09.05.2025, 10:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.05.2025, 10:06 przez Leviathan Rowle.)
Chciał jej powiedzieć, że mogła uczyć się w szkole, albo i po niej, bo miała przecież na to bardzo dużo czasu. Zawsze wydawało mu się, że jeśli ktoś stał aż tak blisko natury, to animagia była wręcz idealna próbą zespolenia się z nią na jakimś innym poziomie. Perspektywa zmieniała się, nagle nie ograniczona przez ludzkie ramy i sposoby rozumienia, bo nawet jeśli zachowywało się swoje człowieczeństwo, instynkt zaczynał grać silniej i mocniej szarpać za struny przyzwyczajeń. Leviathan gdyby tylko mógł, rozpostarłby skrzydła na zawsze i zniknął między wierzchołkami drzew - miotła była urocza, ale nic dla niego nie równało się z szelestem piór i oglądaniem krajobrazu nowym, wyostrzonym spojrzeniem sokoła.
- Trzeba by zburzyć cały Departament Tajemnic, żeby ci oddał ukochaną Knieję - podsumował w końcu, bo po prawdzie nie było chyba innego rozwiązania. To, co raz zabrał Departament Tajemnic, to trudno było odzyskać, a niestety - Lazarus nie miał mocy sprawczej nad tym co działo się teraz w lasach otaczających Doline Godryka. Z resztą, miał też on specyficzne podejście do całego tematu, bo Leviathan odnosił wrażenie, że widma w ogóle mu nie przeszkadzały, jakby ich istnienie było rzeczą jak najbardziej naturalną. Jego syn w pewien sposób się z tym zgadzał, ale jednocześnie brakowało mu prób zgłębienia tematu.
Nie łudził się specjalnie, że nie pławi się właśnie w jakimś przywileju, który najpewniej jest tylko jego wymysłem. Przechwalał się, że rodzinne lasy i rezerwaty stały jak stały, ale wiedział że był to raczej przypadek bo Czarny Pan mógł równie łatwo naznaczyć jakiś inny obszar Anglii. Może nawet wymalować skazę nad całymi wyspami, bo przecież nie miał problemu by karać wszystkich po równo i siać w ich sercach strach. Jeśli ktoś nie miał odrobiny szczęścia i członków rodziny w szeregach śmierciożerców - oddanych członków rodziny - to jego domostwo najpewniej właśnie płonęło.
Współczuł jej nawet - utraty możliwości zagłębienia się w ukochanych lasach i tego, że najpewniej teraz jakiś ich fragment płonął. Ale zniszczenie było częścią natury. Coś musiało umrzeć i zniknąć, żeby nowe mogło się narodzić i znaleźć dla siebie miejsce na wzrost. To wszystko było częścią cyklu, tego ukochanego elementu, który tak sławiły słowa kapłanów w kowenie. Dla Macmillanów nic nie było przecież czarno białe, a miało odcienie szarości. Wszystko było dla ludzi.
A ci z kolei potrzebowali jakichś tam zasad - ich brak był piękny, ale tylko w kontekście jakiejś pustej wizji. Nie dało się całkowicie obedrzeć świata ze sztywnych reguł, bo te szybko doganiały człowieka i przypominały, że słowo wolność to tylko bardzo ładny sen. Ograniczenia, które tak nagminnie próbowała mu przedstawić w pejoratywnym sensie, sprawiały że wciąż go obchodziła. Że nie była tylko przeszkodą, której najlepiej było się pozbyć, bo była zbyt niestałym elementem całej ich rodziny. Fascynującym, owszem, ale wciąż problematycznym.
- Aż tak mi zależy, bo chodzi o ciebie - odpowiedział metalicznym głosem zza maski, bez niepotrzebnego wzbraniania się przed prawdą. To jednak, co konkretnie kryło się za tą deklaracją, zostawiał jej do odgadnięcia. Jakaś wypaczona forma miłości i przywiązania? Niepokój, że faktycznie doprowadziłaby do upadku ich rodziny? Zaborcza próba kontrolowania wszystkiego i wszystkich, których uważał za odrobinę ważne w swoim życiu?
Dłoń przez chwilę błądziła wzdłuż krawędzi spódnicy, jakby faktycznie zastanawiała się nad łatwiejszymi sposobami, które właśnie zostały jej zaoferowane. Uwięzione w rękawiczkach palce zsunęły się jednak wreszcie po biodrze, kiedy Rowle bez słowa pochylił się, mimowolnie myśląc o tym, że właśnie klęka przed tą Matką Naturą, wywianą z lasu, a do której jeszcze przed chwilą ją porównywał. Tylko po to, by w prostacki sposób zbezcześcić nie tyle jej osobę, co sam jej ubiór. Ręka przebiegła niżej, po plamie krwi która rozlewała się niczym farba na płótnie, czekająca na nową interpretację malarza i może gdyby Rowle posiadał odrobinę nastroju to właśnie zastanawiałby się nad tym co można było dostrzec w pociemniałych zaciekach. Czy było tam coś oprócz świadectwa życia, które zostało uratowane. Zamiast tego jednak dotarł palcami do krawędzi spódnicy, biorąc materiał w garść i bez zastanowienia odrywając jego kraniec w szeroki pas. Zwinął go - klęcząc przed nią - przez moment z chorobliwą dokładnością składając materiał na dłoni, zanim sięgnął po różdżkę, chcąc transmutować go w maskę.
transmutacja na przemianę szmaty w maskę (macham do skutku)
Dla niej. Dla niego - żeby nikt nie musiał oglądać jej twarzy i poznawać jej tożsamości. By dalej mogła żyć swoim życiem na skraju kniei. Maska była delikatna, przynajmniej bardziej niż ta, którą miał na swojej twarzy, i połyskiwała powierzchnią wypolerowanego drewna. A kiedy już skończył się jej przyglądać, wyciągnął z nią rękę ku niej.
- Trzeba by zburzyć cały Departament Tajemnic, żeby ci oddał ukochaną Knieję - podsumował w końcu, bo po prawdzie nie było chyba innego rozwiązania. To, co raz zabrał Departament Tajemnic, to trudno było odzyskać, a niestety - Lazarus nie miał mocy sprawczej nad tym co działo się teraz w lasach otaczających Doline Godryka. Z resztą, miał też on specyficzne podejście do całego tematu, bo Leviathan odnosił wrażenie, że widma w ogóle mu nie przeszkadzały, jakby ich istnienie było rzeczą jak najbardziej naturalną. Jego syn w pewien sposób się z tym zgadzał, ale jednocześnie brakowało mu prób zgłębienia tematu.
Nie łudził się specjalnie, że nie pławi się właśnie w jakimś przywileju, który najpewniej jest tylko jego wymysłem. Przechwalał się, że rodzinne lasy i rezerwaty stały jak stały, ale wiedział że był to raczej przypadek bo Czarny Pan mógł równie łatwo naznaczyć jakiś inny obszar Anglii. Może nawet wymalować skazę nad całymi wyspami, bo przecież nie miał problemu by karać wszystkich po równo i siać w ich sercach strach. Jeśli ktoś nie miał odrobiny szczęścia i członków rodziny w szeregach śmierciożerców - oddanych członków rodziny - to jego domostwo najpewniej właśnie płonęło.
Współczuł jej nawet - utraty możliwości zagłębienia się w ukochanych lasach i tego, że najpewniej teraz jakiś ich fragment płonął. Ale zniszczenie było częścią natury. Coś musiało umrzeć i zniknąć, żeby nowe mogło się narodzić i znaleźć dla siebie miejsce na wzrost. To wszystko było częścią cyklu, tego ukochanego elementu, który tak sławiły słowa kapłanów w kowenie. Dla Macmillanów nic nie było przecież czarno białe, a miało odcienie szarości. Wszystko było dla ludzi.
A ci z kolei potrzebowali jakichś tam zasad - ich brak był piękny, ale tylko w kontekście jakiejś pustej wizji. Nie dało się całkowicie obedrzeć świata ze sztywnych reguł, bo te szybko doganiały człowieka i przypominały, że słowo wolność to tylko bardzo ładny sen. Ograniczenia, które tak nagminnie próbowała mu przedstawić w pejoratywnym sensie, sprawiały że wciąż go obchodziła. Że nie była tylko przeszkodą, której najlepiej było się pozbyć, bo była zbyt niestałym elementem całej ich rodziny. Fascynującym, owszem, ale wciąż problematycznym.
- Aż tak mi zależy, bo chodzi o ciebie - odpowiedział metalicznym głosem zza maski, bez niepotrzebnego wzbraniania się przed prawdą. To jednak, co konkretnie kryło się za tą deklaracją, zostawiał jej do odgadnięcia. Jakaś wypaczona forma miłości i przywiązania? Niepokój, że faktycznie doprowadziłaby do upadku ich rodziny? Zaborcza próba kontrolowania wszystkiego i wszystkich, których uważał za odrobinę ważne w swoim życiu?
Dłoń przez chwilę błądziła wzdłuż krawędzi spódnicy, jakby faktycznie zastanawiała się nad łatwiejszymi sposobami, które właśnie zostały jej zaoferowane. Uwięzione w rękawiczkach palce zsunęły się jednak wreszcie po biodrze, kiedy Rowle bez słowa pochylił się, mimowolnie myśląc o tym, że właśnie klęka przed tą Matką Naturą, wywianą z lasu, a do której jeszcze przed chwilą ją porównywał. Tylko po to, by w prostacki sposób zbezcześcić nie tyle jej osobę, co sam jej ubiór. Ręka przebiegła niżej, po plamie krwi która rozlewała się niczym farba na płótnie, czekająca na nową interpretację malarza i może gdyby Rowle posiadał odrobinę nastroju to właśnie zastanawiałby się nad tym co można było dostrzec w pociemniałych zaciekach. Czy było tam coś oprócz świadectwa życia, które zostało uratowane. Zamiast tego jednak dotarł palcami do krawędzi spódnicy, biorąc materiał w garść i bez zastanowienia odrywając jego kraniec w szeroki pas. Zwinął go - klęcząc przed nią - przez moment z chorobliwą dokładnością składając materiał na dłoni, zanim sięgnął po różdżkę, chcąc transmutować go w maskę.
transmutacja na przemianę szmaty w maskę (macham do skutku)
Rzut Z 1d100 - 70
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 97
Sukces!
Sukces!
Dla niej. Dla niego - żeby nikt nie musiał oglądać jej twarzy i poznawać jej tożsamości. By dalej mogła żyć swoim życiem na skraju kniei. Maska była delikatna, przynajmniej bardziej niż ta, którą miał na swojej twarzy, i połyskiwała powierzchnią wypolerowanego drewna. A kiedy już skończył się jej przyglądać, wyciągnął z nią rękę ku niej.
We said we're going to conquer new frontiers
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast