12.05.2025, 17:19 ✶
Helloise w przeciwieństwie do Leviathana widziała w człowieku zwierzę równe pozostałemu stworzeniu, wyłonione z tej samej zieleni, stanowiące pełnoprawną część przyrody, zdolne z nią harmonizować na równi z każdą inną żywą istotą. Nie człowiek sam w sobie był błędem, a kierunek, jaki obrał. Helloise wierzyła, że umysł da się uwolnić od człowieczeństwa bez porastania w pierze, futra czy łuski. W formie człowieka odnajdywała tyle samo piękna, co we wszystkich stworach lądowych, wodnych i podniebnych. Z przyjemnością dopasowywała sploty linii kreślących sylwetkę człowieka do kształtów zaszytych wśród leśnych gęstwin, palcami szukała na twarzach aksamitu ukradzionego kwiatom, a w tańcu rozwianych włosów śledziła rytm kołysanych traw. Człowiek przynależał do natury, ale każdego dnia oddalał się od niej coraz mocniej i z tego brał się cały jego grzech.
Gdy czarownica usłyszała, że ceną za Knieję może być zniszczenie Departamentu Tajemnic, wzruszyła jedynie ramionami z obojętną miną, jakby mówiła: jeśli będzie trzeba. Wszelkie mury będą prędzej czy później zwrócone ziemi. Pytaniem było raczej, jak ona może im pomóc.
Nie sposób byłoby kłócić się z tym, że ognie w Kniei były częścią wiecznej metamorfozy. Helloise rozumiała to, lecz radość z narodzin nowego nie wykluczała żałoby po starym, jeśli było bliskie sercu. Nie żywiła jednak wyrzutów za to, że płomienie liznęły linię lasów. Sama zaprosiła do swojego domu człowieka niosącego ogień w tym właśnie celu: z nadzieją na odrodzenie w płomieniach, bo czyż był lepszy sposób na oczyszczenie chorego niż przejście przez ogień? Zaabsorbowana tą wiarą, nie wzruszyła się, gdy za ogniem Śmierciożeróców podążyło uderzenie w jej chatę. Nie mrugnęła okiem, gdy okna posypały się w mak, a przez powstałe w ich miejscu rozdziawione, szczerbate paszcze wpadł dym i popioły, które rozhulały się po domu noszone wiatrem. Warto było w zamian za iskrę nadziei, że może to będzie coś, co da Kniei szansę na odrodzenie się i wyrwanie spod władzy widm.
Tamtemu nieznajomemu Śmierciożercy pomogła, licząc na coś dla siebie. Za Leviathanem poszła, nie oczekując niczego. Nie potrzebowała zwerbalizowanej zasady, żeby czuć intuicyjne przywiązanie do rodziny. To nie było coś, co wymagało objaśnienia słowami i zawiązania ludzkim ograniczeniem. Nawet gdyby to nie Leviathan, a Lazarus przyszedł do niej tej nocy, nie odmówiłaby mu, mimo że definiowała brata w swojej głowie przede wszystkim jako sumę jego wad. Może byłaby bardziej krytyczna, ale poszłaby, nie stawiając się mu więcej niż tyle, aby podkreślić, że wyświadcza mu w ten sposób przysługę.
Rodzinnej przysłudze w końcu ona sama zawdzięczała swój przywilej, bo tak tylko można było nazwać jej sytuację. Potrzeba było przywileju, aby w nagrodę za płacze, fochy i nieposłuszeństwo dostawać niezrażoną, wściekłymi nastoletnimi lamentami nauczycielkę i zaciszne schronienie pod lasem. Włożyli jej w ręce wszystkie narzędzia, aby mogła pogrążyć się w swojej bajce, tej pustej wizji świata człowieka wolnego od zasady. Helloise mogła więc bez przeszkód oddawać się w głowie swojej poronionej, idealistycznej filozofii niemającej przełożenia na świat rzeczywisty, a na koniec dnia i tak zjawiał się ktoś, kto hamował jej zapędy. Kontrola rodziny uwalniała ją od odpowiedzialności, bo gdy kazano jej zrezygnować z czegoś, zachowywała urojoną wyższość moralną — nie rezygnowała przecież pod wpływem własnego konformizmu, a dlatego, że wymuszono to na niej z zewnątrz.
Jadła dzięki nim ciastko i miała ciastko, a jednak nie okazywała nigdy wdzięczności i nie dopuszczała myśli o tym, że otrzymała jakiś przywilej. Niechęć do tego dawno temu zapuściła w niej głęboko korzenie, a wyrosła z na wskroś nastoletnio-gniewnej myśli, że Helloise przecież wcale nikogo nie prosiła, żeby urodzić się z nazwiskiem Rowle. To oni dali jej życie nie takie, jakiego by sobie życzyła, więc wymienienie go na inne jej się po prostu należało i tą tezą uciszała wyrzuty sumienia związane z tym, że była problematyczna.
— Przykro mi — mruknęła gorzko, bez skruchy, gdy usłyszała, że chodzi mu o nią, nie o lojalność wobec Śmierciożerców.
Czasem wciąż przechodziło jej przez głowę, o ile wygodniej by było, gdyby nikomu na niej nie zależało — wracała do niej ta myśl jak cichutkie westchnienie, echo wprost z odległych czasów najburzliwszego okresu młodzieżowych awantur. Teraz puszczała tę myśl wolno i dawała jej odlecieć, kiedyś: czepiała się jej kurczowo i o niczym nie marzyła jak o tym, jak żeby krewnych przestała obchodzić. Gorączkowo fantazjowała o tym, że wyrzucą ją za burtę jak przeklęty amulet sprowadzający na statek sztorm, choćby ją miało pożreć morze. Wyobrażała sobie, że może gdy już ją przekreślą, to nim strawi ją głębina, poczuje na krótki moment ulgę, a potem zniknie na zawsze. Histerycznie zaklinała się, że wolałaby umrzeć niż żyć z ich zasadami. Nienawidziła siebie i ich wszystkich za to, że nie istnieje ta bajkowa wizja, w której jest idealnie wolna i pogodzona ze sobą.
Czas ją — całe szczęście — ostudził. Nie zmusił jej do pełnego podporządkowania się, lecz nauczył, gdzie zaczyna się przepaść, a ona oswoiła się z nią i przestała próbować w nią wskoczyć.
Tak i w tamtym momencie, gdy Leviathan wycofał się, schodząc na kolana, dostała to upragnione ostatnie słowo, swój mały symboliczny triumf, po czym Rowle ostentacyjnie zgniótł go na jej oczach. Gdy mężczyzna rwał materiał, Helloise cała zesztywniała i, ciężko przełykając ślinę, odwróciła wzrok, aby wwiercić go w osmolone cegły za swoim prawym ramieniem.
Oto jej wywalczona wolność. Wolność do powiedzenia: ja podrę tak, jak chcę, czym nacieszy się chwilę, aby potem i tak podarte zostało wedle narzuconego wzoru. Oto wolność zakładania delikatniejszej maski, ale wciąż maski.
Czas nauczył ją, że to dobra cena. Nikt na tym świecie nie miał sprezentować jej snu o wolności w cenie atrakcyjniejszej niż ta wyznaczona przez rodzinę. Pokazał jej to Nokturn, którym skuszono ją jako przyczółkiem wyzwolonych, a okazało się, że to obrzydliwa klatka z innym rozstawem krat. Mogła sobie nie dopuszczać uparcie świadomości przywileju od rodziny, ale odczuwała go i podobał się jej ten układ. Spódnicy zostało przecież dość dla niej, a lubiła, gdy Leviathan przychodził do jej chaty, żeby mogła pastwić się nad nim złotymi myślami wyciągniętymi na opak z ostatniego kazania, zapoznać go ze swoimi nowymi oderwanymi obsesjami czy zaciągnąć w głąb lasu.
Spuściła oczy z powrotem na mężczyznę i wyciągniętą ku niej maskę, po czym wzięła ją od niego i oglądała przez chwilę, obracając w dłoniach. Ledwie kilka godzin wcześniej sama zrobiła podobną, paradowała w niej przed nieznajomym Śmierciożercą, szydząc z niego pytaniem: podoba ci się?
Założyła w końcu i tą.
Czy jej się podobało?
— Leviathanie — zaczęła ostrożnie, szukając go w tym słowie, którym upewniała się, że nie zabrał jej pod maską głosu, aby zastąpić go metalicznym warkotem. Odkryła, że nic się nie zmieniło. — Dziękuję.
Gdy czarownica usłyszała, że ceną za Knieję może być zniszczenie Departamentu Tajemnic, wzruszyła jedynie ramionami z obojętną miną, jakby mówiła: jeśli będzie trzeba. Wszelkie mury będą prędzej czy później zwrócone ziemi. Pytaniem było raczej, jak ona może im pomóc.
Nie sposób byłoby kłócić się z tym, że ognie w Kniei były częścią wiecznej metamorfozy. Helloise rozumiała to, lecz radość z narodzin nowego nie wykluczała żałoby po starym, jeśli było bliskie sercu. Nie żywiła jednak wyrzutów za to, że płomienie liznęły linię lasów. Sama zaprosiła do swojego domu człowieka niosącego ogień w tym właśnie celu: z nadzieją na odrodzenie w płomieniach, bo czyż był lepszy sposób na oczyszczenie chorego niż przejście przez ogień? Zaabsorbowana tą wiarą, nie wzruszyła się, gdy za ogniem Śmierciożeróców podążyło uderzenie w jej chatę. Nie mrugnęła okiem, gdy okna posypały się w mak, a przez powstałe w ich miejscu rozdziawione, szczerbate paszcze wpadł dym i popioły, które rozhulały się po domu noszone wiatrem. Warto było w zamian za iskrę nadziei, że może to będzie coś, co da Kniei szansę na odrodzenie się i wyrwanie spod władzy widm.
Tamtemu nieznajomemu Śmierciożercy pomogła, licząc na coś dla siebie. Za Leviathanem poszła, nie oczekując niczego. Nie potrzebowała zwerbalizowanej zasady, żeby czuć intuicyjne przywiązanie do rodziny. To nie było coś, co wymagało objaśnienia słowami i zawiązania ludzkim ograniczeniem. Nawet gdyby to nie Leviathan, a Lazarus przyszedł do niej tej nocy, nie odmówiłaby mu, mimo że definiowała brata w swojej głowie przede wszystkim jako sumę jego wad. Może byłaby bardziej krytyczna, ale poszłaby, nie stawiając się mu więcej niż tyle, aby podkreślić, że wyświadcza mu w ten sposób przysługę.
Rodzinnej przysłudze w końcu ona sama zawdzięczała swój przywilej, bo tak tylko można było nazwać jej sytuację. Potrzeba było przywileju, aby w nagrodę za płacze, fochy i nieposłuszeństwo dostawać niezrażoną, wściekłymi nastoletnimi lamentami nauczycielkę i zaciszne schronienie pod lasem. Włożyli jej w ręce wszystkie narzędzia, aby mogła pogrążyć się w swojej bajce, tej pustej wizji świata człowieka wolnego od zasady. Helloise mogła więc bez przeszkód oddawać się w głowie swojej poronionej, idealistycznej filozofii niemającej przełożenia na świat rzeczywisty, a na koniec dnia i tak zjawiał się ktoś, kto hamował jej zapędy. Kontrola rodziny uwalniała ją od odpowiedzialności, bo gdy kazano jej zrezygnować z czegoś, zachowywała urojoną wyższość moralną — nie rezygnowała przecież pod wpływem własnego konformizmu, a dlatego, że wymuszono to na niej z zewnątrz.
Jadła dzięki nim ciastko i miała ciastko, a jednak nie okazywała nigdy wdzięczności i nie dopuszczała myśli o tym, że otrzymała jakiś przywilej. Niechęć do tego dawno temu zapuściła w niej głęboko korzenie, a wyrosła z na wskroś nastoletnio-gniewnej myśli, że Helloise przecież wcale nikogo nie prosiła, żeby urodzić się z nazwiskiem Rowle. To oni dali jej życie nie takie, jakiego by sobie życzyła, więc wymienienie go na inne jej się po prostu należało i tą tezą uciszała wyrzuty sumienia związane z tym, że była problematyczna.
— Przykro mi — mruknęła gorzko, bez skruchy, gdy usłyszała, że chodzi mu o nią, nie o lojalność wobec Śmierciożerców.
Czasem wciąż przechodziło jej przez głowę, o ile wygodniej by było, gdyby nikomu na niej nie zależało — wracała do niej ta myśl jak cichutkie westchnienie, echo wprost z odległych czasów najburzliwszego okresu młodzieżowych awantur. Teraz puszczała tę myśl wolno i dawała jej odlecieć, kiedyś: czepiała się jej kurczowo i o niczym nie marzyła jak o tym, jak żeby krewnych przestała obchodzić. Gorączkowo fantazjowała o tym, że wyrzucą ją za burtę jak przeklęty amulet sprowadzający na statek sztorm, choćby ją miało pożreć morze. Wyobrażała sobie, że może gdy już ją przekreślą, to nim strawi ją głębina, poczuje na krótki moment ulgę, a potem zniknie na zawsze. Histerycznie zaklinała się, że wolałaby umrzeć niż żyć z ich zasadami. Nienawidziła siebie i ich wszystkich za to, że nie istnieje ta bajkowa wizja, w której jest idealnie wolna i pogodzona ze sobą.
Czas ją — całe szczęście — ostudził. Nie zmusił jej do pełnego podporządkowania się, lecz nauczył, gdzie zaczyna się przepaść, a ona oswoiła się z nią i przestała próbować w nią wskoczyć.
Tak i w tamtym momencie, gdy Leviathan wycofał się, schodząc na kolana, dostała to upragnione ostatnie słowo, swój mały symboliczny triumf, po czym Rowle ostentacyjnie zgniótł go na jej oczach. Gdy mężczyzna rwał materiał, Helloise cała zesztywniała i, ciężko przełykając ślinę, odwróciła wzrok, aby wwiercić go w osmolone cegły za swoim prawym ramieniem.
Oto jej wywalczona wolność. Wolność do powiedzenia: ja podrę tak, jak chcę, czym nacieszy się chwilę, aby potem i tak podarte zostało wedle narzuconego wzoru. Oto wolność zakładania delikatniejszej maski, ale wciąż maski.
Czas nauczył ją, że to dobra cena. Nikt na tym świecie nie miał sprezentować jej snu o wolności w cenie atrakcyjniejszej niż ta wyznaczona przez rodzinę. Pokazał jej to Nokturn, którym skuszono ją jako przyczółkiem wyzwolonych, a okazało się, że to obrzydliwa klatka z innym rozstawem krat. Mogła sobie nie dopuszczać uparcie świadomości przywileju od rodziny, ale odczuwała go i podobał się jej ten układ. Spódnicy zostało przecież dość dla niej, a lubiła, gdy Leviathan przychodził do jej chaty, żeby mogła pastwić się nad nim złotymi myślami wyciągniętymi na opak z ostatniego kazania, zapoznać go ze swoimi nowymi oderwanymi obsesjami czy zaciągnąć w głąb lasu.
Spuściła oczy z powrotem na mężczyznę i wyciągniętą ku niej maskę, po czym wzięła ją od niego i oglądała przez chwilę, obracając w dłoniach. Ledwie kilka godzin wcześniej sama zrobiła podobną, paradowała w niej przed nieznajomym Śmierciożercą, szydząc z niego pytaniem: podoba ci się?
Założyła w końcu i tą.
Czy jej się podobało?
— Leviathanie — zaczęła ostrożnie, szukając go w tym słowie, którym upewniała się, że nie zabrał jej pod maską głosu, aby zastąpić go metalicznym warkotem. Odkryła, że nic się nie zmieniło. — Dziękuję.
dotknij trawy