podtrzymałoby ich niezbyt bogaty w słowa dialog. Tym razem tego nie zrobił.
Oparł się na niej ciężko, jakby jego własne nogi na chwilę przestały być godne zaufania. Przytulał ją bez słowa. Obejmował Geraldine, opierając czoło o czoło dziewczyny i bardzo powoli przesuwając kciukiem po jej plecach. Niemal nieświadomie. Raczej bez większej przyczyny, prócz tej, żeby tak po prostu móc czuć ten dotyk.
Nie była to pieszczota. Nie było w tym zupełnie żadnej zmysłowości. Było za to wszystko inne: ulga, zmęczenie, wdzięczność, że wciąż tu była. Że wciąż była jego. Nie powiedział tego, nie ubrał tego w żadne słowa. Czasem milczenie było jedynym, co potrafił z siebie wykrzesać. I chyba wystarczało, czyż nie? Wiedziała. Z pewnością wiedziała.
Tak jak on wiedział, że jest taka uparta, bo się o niego troszczyła.
Nie chciał jeść. Nie był głodny... ...albo może był, ale nie potrafił tego odczuwać? Zbyt długo funkcjonował jak automat. Potrzebował spuścić z tonu. Złapać oddech. Paradoksalnie (bo jego gardło z pewnością miało mu tego nie darować) może wypalić pół paczki papierosów, zapijając to whisky albo ginem, żeby poczuć się trochę lepiej.
A jednak Geraldine mówiła dalej. Spokojnie, ale wyjątkowo stanowczo. Zupełnie tak jak zawsze wtedy, gdy próbowała go sprowadzić na ziemię. Znała go lepiej niż ktokolwiek. Wiedziała, co robić, gdy zaliczał te swoje upierdliwe stany fiksacji.
Półprzymknięte oczy i zmęczone ciało przypominały mu o tym, że nawet jego organizm miał swoje granice. Nawet on je miał. Przekraczał je miesiącami, gdy był sam, ale teraz już nie był w stanie tego robić. Nawet jak na siebie, czuł się wyczerpany.
Mógł być wiecznie przygotowany do działania, wiecznie gotów rzucić się w wir pracy, żeby tylko nie dopuścić do siebie zbyt wielu myśli. Ale teraz... ...nie potrafił. Nie było już nic do zaleczenia. Nic do ratowania. Wszystko, co było w jego zasięgu zostało już zrobione. Wrócił do domu. Powinien zapanować nad swoimi tendencjami.
Coś zjeść. No cóż. Musiał to przyznać Geraldine. Miała rację. Oczywiście, że ją miała. Tym razem nie miał w sobie dość siły, by udawać, że jest w stanie funkcjonować na przekór zdrowemu rozsądkowi. Rzeczywiście. Jeśli mówiła mu, że powinien coś zjeść to pewnie wiedziała lepiej. Zresztą musiał wyglądać co najmniej tak fatalnie jak się czuł.
Oczywiście, nie zamierzał tego przyznawać na głos, ale bardzo powoli kiwnął głową. Zdecydowanie nie miał energii, by dalej sprzeczać się o takie pierdoły. Mógł zjeść kanapkę, jeśli to było takie ważne. Nawet nie wywrócił na to oczami.
- Tylko nie dawaj mi owsianki - burknął chrapliwie, próbując podtrzymać ten wcześniejszy lekko przekorny ton rozmowy. - Nawet po końcu świata mam swoje granice - skwitował ten własny żart (niezbyt zabawny, tym bardziej, że jego dziewczyna była zatwardziałym mięsożercą, więc raczej mu to nie groziło) półuśmiechem, który wcale nie oznaczał rozbawienia.
Moment później westchnął cicho, nie protestując już ani słowem. I tak wiedział, że nie wygra tej walki, więc nawet nie próbował stawiać się zbyt mocno. Zresztą... ...dobrze, że ktoś jeszcze przypominał mu o takich rzeczach. Sam dawno przestał to robić.
Po prostu ostatni raz kiwnął głową i wyszedł do łazienki.
Gdy usiadł w wannie, woda otuliła go niemal jak kokon. Czuł, jak napięcie powoli zaczyna opuszczać jego mięśnie. Jeszcze nie był zupełnie odprężony, ale nie sądził, że to miało się wkrótce zmienić. Potrzebował czasu i alkoholu, żeby dopuścić do siebie te wszystkie zmiany. To, że już nie musi być na alercie, że może dać sobie na wstrzymanie, odpuścić.
Woda była gorąca. Nie wyjątkowo ciepła, tylko prawie parząca. Na tyle, że szybko wypełniła łazienkę kłębami pary, ale nie miało to większego znaczenia. Liczyło się tylko to, że spływała po nim, zabierając ze sobą brud, krew, pot i wszystkie wspomnienia ostatnich dni.
Zamknął oczy, w pewnym momencie znowu sięgając do kurków i na powrót je odkręcając. Wyciągając korek palcami stopy w taki sposób, żeby wypuścić trochę syfu i puszczając świeżą porcję wody. Mimo wszystko nie chciał leżeć w brudzie. W resztkach eliksirów, pyłu, popiołu i krwi odmaczających się z podrażnionej skóry.
Doskonale zdawał sobie sprawę, że na co najmniej kilkanaście minut ograniczał tym ilość dostępnego wrzątku w termie przypisanej do dwóch łazienek, ale w tym momencie zupełnie nie przejmował się takimi sprawami. Po prostu to zrobił. Puścił strumień, pozwalając, by uderzał w czubek głowy i w kark.
Cisza została zakłócona, ale w ten całkiem dobry sposób. Woda dudniła w uszach Ambroisa, skutecznie zagłuszając wszystko inne. Nawet jego własne myśli, które przez ostatnie dwie doby nie dawały mu spokoju. Obrazy z Munga, dźwięki jęków i krzyków, zapach spalenizny i eliksirów. Przysiągłby, że dalej miał je w nozdrzach. Razem z tym cholernym dymem. Wraz z popiołem. A teraz pozwalał parze je stamtąd wyrzucić.
Wreszcie zebrał się w sobie na tyle, żeby namydlić się i spłukać. Trzy razy zanim wreszcie poczuł się na tyle względnie czysty, żeby zakręcić wodę i znowu zatracić się we wrażeniu spokoju.
Nie zasnął, ale też nie czuwał. W pewnym momencie przestał być świadomy upływu czasu. Dryfował między tymi dwoma stanami. Zbyt zmęczony, by myśleć. Zbyt wyczerpany, by zasnąć. Po prostu trwał. Z zamkniętymi oczami, zanurzony aż po brodę.
Spuścił z tonu na tyle, że nawet nie zwrócił uwagi na otwierające się drzwi. Nie trzymał gardy. Nie miał już po co. Dopiero ruch chłodniejszego powietrza tuż obok niego i nieco odległe brzmiący szelest ubrań jego dziewczyny wyrwały go z tego dziwnego stanu zawieszenia.
Dotyk dłoni na policzku był delikatny. Przyjemny. Naprawdę miły. Mimowolnie przechylił głowę, przyciskając twarz do palców Yaxleyówny i unosząc kąciki ust. Jeszcze nie otwierał oczu. Chwilowo zadowolił się wyłącznie słowami. Tak właściwie to jednym słowem. Nieco przeciągłym, całkiem melodyjnym jak na jego wcześniejsze chrypanie.
- Heeej - nie pamiętał czy już przywitali się w ten właściwy sposób.
Na pewno jeszcze jej nie pocałował, ale zrobił to całkiem celowo. Nie chciał wtedy śmierdzieć tymi wszystkimi wspomnieniami. Szpitalem i pyłem, krwią, medykamentami. Mieli czas. Byli bezpieczni. Tym razem naprawdę.
- Jak się masz? - Proste pytanie poprzedzające kolejne słowa. - Co robiłaś, jak mnie nie było? Jak Astaroth? I zwierzęta? Romulus zabrał Lilię? - Być może nadal był zmęczony, ale paradoksalnie: ta gorąca woda, która zdążyła już dosyć mocno przestygnąć, dosyć mocno go otrzeźwiła.
Nie zamierzał milczeć. Nie, gdy mogli rozmawiać pierwszy raz od ponad dwóch dni. Byleby tylko nie o samych pożarach. Nie chciał jeszcze poruszać tematu kataklizmu. Zdecydowanie nie zamierzał tego robić bez pytania ze strony dziewczyny. A szczerze wątpił, by zamierzała go tym teraz męczyć. Siebie zresztą też.
A jednak z jakiegoś powodu wydawało mu się, że mogli nie wiedzieć wszystkiego. Że jeszcze nie zdawali sobie sprawy ze skali problemu. Tego, że pożary nie ograniczyły się wyłącznie do Londynu i bezpośrednich okolic miasta.
Z pewnością mieli swoje wyobrażenia na ten temat. Ba, być może nawet nie tyle wyobrażenia, co lęki. Jawne czy niejawne. Powody do niepokoju, wizje tego, co działo się w Londynie. Obrazy mimowolnie pojawiające się w głowie, wypalające się pod powiekami nadal podrażnionymi od tamtego szczypiącego dymu. Ale rzeczywistość była gorsza. Dużo gorsza.
Tyle tylko, że raczej nie chciał być tą osobą, która im to przedstawi. Nie zamierzał o tym zbyt wiele mówić. Wręcz przeciwnie. Chciał odpuścić. Spróbować to z siebie zrzucić. Wrócić do bycia sobą. Odciąć się od związku z pożarami. Jeden z nielicznych razów w życiu w pewnym sensie uciec. Nie od odpowiedzialności a przed tymi wszystkimi wspomnieniami.
To miał być ich szczęśliwy czas. W pewnym sensie nadal nie mógł uwierzyć w to jak szybko wszystko dookoła się spierdoliło, ale przynajmniej znów byli razem w sypialni. Bezpieczni. Sami. To był dobry pierwszy krok do odzyskania stabilności i powrotu do normalniejszego zachowania, nawet jeśli kryzys jeszcze się nie skończył.
Chwilowo przynajmniej byli poza Londynem. I nie musieli tam wracać. Przynajmniej przez najbliższe dwa dni.
Nie protestował już dłużej, gdy usłyszał stanowcze nie tym razem. Po prostu westchnął, nawet nie wywracając oczami. Nie miał siły, by faktycznie sprzeczać się z dziewczyną. Zresztą prawdę mówiąc nie miał też powodów. Ostatni raz coś zjadł… ...nawet nie był pewien, kiedy. Wszystko zlało mu się w jedną ciągłą walkę z pokłosiem szalejącego żywiołu.
Poza tym głos Geraldine był spokojny, ale nieustępliwy. Dokładnie taki, jaki znał od lat. Zupełnie tak, jakby nic się nie zmieniło. Coś w jej tonie sprawiło, że w końcu uśmiechnął się lekko. Na kilkanaście sekund zmęczenie naznaczające przez jego twarz ustąpiło miejsca czemuś łagodniejszemu. Temu bardzo przelotnemu czułemu wyrazowi.
W innych okolicznościach pewnie wywróciłby przy tym oczami. Uniósłby wzrok w kierunku sufitu. Westchnąłby pobłażliwie i powiedziałby coś, co podtrzymałoby ich niezbyt bogaty w słowa dialog. Tym razem tego nie zrobił.
Oparł się na niej ciężko, jakby jego własne nogi na chwilę przestały być godne zaufania. Przytulał ją bez słowa. Obejmował Geraldine, opierając czoło o czoło dziewczyny i bardzo powoli przesuwając kciukiem po jej plecach. Niemal nieświadomie. Raczej bez większej przyczyny, prócz tej, żeby tak po prostu móc czuć ten dotyk.
Nie była to pieszczota. Nie było w tym zupełnie żadnej zmysłowości. Było za to wszystko inne: ulga, zmęczenie, wdzięczność, że wciąż tu była. Że wciąż była jego. Nie powiedział tego, nie ubrał tego w żadne słowa. Czasem milczenie było jedynym, co potrafił z siebie wykrzesać. I chyba wystarczało, czyż nie? Wiedziała. Z pewnością wiedziała.
Tak jak on wiedział, że jest taka uparta, bo się o niego troszczyła.
Nie chciał jeść. Nie był głodny... ...albo może był, ale nie potrafił tego odczuwać? Zbyt długo funkcjonował jak automat. Potrzebował spuścić z tonu. Złapać oddech. Paradoksalnie (bo jego gardło z pewnością miało mu tego nie darować) może wypalić pół paczki papierosów, zapijając to whisky albo ginem, żeby poczuć się trochę lepiej.
A jednak Geraldine mówiła dalej. Spokojnie, ale wyjątkowo stanowczo. Zupełnie tak jak zawsze wtedy, gdy próbowała go sprowadzić na ziemię. Znała go lepiej niż ktokolwiek. Wiedziała, co robić, gdy zaliczał te swoje upierdliwe stany fiksacji.
Półprzymknięte oczy i zmęczone ciało przypominały mu o tym, że nawet jego organizm miał swoje granice. Nawet on je miał. Przekraczał je miesiącami, gdy był sam, ale teraz już nie był w stanie tego robić. Nawet jak na siebie, czuł się wyczerpany.
Mógł być wiecznie przygotowany do działania, wiecznie gotów rzucić się w wir pracy, żeby tylko nie dopuścić do siebie zbyt wielu myśli. Ale teraz... ...nie potrafił. Nie było już nic do zaleczenia. Nic do ratowania. Wszystko, co było w jego zasięgu zostało już zrobione. Wrócił do domu. Powinien zapanować nad swoimi tendencjami.
Coś zjeść. No cóż. Musiał to przyznać Geraldine. Miała rację. Oczywiście, że ją miała. Tym razem nie miał w sobie dość siły, by udawać, że jest w stanie funkcjonować na przekór zdrowemu rozsądkowi. Rzeczywiście. Jeśli mówiła mu, że powinien coś zjeść to pewnie wiedziała lepiej. Zresztą musiał wyglądać co najmniej tak fatalnie jak się czuł.
Oczywiście, nie zamierzał tego przyznawać na głos, ale bardzo powoli kiwnął głową. Zdecydowanie nie miał energii, by dalej sprzeczać się o takie pierdoły. Mógł zjeść kanapkę, jeśli to było takie ważne. Nawet nie wywrócił na to oczami.
- Tylko nie dawaj mi owsianki - burknął chrapliwie, próbując podtrzymać ten wcześniejszy lekko przekorny ton rozmowy. - Nawet po końcu świata mam swoje granice - skwitował ten własny żart (niezbyt zabawny, tym bardziej, że jego dziewczyna była zatwardziałym mięsożercą, więc raczej mu to nie groziło) półuśmiechem, który wcale nie oznaczał rozbawienia.
Moment później westchnął cicho, nie protestując już ani słowem. I tak wiedział, że nie wygra tej walki, więc nawet nie próbował stawiać się zbyt mocno. Zresztą... ...dobrze, że ktoś jeszcze przypominał mu o takich rzeczach. Sam dawno przestał to robić.
Po prostu ostatni raz kiwnął głową i wyszedł do łazienki.
Gdy usiadł w wannie, woda otuliła go niemal jak kokon. Czuł, jak napięcie powoli zaczyna opuszczać jego mięśnie. Jeszcze nie był zupełnie odprężony, ale nie sądził, że to miało się wkrótce zmienić. Potrzebował czasu i alkoholu, żeby dopuścić do siebie te wszystkie zmiany. To, że już nie musi być na alercie, że może dać sobie na wstrzymanie, odpuścić.
Woda była gorąca. Nie wyjątkowo ciepła, tylko prawie parząca. Na tyle, że szybko wypełniła łazienkę kłębami pary, ale nie miało to większego znaczenia. Liczyło się tylko to, że spływała po nim, zabierając ze sobą brud, krew, pot i wszystkie wspomnienia ostatnich dni.
Zamknął oczy, w pewnym momencie znowu sięgając do kurków i na powrót je odkręcając. Wyciągając korek palcami stopy w taki sposób, żeby wypuścić trochę syfu i puszczając świeżą porcję wody. Mimo wszystko nie chciał leżeć w brudzie. W resztkach eliksirów, pyłu, popiołu i krwi odmaczających się z podrażnionej skóry.
Doskonale zdawał sobie sprawę, że na co najmniej kilkanaście minut ograniczał tym ilość dostępnego wrzątku w termie przypisanej do dwóch łazienek, ale w tym momencie zupełnie nie przejmował się takimi sprawami. Po prostu to zrobił. Puścił strumień, pozwalając, by uderzał w czubek głowy i w kark.
Cisza została zakłócona, ale w ten całkiem dobry sposób. Woda dudniła w uszach Ambroisa, skutecznie zagłuszając wszystko inne. Nawet jego własne myśli, które przez ostatnie dwie doby nie dawały mu spokoju. Obrazy z Munga, dźwięki jęków i krzyków, zapach spalenizny i eliksirów. Przysiągłby, że dalej miał je w nozdrzach. Razem z tym cholernym dymem. Wraz z popiołem. A teraz pozwalał parze je stamtąd wyrzucić.
Wreszcie zebrał się w sobie na tyle, żeby namydlić się i spłukać. Trzy razy zanim wreszcie poczuł się na tyle względnie czysty, żeby zakręcić wodę i znowu zatracić się we wrażeniu spokoju.
Nie zasnął, ale też nie czuwał. W pewnym momencie przestał być świadomy upływu czasu. Dryfował między tymi dwoma stanami. Zbyt zmęczony, by myśleć. Zbyt wyczerpany, by zasnąć. Po prostu trwał. Z zamkniętymi oczami, zanurzony aż po brodę.
Spuścił z tonu na tyle, że nawet nie zwrócił uwagi na otwierające się drzwi. Nie trzymał gardy. Nie miał już po co. Dopiero ruch chłodniejszego powietrza tuż obok niego i nieco odległe brzmiący szelest ubrań jego dziewczyny wyrwały go z tego dziwnego stanu zawieszenia.
Dotyk dłoni na policzku był delikatny. Przyjemny. Naprawdę miły. Mimowolnie przechylił głowę, przyciskając twarz do palców Yaxleyówny i unosząc kąciki ust. Jeszcze nie otwierał oczu. Chwilowo zadowolił się wyłącznie słowami. Tak właściwie to jednym słowem. Nieco przeciągłym, całkiem melodyjnym jak na jego wcześniejsze chrypanie.
- Heeej - nie pamiętał czy już przywitali się w ten właściwy sposób.
Na pewno jeszcze jej nie pocałował, ale zrobił to całkiem celowo. Nie chciał wtedy śmierdzieć tymi wszystkimi wspomnieniami. Szpitalem i pyłem, krwią, medykamentami. Mieli czas. Byli bezpieczni. Tym razem naprawdę.
- Jak się masz? - Proste pytanie poprzedzające kolejne słowa. - Co robiłaś, jak mnie nie było? Jak Astaroth? I zwierzęta? Romulus zabrał Lilię? - Być może nadal był zmęczony, ale paradoksalnie: ta gorąca woda, która zdążyła już dosyć mocno przestygnąć, dosyć mocno go otrzeźwiła.
Nie zamierzał milczeć. Nie, gdy mogli rozmawiać pierwszy raz od ponad dwóch dni. Byleby tylko nie o samych pożarach. Nie chciał jeszcze poruszać tematu kataklizmu. Zdecydowanie nie zamierzał tego robić bez pytania ze strony dziewczyny. A szczerze wątpił, by zamierzała go tym teraz męczyć. Siebie zresztą też.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down