12.05.2025, 20:20 ✶
Wiedział, że nie jest chory. Wiedział, że to tylko wyczerpanie. Wyczuwane przez każdą kość i staw, przez powieki, których nie chciało mu się już podnosić, ale to wciąż było tylko wyczerpanie. Nie choroba. Nie był chory, tylko przemęczony.
Najchętniej całkowicie pogrążyłby się w tej sennej ciszy, jaka jeszcze chwilę wcześniej panowała w łazience, ale kiedy Geraldine zaczęła mówić, słuchał. Jak zawsze. Lubił dźwięk jej głosu. Barwę, sposób wypowiadania poszczególnych słów, stawiania akcentu na głoski.
Z półprzymkniętymi oczami, po prostu jej słuchał, oddychając powoli, jakby sam oddech był czymś, o czym musiał sobie świadomie przypominać. Zmęczony, był zmęczony.
Mimo to uniósł kąciki ust. Zdecydowanie drgnął mu mięsień twarzy, gdy dziewczyna powiedziała to, co powiedziała. Kiedy spróbowała dać mu do zrozumienia, że powątpiewa w jego stan zdrowia, bo odezwał się do niej nie jak on.
Nie mógł mieć jej za złe tego, że źle mierzyła mu temperaturę. Oczywiście, że nie. Powiedział to tak po prostu, bez głębszego zastanowienia. Z uzdrowicielskiej maniery.
Gdyby Geraldine miała cokolwiek wspólnego z uzdrawianiem, byłoby to podejrzane. Rina miała jednak w sobie zupełnie inne talenty. Tę pierwotną, chaotyczną siłę. Jak burza z piorunami. Niekoniecznie lecząca, ale potrafiąca przynosić ulgę na wiele innych sposobów. W tym momencie jej obecność pozwalała mu nareszcie zaczerpnąć głębszy oddech. To było najważniejsze.
Wrócił do domu. Miał ten dom. Oboje go odzyskali. Jeszcze zanim wszystko pogrążyło się w chaosie. Jeśli to nie było idealne, wyjątkowe wyczucie czasu to sam nie wiedział, co nim jest.
- Wiem, że próbowałaś - kolejny raz tego dnia jego wypowiedź zabrzmiała prawie łagodnie, niemal jak przyznanie jej racji, nawet jeśli tylko częściowe.
Nie potrzebował potwierdzenia, że się starała. To było oczywiste. I absurdalnie bez znaczenia, bo naprawdę nie miał gorączki, a nawet gdyby ją miał, to Geraldine raczej nie miałaby możliwości mu jej zbić, zanim nie wyszedłby z wanny. Ale i tak poniekąd docenił tę próbę żartu. Bo nie chodziło o medycynę, chodziło o nią. O jej próbę rozluźnienia atmosfery, o dotyk na czole, o żart, który w gruncie rzeczy nawet udał się jego dziewczynie.
Może i nie miała talentu do leczenia, ale była uparta, czasem aż do bólu. Zresztą, on sam nie od razu był dobry. Tyle że on nie rzucał się do opatrywania krwotoków z przekonaniem, że jakoś to będzie. To zdecydowanie był talent jego ukochanej.
- Gdyby chodziło tylko o podstawy, już dawno byś je znała - przetarł dłonią twarz, czując pod palcami szorstkość kilkudniowego zarostu i ciepły chłód własnej skóry. - To nie kwestia chęci, tylko priorytetów, nie? Jodełka... ...sekwojka była ważniejsza - w tym momencie ponownie uśmiechnął się pod nosem, tym razem całkiem dumny z tego, co sam zasugerował. - I tak jesteś lepsza niż połowa stażystów, z którymi pracuję - dodał całkiem lekko.
Zaraz jednak zdecydowanie spoważniał, próbując skupić się na tym, żeby choć trochę wyjaśnić Rinie podstawy tej jego nagłej ugodowości. Tak, by nie zastanawiała się, z czego to wynika. Oczywiście, poza zmianą ich statusu, a więc także całkowitym wywróceniem (a raczej naprostowaniem) ich stosunków z całego lata i ostatnich półtora roku. Rzeczywiście, może mogła być trochę podejrzliwa. Normalnie tak czy siak miał znacznie bardziej cięty język.
Z drugiej strony, ona również. Oboje nie mieli tendencji do tego, aby okazywać sobie uczucia tym klepaniem się nawzajem po główce, niańczeniem i przesadnym nadreagowaniem. Zresztą doskonale wiedzieli, że to rzadko kiedy, ba, praktycznie nigdy nie było to, czego może potrzebować ta druga osoba.
- Nie czuję się źle. Nie fizycznie. Fizycznie jestem tylko zmęczony. Po prostu… ...mam wrażenie, że przestaliśmy mieć czas na bycie zmęczonymi, bo ciągle coś nas ściga - stwierdził w nagłym przypływie szczerości; głos miał niższy, przygaszony, nieco bardziej matowy niż zwykle. - W końcu dogoniło mnie już chyba wszędzie, nawet w Mungu - zamknął oczy i pozwolił sobie na chwilę nie myśleć, ale ten wniosek sam raz po raz nasuwał mu się do głowy.
Uniósł lekko brew, a potem westchnął. Otworzył oczy. To, że nie walczył z nią jak zwykle, nie znaczyło wcale, że zupełnie nie był sobą. Co prawda nie do końca czuł się jak on, ale to był wybór. Chodziło o to, że dzisiaj nie pyszczył, bo nie zamierzał tego robić.
Podjął świadomą... ...no, na wpół świadomą... decyzję, by dać Yaxleyównie chwilę pełnej kontroli nad sytuacją, choćby pozornej, bo potrzebowała wejść w tę rolę. Mieć wpływ, zaoferować mu ciepło i pomoc, wsparcie, być jego dziewczyną.
Dokładnie tak jak on potrzebował tego, żeby ktoś... ...nie, żeby ona... ...żeby Rina spróbowała go zatrzymać, zanim zrobi coś skrajnie głupiego. Jak siedzenie tu przez cały dzień albo jeszcze lepiej: najebanie się w wannie na pusty żołądek.
Ufał jej. W tym momencie bardziej niż sobie samemu, nawet jeśli nie zamierzał tego przyznać na głos, bo przecież zawsze wiedział najlepiej.
Dlatego też wiedział, co miała na myśli. Towarzystwo z pewnością nie zrobiło nic skrajnie przesadnego, żeby podkreślić swoje niezadowolenie z obecności wampira w domu. To nie byli ludzie tego typu. Nawet Romulus z jego głęboko zakorzenioną niechęcią do krwiopijców. Czy Ursula, która także nie należała do osób łatwo tolerujących podobną inność.
Roise był pewien, że nikt nie czuł się komfortowo z tą całą sytuacją, ale jednocześnie wszyscy jakoś próbowali dostosować się do nowych, wymuszonych okoliczności.
Zmienili się. Nie tylko on i ona, ale cały świat. Roth był teraz problemem, który trzeba było mieć na oku a nie tylko młodszym bratem jego ukochanej. Wampir. Potencjalne zagrożenie. Ale jednocześnie nadal ktoś, na kim powinno im zależeć. Na kim im zależało. Nawet jeśli ostatnio sobie grabił.
Był ich rodziną. Nie tylko Geraldine, ale też Roisa. W końcu oni nią byli. Razem. Tak samo jak cała reszta ludzi przebywających w Exmoor. W pewnym sensie wszyscy byli ze sobą powiązani zbyt mocno, by można było nazwać ich tylko przyjaciółmi. Zwłaszcza w obliczu ostatnich wydarzeń. Byli czymś na kształt rodziny. Cholernie pogmatwanej.
Kiedyś to wszystko było prostsze. Choć czy aby na pewno? Dużą rolę z pewnością odgrywała przy tym ta mimowolna nostalgia, ale jedno było jasne. Teraz już nie było prostoty. Wszystko stało się cieniem czegoś innego. Wspomnieniem przeszłości. Nową widmową rzeczywistością.
A jednak te kolejne słowa, jakie padły z ust dziewczyny rozlały się ciepłem we wnętrzu piersi Ambroisa. Zmrużył oczy, po czym kiwnął głową. Ufała jego osądom, choć nie musiała. Mogła mieć wątpliwości, szczególnie po tak długim czasie rozłąki i wszystkim, co wydarzyło się między nimi przez ostatnie tygodnie. Ale nie miała.
Podświadomie wiedział, że gdzieś tam zawsze była pewna jego intencji, nawet jeśli czasem podejrzewała go o zbyt chłodną kalkulację. Albo wręcz przeciwnie: zarzucała mu fiksację na punkcie własnych przekonań i bycie w gorącej wodzie kompanym, zupełnie niewyrozumiałym.
No, poza tym jednym wyjątkiem, który teraz przestał już być kluczowy. Wrócili do siebie. Wyjaśnili sobie swoje pobudki. To było najważniejsze.
Skrzywił się lekko, kiedy dyskusja ponownie została sprowadzona do jego spaceru przez zgliszcza. Tak, płonął cały Londyn, nie tylko Horyzontalna. Tak, to było piekło. Tak, chyba nie miał nic więcej do dodania. Ponownie po prostu skinął głową, odchrząkując cicho.
To nie był najlepszy moment, aby rozwijać ten temat ponad to, co już powiedział, więc przeszedł do czegoś innego. Tego, na czym znał się lepiej niż na mówieniu o własnych uczuciach i traumatycznych doświadczeniach ostatnich dni. Na medycynie.
- Ten jeden raz naprawdę nie możesz żałować, że wdałaś się w środowisko medyczne, huh? - Nie musiała mu tego potwierdzać, liczyło się to, że on sam doskonale wiedział, że ma rację.
W tym momencie był niezmiernie zadowolony z własnej profesji, jak i również z tego, że nie jest jedynym uzdrowicielem w domu. Mieli ich trzech. No, czterech, jeśli liczyć Romulusa, o ile nie postanowi zamknąć się na ten czas w łazience, co było całkiem możliwe. Potter rzeczywiście był elegancikiem. Nie bez powodu po stażu wybrał magipsychiatrię. Miał zbyt delikatne, wykremowane rączki, żeby babrać się we krwi i w wymiocinach...
...a tak przy okazji był dobry. Naprawdę dobry w tym, co robił. Tego też nie można mu było odmówić. Jego kosmetyki też były niczego sobie. To nie tak, że te wypożyczenia zawsze szły w jedną stronę, nie? No właśnie.
Woda w wannie była już letnia, gdy Roise wsparł łokieć o porcelanowy brzeg i ostatni raz przesunął dłonią po twarzy, jakby próbował ostatecznie zmyć z niej resztki tamtej nocy. Popiół, krew, zmęczenie, Londyn. Ale to było jak próba zdrapania piętna z duszy. Skóra może i się oczyściła, ale głowa… ...wciąż pulsowała. Nadmiar myśli, zbyt wiele emocji, które uparcie nie chciały cichnąć.
Mimo to, podniósł się wpierw do siadu, później przygotował się, żeby wstać. Wszystko to w zupełnej ciszy. Nic nie mówił. Geraldine też nie musiała.
Wiedział, że przyszłość nie będzie łatwa, że ich wspólne decyzje będą niosły ciężar, że wojna, która do tej pory była czyjąś, cudzą wojną, pukała właśnie do ich drzwi.
Nie musieli teraz rozmawiać o wszystkim, co miało miejsce. Rozmowy nie miały uciec. Jeszcze będą rozmawiać, jeszcze będą analizować, co się wydarzyło, jeszcze będą podejmować decyzje.
Ale teraz wystarczył dotyk. Bliskość. Zwykłe jesteś. Równie proste jestem. I nigdzie się nie wybieram. Podcięcie włosów wykonane zupełnie bez sprzeciwu. Geraldine nie wyrażała oporów wobec tego, żeby zbliżyć się z nożyczkami do jego głowy, więc postarał się nie utrudniać jej pracy.
Wyszło...
...nieźle, naprawdę przyzwoicie. Prawdę mówiąc, nie spodziewał się aż takiego efektu, ale był z niego wyjątkowo zadowolony.
- Może powinnaś rozważyć zmianę zawodu - rzucił całkiem lekko, uśmiechając się pod nosem, choć oczywiście aż za dobrze wiedział, co miała mu na to odpowiedzieć.
To było wyjątkowo jasne. Cudownie znajome. Cholernie potrzebne i stabilne. W tym momencie nie mógł już chcieć czegokolwiek więcej. No, może prócz tej nieszczęsnej zagryzki do alkoholu. Potrzebował się napić.
Najchętniej całkowicie pogrążyłby się w tej sennej ciszy, jaka jeszcze chwilę wcześniej panowała w łazience, ale kiedy Geraldine zaczęła mówić, słuchał. Jak zawsze. Lubił dźwięk jej głosu. Barwę, sposób wypowiadania poszczególnych słów, stawiania akcentu na głoski.
Z półprzymkniętymi oczami, po prostu jej słuchał, oddychając powoli, jakby sam oddech był czymś, o czym musiał sobie świadomie przypominać. Zmęczony, był zmęczony.
Mimo to uniósł kąciki ust. Zdecydowanie drgnął mu mięsień twarzy, gdy dziewczyna powiedziała to, co powiedziała. Kiedy spróbowała dać mu do zrozumienia, że powątpiewa w jego stan zdrowia, bo odezwał się do niej nie jak on.
Nie mógł mieć jej za złe tego, że źle mierzyła mu temperaturę. Oczywiście, że nie. Powiedział to tak po prostu, bez głębszego zastanowienia. Z uzdrowicielskiej maniery.
Gdyby Geraldine miała cokolwiek wspólnego z uzdrawianiem, byłoby to podejrzane. Rina miała jednak w sobie zupełnie inne talenty. Tę pierwotną, chaotyczną siłę. Jak burza z piorunami. Niekoniecznie lecząca, ale potrafiąca przynosić ulgę na wiele innych sposobów. W tym momencie jej obecność pozwalała mu nareszcie zaczerpnąć głębszy oddech. To było najważniejsze.
Wrócił do domu. Miał ten dom. Oboje go odzyskali. Jeszcze zanim wszystko pogrążyło się w chaosie. Jeśli to nie było idealne, wyjątkowe wyczucie czasu to sam nie wiedział, co nim jest.
- Wiem, że próbowałaś - kolejny raz tego dnia jego wypowiedź zabrzmiała prawie łagodnie, niemal jak przyznanie jej racji, nawet jeśli tylko częściowe.
Nie potrzebował potwierdzenia, że się starała. To było oczywiste. I absurdalnie bez znaczenia, bo naprawdę nie miał gorączki, a nawet gdyby ją miał, to Geraldine raczej nie miałaby możliwości mu jej zbić, zanim nie wyszedłby z wanny. Ale i tak poniekąd docenił tę próbę żartu. Bo nie chodziło o medycynę, chodziło o nią. O jej próbę rozluźnienia atmosfery, o dotyk na czole, o żart, który w gruncie rzeczy nawet udał się jego dziewczynie.
Może i nie miała talentu do leczenia, ale była uparta, czasem aż do bólu. Zresztą, on sam nie od razu był dobry. Tyle że on nie rzucał się do opatrywania krwotoków z przekonaniem, że jakoś to będzie. To zdecydowanie był talent jego ukochanej.
- Gdyby chodziło tylko o podstawy, już dawno byś je znała - przetarł dłonią twarz, czując pod palcami szorstkość kilkudniowego zarostu i ciepły chłód własnej skóry. - To nie kwestia chęci, tylko priorytetów, nie? Jodełka... ...sekwojka była ważniejsza - w tym momencie ponownie uśmiechnął się pod nosem, tym razem całkiem dumny z tego, co sam zasugerował. - I tak jesteś lepsza niż połowa stażystów, z którymi pracuję - dodał całkiem lekko.
Zaraz jednak zdecydowanie spoważniał, próbując skupić się na tym, żeby choć trochę wyjaśnić Rinie podstawy tej jego nagłej ugodowości. Tak, by nie zastanawiała się, z czego to wynika. Oczywiście, poza zmianą ich statusu, a więc także całkowitym wywróceniem (a raczej naprostowaniem) ich stosunków z całego lata i ostatnich półtora roku. Rzeczywiście, może mogła być trochę podejrzliwa. Normalnie tak czy siak miał znacznie bardziej cięty język.
Z drugiej strony, ona również. Oboje nie mieli tendencji do tego, aby okazywać sobie uczucia tym klepaniem się nawzajem po główce, niańczeniem i przesadnym nadreagowaniem. Zresztą doskonale wiedzieli, że to rzadko kiedy, ba, praktycznie nigdy nie było to, czego może potrzebować ta druga osoba.
- Nie czuję się źle. Nie fizycznie. Fizycznie jestem tylko zmęczony. Po prostu… ...mam wrażenie, że przestaliśmy mieć czas na bycie zmęczonymi, bo ciągle coś nas ściga - stwierdził w nagłym przypływie szczerości; głos miał niższy, przygaszony, nieco bardziej matowy niż zwykle. - W końcu dogoniło mnie już chyba wszędzie, nawet w Mungu - zamknął oczy i pozwolił sobie na chwilę nie myśleć, ale ten wniosek sam raz po raz nasuwał mu się do głowy.
Uniósł lekko brew, a potem westchnął. Otworzył oczy. To, że nie walczył z nią jak zwykle, nie znaczyło wcale, że zupełnie nie był sobą. Co prawda nie do końca czuł się jak on, ale to był wybór. Chodziło o to, że dzisiaj nie pyszczył, bo nie zamierzał tego robić.
Podjął świadomą... ...no, na wpół świadomą... decyzję, by dać Yaxleyównie chwilę pełnej kontroli nad sytuacją, choćby pozornej, bo potrzebowała wejść w tę rolę. Mieć wpływ, zaoferować mu ciepło i pomoc, wsparcie, być jego dziewczyną.
Dokładnie tak jak on potrzebował tego, żeby ktoś... ...nie, żeby ona... ...żeby Rina spróbowała go zatrzymać, zanim zrobi coś skrajnie głupiego. Jak siedzenie tu przez cały dzień albo jeszcze lepiej: najebanie się w wannie na pusty żołądek.
Ufał jej. W tym momencie bardziej niż sobie samemu, nawet jeśli nie zamierzał tego przyznać na głos, bo przecież zawsze wiedział najlepiej.
Dlatego też wiedział, co miała na myśli. Towarzystwo z pewnością nie zrobiło nic skrajnie przesadnego, żeby podkreślić swoje niezadowolenie z obecności wampira w domu. To nie byli ludzie tego typu. Nawet Romulus z jego głęboko zakorzenioną niechęcią do krwiopijców. Czy Ursula, która także nie należała do osób łatwo tolerujących podobną inność.
Roise był pewien, że nikt nie czuł się komfortowo z tą całą sytuacją, ale jednocześnie wszyscy jakoś próbowali dostosować się do nowych, wymuszonych okoliczności.
Zmienili się. Nie tylko on i ona, ale cały świat. Roth był teraz problemem, który trzeba było mieć na oku a nie tylko młodszym bratem jego ukochanej. Wampir. Potencjalne zagrożenie. Ale jednocześnie nadal ktoś, na kim powinno im zależeć. Na kim im zależało. Nawet jeśli ostatnio sobie grabił.
Był ich rodziną. Nie tylko Geraldine, ale też Roisa. W końcu oni nią byli. Razem. Tak samo jak cała reszta ludzi przebywających w Exmoor. W pewnym sensie wszyscy byli ze sobą powiązani zbyt mocno, by można było nazwać ich tylko przyjaciółmi. Zwłaszcza w obliczu ostatnich wydarzeń. Byli czymś na kształt rodziny. Cholernie pogmatwanej.
Kiedyś to wszystko było prostsze. Choć czy aby na pewno? Dużą rolę z pewnością odgrywała przy tym ta mimowolna nostalgia, ale jedno było jasne. Teraz już nie było prostoty. Wszystko stało się cieniem czegoś innego. Wspomnieniem przeszłości. Nową widmową rzeczywistością.
A jednak te kolejne słowa, jakie padły z ust dziewczyny rozlały się ciepłem we wnętrzu piersi Ambroisa. Zmrużył oczy, po czym kiwnął głową. Ufała jego osądom, choć nie musiała. Mogła mieć wątpliwości, szczególnie po tak długim czasie rozłąki i wszystkim, co wydarzyło się między nimi przez ostatnie tygodnie. Ale nie miała.
Podświadomie wiedział, że gdzieś tam zawsze była pewna jego intencji, nawet jeśli czasem podejrzewała go o zbyt chłodną kalkulację. Albo wręcz przeciwnie: zarzucała mu fiksację na punkcie własnych przekonań i bycie w gorącej wodzie kompanym, zupełnie niewyrozumiałym.
No, poza tym jednym wyjątkiem, który teraz przestał już być kluczowy. Wrócili do siebie. Wyjaśnili sobie swoje pobudki. To było najważniejsze.
Skrzywił się lekko, kiedy dyskusja ponownie została sprowadzona do jego spaceru przez zgliszcza. Tak, płonął cały Londyn, nie tylko Horyzontalna. Tak, to było piekło. Tak, chyba nie miał nic więcej do dodania. Ponownie po prostu skinął głową, odchrząkując cicho.
To nie był najlepszy moment, aby rozwijać ten temat ponad to, co już powiedział, więc przeszedł do czegoś innego. Tego, na czym znał się lepiej niż na mówieniu o własnych uczuciach i traumatycznych doświadczeniach ostatnich dni. Na medycynie.
- Ten jeden raz naprawdę nie możesz żałować, że wdałaś się w środowisko medyczne, huh? - Nie musiała mu tego potwierdzać, liczyło się to, że on sam doskonale wiedział, że ma rację.
W tym momencie był niezmiernie zadowolony z własnej profesji, jak i również z tego, że nie jest jedynym uzdrowicielem w domu. Mieli ich trzech. No, czterech, jeśli liczyć Romulusa, o ile nie postanowi zamknąć się na ten czas w łazience, co było całkiem możliwe. Potter rzeczywiście był elegancikiem. Nie bez powodu po stażu wybrał magipsychiatrię. Miał zbyt delikatne, wykremowane rączki, żeby babrać się we krwi i w wymiocinach...
...a tak przy okazji był dobry. Naprawdę dobry w tym, co robił. Tego też nie można mu było odmówić. Jego kosmetyki też były niczego sobie. To nie tak, że te wypożyczenia zawsze szły w jedną stronę, nie? No właśnie.
Woda w wannie była już letnia, gdy Roise wsparł łokieć o porcelanowy brzeg i ostatni raz przesunął dłonią po twarzy, jakby próbował ostatecznie zmyć z niej resztki tamtej nocy. Popiół, krew, zmęczenie, Londyn. Ale to było jak próba zdrapania piętna z duszy. Skóra może i się oczyściła, ale głowa… ...wciąż pulsowała. Nadmiar myśli, zbyt wiele emocji, które uparcie nie chciały cichnąć.
Mimo to, podniósł się wpierw do siadu, później przygotował się, żeby wstać. Wszystko to w zupełnej ciszy. Nic nie mówił. Geraldine też nie musiała.
Wiedział, że przyszłość nie będzie łatwa, że ich wspólne decyzje będą niosły ciężar, że wojna, która do tej pory była czyjąś, cudzą wojną, pukała właśnie do ich drzwi.
Nie musieli teraz rozmawiać o wszystkim, co miało miejsce. Rozmowy nie miały uciec. Jeszcze będą rozmawiać, jeszcze będą analizować, co się wydarzyło, jeszcze będą podejmować decyzje.
Ale teraz wystarczył dotyk. Bliskość. Zwykłe jesteś. Równie proste jestem. I nigdzie się nie wybieram. Podcięcie włosów wykonane zupełnie bez sprzeciwu. Geraldine nie wyrażała oporów wobec tego, żeby zbliżyć się z nożyczkami do jego głowy, więc postarał się nie utrudniać jej pracy.
Wyszło...
...nieźle, naprawdę przyzwoicie. Prawdę mówiąc, nie spodziewał się aż takiego efektu, ale był z niego wyjątkowo zadowolony.
- Może powinnaś rozważyć zmianę zawodu - rzucił całkiem lekko, uśmiechając się pod nosem, choć oczywiście aż za dobrze wiedział, co miała mu na to odpowiedzieć.
To było wyjątkowo jasne. Cudownie znajome. Cholernie potrzebne i stabilne. W tym momencie nie mógł już chcieć czegokolwiek więcej. No, może prócz tej nieszczęsnej zagryzki do alkoholu. Potrzebował się napić.
Koniec sesji
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down