14.05.2025, 16:20 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.05.2025, 16:21 przez Anthony Shafiq.)
Jej pytanie wstrząsnęło nim do głębi, a zaskoczenie odbiło się nie tylko w oczach, ale i na całej twarzy, w całej jego postawie. Wysoko uniesione brwi, znieruchomiałe wargi rozchylone w niedowierzaniu. I wtedy w końcu zobaczył to. Zobaczył w jej oczach strach i prawdę, której próżno było szukać pośród wypowiedzianych i niewypowiedzianych słów. I może ten wstrząs, może ten wybuch, może on w końcu był zdolny przełamać tamę, mur wzniesiony przed laty.
Przypadł do niej nie dbając o konwenanse, o to czy podłoga jest na tyle czysta by nie zostawić śladu na jego kolanach.
– Na bogów Lorien, w żadnej mierze! Nigdy Cię nie nienawidziłem. Ja... byłem przekonany, że mamy jeszcze tak wiele czasu, Twoje wieści wstrząsnęły mną do granic, nie wiń mnie za to, że nie chcę, abyś odeszła, abyś mnie zostawiła samego... – drżącymi dłońmi szukał jej dłoni, głównie po to, by przycisnąć w przepraszającym geście jej paliczki do drżących od emocji warg. Odszukać ją, zapewnić o tym, że nie ma w nim nienawiści do niej. A czy była nienawiść do klątwy? Cóż... Była to choroba i to bardzo śmiertelna, ograniczająca żywot do szokujących jak na możliwości czarodziejów liczb. Ale czyż nie kochał jej właśnie takiej? Lorien-wilgowrona, Lorien, która miała w sobie bystrość i grację ptasiej istoty, wszelkie przyruchy, obrzydliwe dla innych, tak właściwe jej i przyjemne dla niego?
– Przepraszam Cię, przepraszam... wybacz mi moja miła, moje serce... przemówiła przeze mnie słabość i tęsknota za wspólnym czasem, za chwilami, które kradliśmy światu i świadomość, że moje szczęście przebywania z Tobą za moment się skończy. Przemawiała przeze mnie zazdrość, bo ileż bym dał, by zagubić się z Tobą w Europie, by móc usiąść z Tobą przy ognisku, wsłuchać się we wszystkie opowieści zaszyte wewnątrz Twojej pięknej duszy i wspólnie zapatrzyć się w niebo... – Spróbował podnieść na nią pełne poczucia winy oczy, choć nie był pewien czy jakiekolwiek słowa będą w stanie naprawić wyrządzoną wybuchem szkodę. – Ale teraz już wiem, już rozumiem i dziękuję Ci za to, że mi powiedziałaś i chciałbym... chciałbym bardzo, żebyśmy wykorzystali ten czas najlepiej jak to byłoby możliwe. Najpiękniej. – Czy rozumiał? Być może. W głowie zaświtała mu dawna maksyma buddyjska, podług której kochać prawdziwie to pozwolić odejść. W jej słowach usłyszał to i pojął, że ona i wilgowron to jedno, a jej ciało, jej dusza gotowe są do tranzycji. Pogodzone z losem, w przeciwieństwie do niego. On nie był pogodzony, on potrzebował czasu, aby przyjąć fakt, że ze śmiercią nie da się dobić targu, zwłaszcza wtedy, jeśli ukochana osoba nie ma na to ochoty. Ale nie musiał tego rozważać przy niej, nie musiał kazać jej ze sobą nieść tego ciężaru. W końcu kochać, to znaczy dawać odejść. Kochać to cieszyć się z tego co jest, w pełni świadomości, że następnego dnia może już tego nie być.
Przypadł do niej nie dbając o konwenanse, o to czy podłoga jest na tyle czysta by nie zostawić śladu na jego kolanach.
– Na bogów Lorien, w żadnej mierze! Nigdy Cię nie nienawidziłem. Ja... byłem przekonany, że mamy jeszcze tak wiele czasu, Twoje wieści wstrząsnęły mną do granic, nie wiń mnie za to, że nie chcę, abyś odeszła, abyś mnie zostawiła samego... – drżącymi dłońmi szukał jej dłoni, głównie po to, by przycisnąć w przepraszającym geście jej paliczki do drżących od emocji warg. Odszukać ją, zapewnić o tym, że nie ma w nim nienawiści do niej. A czy była nienawiść do klątwy? Cóż... Była to choroba i to bardzo śmiertelna, ograniczająca żywot do szokujących jak na możliwości czarodziejów liczb. Ale czyż nie kochał jej właśnie takiej? Lorien-wilgowrona, Lorien, która miała w sobie bystrość i grację ptasiej istoty, wszelkie przyruchy, obrzydliwe dla innych, tak właściwe jej i przyjemne dla niego?
– Przepraszam Cię, przepraszam... wybacz mi moja miła, moje serce... przemówiła przeze mnie słabość i tęsknota za wspólnym czasem, za chwilami, które kradliśmy światu i świadomość, że moje szczęście przebywania z Tobą za moment się skończy. Przemawiała przeze mnie zazdrość, bo ileż bym dał, by zagubić się z Tobą w Europie, by móc usiąść z Tobą przy ognisku, wsłuchać się we wszystkie opowieści zaszyte wewnątrz Twojej pięknej duszy i wspólnie zapatrzyć się w niebo... – Spróbował podnieść na nią pełne poczucia winy oczy, choć nie był pewien czy jakiekolwiek słowa będą w stanie naprawić wyrządzoną wybuchem szkodę. – Ale teraz już wiem, już rozumiem i dziękuję Ci za to, że mi powiedziałaś i chciałbym... chciałbym bardzo, żebyśmy wykorzystali ten czas najlepiej jak to byłoby możliwe. Najpiękniej. – Czy rozumiał? Być może. W głowie zaświtała mu dawna maksyma buddyjska, podług której kochać prawdziwie to pozwolić odejść. W jej słowach usłyszał to i pojął, że ona i wilgowron to jedno, a jej ciało, jej dusza gotowe są do tranzycji. Pogodzone z losem, w przeciwieństwie do niego. On nie był pogodzony, on potrzebował czasu, aby przyjąć fakt, że ze śmiercią nie da się dobić targu, zwłaszcza wtedy, jeśli ukochana osoba nie ma na to ochoty. Ale nie musiał tego rozważać przy niej, nie musiał kazać jej ze sobą nieść tego ciężaru. W końcu kochać, to znaczy dawać odejść. Kochać to cieszyć się z tego co jest, w pełni świadomości, że następnego dnia może już tego nie być.