11.05.2025, 23:48 ✶
Rejwach przetrwał tę noc. Na arce Woody’ego Tarpaulina schroniło się przed nią wielu, którzy jednocześnie pomogli jej nie zatonąć. Nie było złudzeń, że tymi, którzy pomagali gasić ogień z fasady, aby nie rozprzestrzenił się głębiej, nie kierowała wcale czysta i szlachetna miłość do pana domu, a własny instynkt przetrwania. Najważniejsze jednak, że Rejwach wciąż stał; nie miało znaczenia, jakie pobudki przyświecały jego wybawicielom oraz aniołowi stróżowi, o którym to Tarp nie mógł wiedzieć.
Woody byłby gotów poświadczyć, że była to najdłuższa noc w jego życiu. Nigdy chyba jeszcze z takim utęsknieniem nie czekał świtu, który dawał nadzieję na ocalenie ich wszystkich i koniec koszmaru. Czarodziej miał już trochę lat na karku i setki ciężkich, niebezpiecznych nocy za sobą, lecz nigdy jeszcze nie widział czegoś takiego. Mógł być starym gliną czy zapalczywym zakapiorem, lecz nigdy. Czuł tego skutki. Czuł je zarówno w wycieńczonym ciele, jak i porwanej na strzępy głowie. Całą noc rozrywały ją strachy: te pierwsze lęki o rodzinę, ta adrenalina w ogniu działania, ten gorączkowy stres, gdy raniło Asenę, i ta paraliżująca trauma ognia. To było wiele nawet jak na starego wilka, który trzymał się w tamtej chwili tylko dlatego, że gdy ujrzał, że burza przycicha, wlał w siebie dwie setki, aby ukryć zdemolowanego ducha za oparami spirytusowego oddechu.
Nie wyglądał wiele lepiej od Brenny (choć o dokładny opis obrażeń jeszcze się nie pokuszę, bo zadanka to wciąż work in progress). Nie wiadomo kiedy zgubił kapelusz, a stanem stroju mógłby swobodnie wmieszać się w towarzystwo brudnych szczurów, bo nawet pijaki z Nokturnu miały na co dzień lepsze szaty.
Mimo tego, że był zmęczony, upojony i obolały, wciąż krążył jak duch po Rejwachu i pilnował swojego domu, aby utrzymać go jako-tako w ryzach. Nie było mowy o pójściu spać. Chodził od piwnicy, w której kryli się mugolaccy nokturniarze, po sale pubu, w których tłoczyli się ci mający więcej szczęścia. Wiedział, że choć Rejwach przetrwał ognie, wiele w nim zniszczono i rozkradziono — okazja czyniła złodzieja, a tych ludzi nie trzeba było nawet nimi czynić.
Nie dbał o to. Wszystko, co należało chronić, było w jego zabezpieczonym pokoju. Wszystko inne warte było mniej niż uratowanie życia chociaż jednego w miarę przyzwoitego człowieka.
Gdy rozległo się jej wołanie, znajdował się na piętrze, gdzie łatwiej było je wyłowić z szumu rozmów. Porzucił dotychczasowe zajęcie i w kilku spiesznych, plączących się krokach dopadł bratanicy.
— B-bre… Anne — zająknął się na moment, choć na tyle cicho, by nie doleciało to niczyich uszu. Zaczadzony rozum potrzebował chwili, aby dogonić impuls emocji. Cofnął Brennę zaraz do pokoju, z którego wyszła, aby obejrzeć pobieżnie, czy dziewczyna jest w całości, oraz wyściskać ją krótko, co stało daleko od jego zwyczajowego repertuaru wyrażania uczuć. Po takiej nocy z dala od przyjaciół musiał jednak dać wyraz uldze na widok czarownicy w jednym kawałku. — Dałaś radę. Jak się mają wszyscy? Widziałaś Tessę?
!Trauma Ognia
Woody byłby gotów poświadczyć, że była to najdłuższa noc w jego życiu. Nigdy chyba jeszcze z takim utęsknieniem nie czekał świtu, który dawał nadzieję na ocalenie ich wszystkich i koniec koszmaru. Czarodziej miał już trochę lat na karku i setki ciężkich, niebezpiecznych nocy za sobą, lecz nigdy jeszcze nie widział czegoś takiego. Mógł być starym gliną czy zapalczywym zakapiorem, lecz nigdy. Czuł tego skutki. Czuł je zarówno w wycieńczonym ciele, jak i porwanej na strzępy głowie. Całą noc rozrywały ją strachy: te pierwsze lęki o rodzinę, ta adrenalina w ogniu działania, ten gorączkowy stres, gdy raniło Asenę, i ta paraliżująca trauma ognia. To było wiele nawet jak na starego wilka, który trzymał się w tamtej chwili tylko dlatego, że gdy ujrzał, że burza przycicha, wlał w siebie dwie setki, aby ukryć zdemolowanego ducha za oparami spirytusowego oddechu.
Nie wyglądał wiele lepiej od Brenny (choć o dokładny opis obrażeń jeszcze się nie pokuszę, bo zadanka to wciąż work in progress). Nie wiadomo kiedy zgubił kapelusz, a stanem stroju mógłby swobodnie wmieszać się w towarzystwo brudnych szczurów, bo nawet pijaki z Nokturnu miały na co dzień lepsze szaty.
Mimo tego, że był zmęczony, upojony i obolały, wciąż krążył jak duch po Rejwachu i pilnował swojego domu, aby utrzymać go jako-tako w ryzach. Nie było mowy o pójściu spać. Chodził od piwnicy, w której kryli się mugolaccy nokturniarze, po sale pubu, w których tłoczyli się ci mający więcej szczęścia. Wiedział, że choć Rejwach przetrwał ognie, wiele w nim zniszczono i rozkradziono — okazja czyniła złodzieja, a tych ludzi nie trzeba było nawet nimi czynić.
Nie dbał o to. Wszystko, co należało chronić, było w jego zabezpieczonym pokoju. Wszystko inne warte było mniej niż uratowanie życia chociaż jednego w miarę przyzwoitego człowieka.
Gdy rozległo się jej wołanie, znajdował się na piętrze, gdzie łatwiej było je wyłowić z szumu rozmów. Porzucił dotychczasowe zajęcie i w kilku spiesznych, plączących się krokach dopadł bratanicy.
— B-bre… Anne — zająknął się na moment, choć na tyle cicho, by nie doleciało to niczyich uszu. Zaczadzony rozum potrzebował chwili, aby dogonić impuls emocji. Cofnął Brennę zaraz do pokoju, z którego wyszła, aby obejrzeć pobieżnie, czy dziewczyna jest w całości, oraz wyściskać ją krótko, co stało daleko od jego zwyczajowego repertuaru wyrażania uczuć. Po takiej nocy z dala od przyjaciół musiał jednak dać wyraz uldze na widok czarownicy w jednym kawałku. — Dałaś radę. Jak się mają wszyscy? Widziałaś Tessę?
!Trauma Ognia
piw0 to moje paliwo