05.05.2025, 21:52 ✶
Rzeczy podziały się szybko. Zbyt szybko, a może to jemu brakło refleksu? Nie. Nie była to kwestia refleksu. Był to kwestia spalonego mostu. Spalonego słońcem Jordanii. Żar tamtych dni niejednokrotnie odbijał się na jego twarzy, niejednokrotnie wytapiał stalowe łzy.
Kieruj się tam, gdzie mówią po Włosku i idź jeszcze trochę dalej. Kiedy nareszcie przestaną - odkryjesz, że jesteś na miejscu.
I byli na miejscu. Tkwili w tym miejscu od siedmiu długich lat, spoglądając na siebie z dwóch odległych krańców urwiska, które niegdyś zdawało się być żyzną doliną.
Brakło mu tchu, czuł jak policzki bledną, z każdym ruchem rozumiejąc coraz mniej. Kiedy rozmowa o jej relacji z rodziną Mulciberów była pożądana, a kiedy wzbudzała chłód i bezwzględne traktowanie ciszą. A teraz powinnam się już położyć.
powiedziała znad nietkniętej kolacji i zniknęła. Dlaczegóż miałby się martwić? W końcu spędziła wyborny czas z Aleksandrem, który przywrócił uśmiech na bladą twarz. Uśmiech, który on teraz tak brutalnie gasił, czując z każdą sekundą odmierzaną ziarnem pustyni piasku, że kamienne ściany są coraz bliżej, że zaraz go zgniotą. Piasku w klepsydrze, która od dawna była pusta, popękana jednym pytaniem. Jedną odmową.
Mógł oczywiście zapytać jak ona czuje się z tymi plotkami, jego usta już otwierały się w pytaniu, gdy wymuszona lekkość jej głosu, smagnęła go po policzku jak bicz arabskiego poganiacza wielbłądów. Znając pogardę z jaką Lorien spoglądała na opinie innych, z jakim rozbawieniem podchodziła do plotek per se i jaką butą podchodziła do plotek na własny temat, nie zakładał, aby było to dla niej jakkolwiek dotkliwe, skoro sama kilka miesięcy temu postanowiła spowinowacić się wbrew wszystkiemu z przedstawicielem rodziny uważanej bardzo nisko, nie tylko przez wzgląd na historię rodu, ale profesję, którą parał się jej wybranek. Nie pytał wtedy, nie pytał później, szanując jej decyzję, będąc jedną z nielicznych osób, która nie tylko nie wypominała jej tego w towarzystwie, ale otwarcie stawała w jej obronie. Był świadkiem na jej ślubie. Był jej przyjacielem. Był tym, któremu nie pozwoliła ogrzać się w cieniu boleśnie zaklętego serca, ale pozwalała być na tyle blisko by mógł czuwać obok.
Z drugiego krańca przepaści, patrząc na popiół rozwiewany przez pustynny wiatr.
Nie zdążył zapytać, patrząc jak kolejna nitka rozmowy jest ucinana niczym zaschnięta gałąź.
Odsunęła ręce, gdy zdawało mu się, że podzielił się z nią wieścią, która obu mogłaby uszczęśliwić. Wszak to był bezpieczny teren ich dawnych dysput, to była przestrzeń, którą nigdyś dzielili bez zaciśniętego gardła, bez bielących się kostek, bez spojrzenia pełnego wyrzutu.
Lorien potrzebuję Cię. Chciałbym, żebyśmy pracowali nad tym razem, Akademia to projekt Ministerialny, będziemy mogli spędzać więcej i więcej czasu, nie tylko w domu. Będziemy mogli razem jeździć, zbierać ekspertów z całego świata, pracować i mieć czas na to by móc odbudować most, który został spalony... – Okazja jedna na milion. Prawda. Szansa na wybranie specjalistów również z kadry poszczególnych departamentów... Jej wkład zdawał mu się niezastąpiony w jasnej i ciemnej stronie tej samej toczącej się monety. Przenikliwy umysł korygujący kierunek sylabusów, kształtujące akademickie regulaminy i granty. Przenikliwy umysł tworzący z nich cielaka do upłynniania ministerialnych zasobów, badań, których potrzebowali oni, niekoniecznie państwo. Budowanie siły, gromadzenie ludzi. Mieli idealną przykrywkę i mogliby, mogliby być w tym razem.
Mogliby odbudować most.
Jego oczy zaczerwieniły się nim jeszcze w ogóle wspomniała o rzeczy, którą musiała mu powiedzieć. Zabrała dłoń i choć najwidoczniej nie był najmądrzejszym mężczyzną w tym pomieszczeniu, doskonale zdawał sobie sprawę z tego co to znaczy.
Opuszczasz mnie...
Ścięgno na skroni delikatnie napinało się i rozluźniało, w miarę jak zagryzał i rozluźniał zęby słuchając jej następnych słów, jakby byli w najgorszym z możliwych koszmarów. Jej słowa wstrząsnęły nim do głębi i nie był w stanie wewnątrz własnej agonii rozpoznać do końca konkretnego powodu, konkretnych punktów jej wypowiedzi, które doprowadziły go do tego stanu. Jeszcze przed twoim wyjazdem...byłoby wobec Ciebie szalenie nieuczciwe, gdybyś nie znał pełnej prawdy... ale w końcu niczego od Ciebie nie oczekuje odbijało się zniekształconym echem niczego od Ciebie nie chcę słowa drażniły umęczony koszmarami i bezsennością mózg, wszystko blakło wobec dojmującej myśli powtarzanej przez umysł jak mantra.
nie chcę Cię
nic nie jesteś w stanie zrobić
nie potrzebuje Cię
nie chcę
nie
Poderwał się od ich stolika niemal przewracając zastawę, czując, że w tym miejscu w tym konkretnym miejscu pod tym konkretnym niebem nie jest w stanie utrzymać oddechu. Zatoczył się jakby był pijany, czując jak gniew i rozczarowanie rozsadzają mu gałki oczne. Tępy ból w skroni przypomniał, że może przespał dzisiaj dwie godziny. Tępy ból w sercu opłakiwał resztki nadziei na to, że ten urodzinowy obiad przyniesie jakiekolwiek im błogosławieństwo spokojnego czasu.
W końcu nie był Aleksandrem, by dawać jej uśmiech. Mógł przynosić tylko suchy, śmierdzący popiół spalonego mostu.
Oparł się o drugi stolik oddychając ciężko, dusząc łzy w chwili żenującej słabości. To w końcu ona umierała, nie on.
– Prewett nie jest dla mnie wyznacznikiem czegokolwiek. Dostał ode mnie wszystko czego potrzebował żeby znaleźć lekarstwo, żeby złamać tę klątwę i zawiódł – warknął kierując swój gniew w stronę krewniaka Lorien, co pewnie nadwątliłoby sznur trzymający kilka desek mostu, który tak rozpaczliwie nieudolnie starał się stworzyć za każdym razem gdy ją widział, gdy okazywał jej swoją atencję, afekt, miłość... Nie było żadnego mostu. Spłonął żarem jordańskiego słońca. Trochę dalej za miejscem w którym mówią po Włosku. On zawsze mówił po włosku. Nigdy nie mógł dotrzeć w to miejsce. W to właściwe miejsce. – Może siostra mojego chrześniaka byłaby lepszym typem, to mocna kandydatka na ordynatora. Bulstrode. Obiecujące nazwisko. A jeśli nie to... to dowolne inne. Choćbym miał sprowadzić tutaj wszystkich, którzy mogliby wyciągnąć z Ciebie tego ptasiego demona... – cedził przez zęby, jakby chciał ze śmiercią dobić targu. Odwrócił się ku niej gwałtownie, ale jego spojrzenie nie złagodniało ani trochę. – Sprowadzę ich i w trzy miesiące! Sprowadzę każdego! – Obietnica zawisła w powietrzu. Nie mógł zrobić nic więcej, w szale, w rozedrganiu, w bezsilności szarpiącej człowiekiem, którego ukochana osoba podała mu datę ostatecznego rozstania. W kolejnym i kolejnym odrzuceniu. Ranili się na tysiące różnych sposobów, a w Anthonym urosło przekonanie graniczące z pewnością, że Lorien nie lubi nawet z nim przebywać, a co dopiero ufać, czynić z niego powiernika. Przekonany był też, że nie wierzy w jakąkolwiek siłę sprawczą z jego strony, a w ostatnich dniach była to zaropiała rana, która teraz łamała go w pół posypana solą jej tonu i gestów, gdy raz za razem wybierał znów i znów złe odpowiedzi. Tyle mógł zrobić. Mógł obiecać. Mógł w końcu przełknąć wszystko, mógł przełknąć spalony most, uśmiech, którego nigdy więcej nie zobaczy, skoro nie był w stanie utrzymać go choćby kilku minut na jej umęczonej twarzy. Mogli nie mieć mostów, mogli żyć na przeciwległych urwiskach. Mogli żyć. Cel zdawał się jasny.
Pochylony, opierający się dłońmi o stolik na którym bezceremonialnie siedział, dyszał ciężko, przytłoczony faktem, że kamienne ściany wykreowane przez jego wyobraźnię bynajmniej nie rozsuwają się po tej szumnej deklaracji podjęcia kolejnej walki o zachowanie istnienia Lorien w świecie żywych. Jego twarz zroszona była potem trawiącej go furii, słabości, plugawych emocji, które spaliły jakiekolwiek jego zdolności retoryczne. Wiedział że krzyczał, ale przecież stali na dwóch krańcach przepaści. A on, zdawało mu się, niemalże widział kościstą dłoń położoną na jej ramieniu. Robert umarł, oto nowy narzeczony. Wskazujący palec gładził materię najpiękniejszej sukienki, którą na niej widział, a z czeluści czarnego rękawa niemalże wysypywały się wilgowronowe pióra. Czy znów poprosi go o bycie świadkiem? Zgodził się na jeden ślub. Na drugi nie było jego zgody.
Powietrze na moment zaiskrzyło, zielona zorza na chwilę zamigotała przed magicznym wyładowaniem. Na stole pojawiły się antipasti. Białoczerwone caprese pyszniło się obok krwistego capraccio. Miniaturowe bruschetty ociekały oliwą opruszoną przeróżnymi barwnymi dodatkami, w których królowały siekane pomidory, soczysta bazylia i chrupiące orzeszki piniowe. Fikuśne lewitujące miseczki wypełnione były przeróżnymi gatunkami oliwek, czekających na towarzystwo zwiniętych w ujmujące kwiecie cieniuchnych plasterków prosciutto i parmeńskiej szynki. Choć oczywiście jeśli taka była wola degustatorów, mogli sięgnąć po kawałki fig i melonów zdobiących talerz soczystym, ujmująco słodkim aromatem. Osobnym dziełem sztuki była patera serów imitująca kiść winogron, której grona ułożone były tak z prawdziwych winogron, ale też kulek mozzarelli, pecorino czy gorgonzoli. Grassini czekały tylko na zatopienie w nich zębów, dopełniając słońce stołu wżerającą się w nos wonią świeżo upieczonego, drożdżowego chleba. Buteleczki z oliwami skrywającymi w swoich tłustych przestrzeniach to rozmaryn, to chilli, czy nawet czosnek czekały na odkorkowanie w przeciwieństwie do schłodzonego białego wina wprost południowych zboczy lazurowego wybrzeża.
Anthony bez słowa podszedł do stolika i długimi palcami przeczesawszy włosy ujął butelkę z wprawą winiarza, kciuk ukrywając we wklęsłym denku, a jedynie dwoma opuszkami dotykając wilgotnej od różnicy temperatur butelki. Nalał najpierw jej, a potem sobie.
Kieruj się tam, gdzie mówią po Włosku i idź jeszcze trochę dalej. Kiedy nareszcie przestaną - odkryjesz, że jesteś na miejscu.
I byli na miejscu. Tkwili w tym miejscu od siedmiu długich lat, spoglądając na siebie z dwóch odległych krańców urwiska, które niegdyś zdawało się być żyzną doliną.
Brakło mu tchu, czuł jak policzki bledną, z każdym ruchem rozumiejąc coraz mniej. Kiedy rozmowa o jej relacji z rodziną Mulciberów była pożądana, a kiedy wzbudzała chłód i bezwzględne traktowanie ciszą. A teraz powinnam się już położyć.
powiedziała znad nietkniętej kolacji i zniknęła. Dlaczegóż miałby się martwić? W końcu spędziła wyborny czas z Aleksandrem, który przywrócił uśmiech na bladą twarz. Uśmiech, który on teraz tak brutalnie gasił, czując z każdą sekundą odmierzaną ziarnem pustyni piasku, że kamienne ściany są coraz bliżej, że zaraz go zgniotą. Piasku w klepsydrze, która od dawna była pusta, popękana jednym pytaniem. Jedną odmową.
Mógł oczywiście zapytać jak ona czuje się z tymi plotkami, jego usta już otwierały się w pytaniu, gdy wymuszona lekkość jej głosu, smagnęła go po policzku jak bicz arabskiego poganiacza wielbłądów. Znając pogardę z jaką Lorien spoglądała na opinie innych, z jakim rozbawieniem podchodziła do plotek per se i jaką butą podchodziła do plotek na własny temat, nie zakładał, aby było to dla niej jakkolwiek dotkliwe, skoro sama kilka miesięcy temu postanowiła spowinowacić się wbrew wszystkiemu z przedstawicielem rodziny uważanej bardzo nisko, nie tylko przez wzgląd na historię rodu, ale profesję, którą parał się jej wybranek. Nie pytał wtedy, nie pytał później, szanując jej decyzję, będąc jedną z nielicznych osób, która nie tylko nie wypominała jej tego w towarzystwie, ale otwarcie stawała w jej obronie. Był świadkiem na jej ślubie. Był jej przyjacielem. Był tym, któremu nie pozwoliła ogrzać się w cieniu boleśnie zaklętego serca, ale pozwalała być na tyle blisko by mógł czuwać obok.
Z drugiego krańca przepaści, patrząc na popiół rozwiewany przez pustynny wiatr.
Nie zdążył zapytać, patrząc jak kolejna nitka rozmowy jest ucinana niczym zaschnięta gałąź.
Odsunęła ręce, gdy zdawało mu się, że podzielił się z nią wieścią, która obu mogłaby uszczęśliwić. Wszak to był bezpieczny teren ich dawnych dysput, to była przestrzeń, którą nigdyś dzielili bez zaciśniętego gardła, bez bielących się kostek, bez spojrzenia pełnego wyrzutu.
Lorien potrzebuję Cię. Chciałbym, żebyśmy pracowali nad tym razem, Akademia to projekt Ministerialny, będziemy mogli spędzać więcej i więcej czasu, nie tylko w domu. Będziemy mogli razem jeździć, zbierać ekspertów z całego świata, pracować i mieć czas na to by móc odbudować most, który został spalony... – Okazja jedna na milion. Prawda. Szansa na wybranie specjalistów również z kadry poszczególnych departamentów... Jej wkład zdawał mu się niezastąpiony w jasnej i ciemnej stronie tej samej toczącej się monety. Przenikliwy umysł korygujący kierunek sylabusów, kształtujące akademickie regulaminy i granty. Przenikliwy umysł tworzący z nich cielaka do upłynniania ministerialnych zasobów, badań, których potrzebowali oni, niekoniecznie państwo. Budowanie siły, gromadzenie ludzi. Mieli idealną przykrywkę i mogliby, mogliby być w tym razem.
Mogliby odbudować most.
Jego oczy zaczerwieniły się nim jeszcze w ogóle wspomniała o rzeczy, którą musiała mu powiedzieć. Zabrała dłoń i choć najwidoczniej nie był najmądrzejszym mężczyzną w tym pomieszczeniu, doskonale zdawał sobie sprawę z tego co to znaczy.
Opuszczasz mnie...
Ścięgno na skroni delikatnie napinało się i rozluźniało, w miarę jak zagryzał i rozluźniał zęby słuchając jej następnych słów, jakby byli w najgorszym z możliwych koszmarów. Jej słowa wstrząsnęły nim do głębi i nie był w stanie wewnątrz własnej agonii rozpoznać do końca konkretnego powodu, konkretnych punktów jej wypowiedzi, które doprowadziły go do tego stanu. Jeszcze przed twoim wyjazdem...byłoby wobec Ciebie szalenie nieuczciwe, gdybyś nie znał pełnej prawdy... ale w końcu niczego od Ciebie nie oczekuje odbijało się zniekształconym echem niczego od Ciebie nie chcę słowa drażniły umęczony koszmarami i bezsennością mózg, wszystko blakło wobec dojmującej myśli powtarzanej przez umysł jak mantra.
nie chcę Cię
nic nie jesteś w stanie zrobić
nie potrzebuje Cię
nie chcę
nie
Poderwał się od ich stolika niemal przewracając zastawę, czując, że w tym miejscu w tym konkretnym miejscu pod tym konkretnym niebem nie jest w stanie utrzymać oddechu. Zatoczył się jakby był pijany, czując jak gniew i rozczarowanie rozsadzają mu gałki oczne. Tępy ból w skroni przypomniał, że może przespał dzisiaj dwie godziny. Tępy ból w sercu opłakiwał resztki nadziei na to, że ten urodzinowy obiad przyniesie jakiekolwiek im błogosławieństwo spokojnego czasu.
W końcu nie był Aleksandrem, by dawać jej uśmiech. Mógł przynosić tylko suchy, śmierdzący popiół spalonego mostu.
Oparł się o drugi stolik oddychając ciężko, dusząc łzy w chwili żenującej słabości. To w końcu ona umierała, nie on.
– Prewett nie jest dla mnie wyznacznikiem czegokolwiek. Dostał ode mnie wszystko czego potrzebował żeby znaleźć lekarstwo, żeby złamać tę klątwę i zawiódł – warknął kierując swój gniew w stronę krewniaka Lorien, co pewnie nadwątliłoby sznur trzymający kilka desek mostu, który tak rozpaczliwie nieudolnie starał się stworzyć za każdym razem gdy ją widział, gdy okazywał jej swoją atencję, afekt, miłość... Nie było żadnego mostu. Spłonął żarem jordańskiego słońca. Trochę dalej za miejscem w którym mówią po Włosku. On zawsze mówił po włosku. Nigdy nie mógł dotrzeć w to miejsce. W to właściwe miejsce. – Może siostra mojego chrześniaka byłaby lepszym typem, to mocna kandydatka na ordynatora. Bulstrode. Obiecujące nazwisko. A jeśli nie to... to dowolne inne. Choćbym miał sprowadzić tutaj wszystkich, którzy mogliby wyciągnąć z Ciebie tego ptasiego demona... – cedził przez zęby, jakby chciał ze śmiercią dobić targu. Odwrócił się ku niej gwałtownie, ale jego spojrzenie nie złagodniało ani trochę. – Sprowadzę ich i w trzy miesiące! Sprowadzę każdego! – Obietnica zawisła w powietrzu. Nie mógł zrobić nic więcej, w szale, w rozedrganiu, w bezsilności szarpiącej człowiekiem, którego ukochana osoba podała mu datę ostatecznego rozstania. W kolejnym i kolejnym odrzuceniu. Ranili się na tysiące różnych sposobów, a w Anthonym urosło przekonanie graniczące z pewnością, że Lorien nie lubi nawet z nim przebywać, a co dopiero ufać, czynić z niego powiernika. Przekonany był też, że nie wierzy w jakąkolwiek siłę sprawczą z jego strony, a w ostatnich dniach była to zaropiała rana, która teraz łamała go w pół posypana solą jej tonu i gestów, gdy raz za razem wybierał znów i znów złe odpowiedzi. Tyle mógł zrobić. Mógł obiecać. Mógł w końcu przełknąć wszystko, mógł przełknąć spalony most, uśmiech, którego nigdy więcej nie zobaczy, skoro nie był w stanie utrzymać go choćby kilku minut na jej umęczonej twarzy. Mogli nie mieć mostów, mogli żyć na przeciwległych urwiskach. Mogli żyć. Cel zdawał się jasny.
Pochylony, opierający się dłońmi o stolik na którym bezceremonialnie siedział, dyszał ciężko, przytłoczony faktem, że kamienne ściany wykreowane przez jego wyobraźnię bynajmniej nie rozsuwają się po tej szumnej deklaracji podjęcia kolejnej walki o zachowanie istnienia Lorien w świecie żywych. Jego twarz zroszona była potem trawiącej go furii, słabości, plugawych emocji, które spaliły jakiekolwiek jego zdolności retoryczne. Wiedział że krzyczał, ale przecież stali na dwóch krańcach przepaści. A on, zdawało mu się, niemalże widział kościstą dłoń położoną na jej ramieniu. Robert umarł, oto nowy narzeczony. Wskazujący palec gładził materię najpiękniejszej sukienki, którą na niej widział, a z czeluści czarnego rękawa niemalże wysypywały się wilgowronowe pióra. Czy znów poprosi go o bycie świadkiem? Zgodził się na jeden ślub. Na drugi nie było jego zgody.
Powietrze na moment zaiskrzyło, zielona zorza na chwilę zamigotała przed magicznym wyładowaniem. Na stole pojawiły się antipasti. Białoczerwone caprese pyszniło się obok krwistego capraccio. Miniaturowe bruschetty ociekały oliwą opruszoną przeróżnymi barwnymi dodatkami, w których królowały siekane pomidory, soczysta bazylia i chrupiące orzeszki piniowe. Fikuśne lewitujące miseczki wypełnione były przeróżnymi gatunkami oliwek, czekających na towarzystwo zwiniętych w ujmujące kwiecie cieniuchnych plasterków prosciutto i parmeńskiej szynki. Choć oczywiście jeśli taka była wola degustatorów, mogli sięgnąć po kawałki fig i melonów zdobiących talerz soczystym, ujmująco słodkim aromatem. Osobnym dziełem sztuki była patera serów imitująca kiść winogron, której grona ułożone były tak z prawdziwych winogron, ale też kulek mozzarelli, pecorino czy gorgonzoli. Grassini czekały tylko na zatopienie w nich zębów, dopełniając słońce stołu wżerającą się w nos wonią świeżo upieczonego, drożdżowego chleba. Buteleczki z oliwami skrywającymi w swoich tłustych przestrzeniach to rozmaryn, to chilli, czy nawet czosnek czekały na odkorkowanie w przeciwieństwie do schłodzonego białego wina wprost południowych zboczy lazurowego wybrzeża.
Anthony bez słowa podszedł do stolika i długimi palcami przeczesawszy włosy ujął butelkę z wprawą winiarza, kciuk ukrywając we wklęsłym denku, a jedynie dwoma opuszkami dotykając wilgotnej od różnicy temperatur butelki. Nalał najpierw jej, a potem sobie.