17.05.2025, 21:57 ✶
Nie cofnęła się przed dotykiem, bo w głębi duszy wiedziała, że nie ma powodu. Nie skrzywdziłby jej. Nie on. Drgnęła, gdy upadł przy niej na kolana - z zaskoczenia i gwałtowności czynu. Ale nie potrafiła oderwać od tego wzroku.
- Nigdy Cię nie nienawidziłem…
- Wiem, przepraszam.- wydukała cicho, pozwalając ująć swoje roztrzęsione dłonie. Ucałować je.
- Byłem przekonany … Tak wiele czasu.
Słowa Anthony’ego docierały do niej z opóźnieniem. Jak przez cienki filtr jej własnego udręczonego umysłu, który nie dopuszczał do siebie wielu myśli.- Nie wiń mnie…
- Nie winię.- Odpowiadała wręcz mechanicznie, wchodząc mu w słowo. Myślami zdawała się być jednak daleko poza małą salą w małej restauracji w równie małym Londynie.
- Nie chcę, abyś odeszła…
- Nie odchodzę.
- Abyś mnie zostawiła samego.
Dopiero teraz spojrzała mu ponownie w oczy. Nie odpowiedziała. Zamiast tego, zbliżyła się do niego bez pośpiechu, cicho, jakby starała się nie poruszyć powietrza, które zamarło wokół nich; z tą samą łagodną powściągliwością, nieco rozedrganym spokojem, bo choć z każdym słowem i gestem czarodzieja - Lorien odzyskiwała grunt pod nogami, tak nadal przypominała spłoszonego ptaka. Nawet jeśli w jej oczach nadal połyskiwały łzy, których nie zdążyła jeszcze otrzeć, a nos i powieki pozostawały zaczerwienione od płaczu, to jednak nie uciekała od dotyku.
Nachyliła się nie po to, by przyjrzeć się z bliska, a po to by poczuć, że wciąż tu jest. Istnieje. Został z nią. Takim chciała go zapamiętać - z cieniem wyciszonej złości, sprzeciwu, z zawieszoną między nimi szczerością, której zazwyczaj jej skąpił. Wreszcie z odrzuconą maską; tak przepięknie ludzki i prawdziwy w bólu, od którego nie potrafiła i nie chciała go uwolnić. Była w niej ta namiastka egoistycznego pragnienia, by pamiętał. Pamiętał o niej już zawsze.
- Nie przepraszaj.- Poprosiła jeszcze cichutko.
Pochyliła się jeszcze odrobinę, pozwalając lokom wypaść z eleganckiej fryzury. I tak długo wytrzymały. Zbliżyła swoją twarz do jego, aż dzieliły ich zaledwie oddechy. Jeden. Drugi. Bez słowa złożyła delikatny pocałunek w zewnętrznym kąciku jego ust; tam gdzie gest był wciąż zatrważająco bliski, ale nie rościł sobie prawa do niczego więcej. Krótki dotyk, ledwie muśnięcie, chłodne i czyste - takie jaka była Lorien. Pozbawione większych namiętności, stonowane. Pocałunek taki jaki złożyłoby się na policzku przyjaciela po długiej rozłące, albo na dłoni kogoś, kogo pragniesz czcić. Zaraz potem uniosła dłoń i delikatnie otarła opuszką palca ślad swojej szminki ze skóry czarodzieja, jakby usuwała coś, co nie powinno tam być. Jej ruchy były uważne, a pociągnięcie kciuka nie zatrzymało się na ustach czarodzieja; przesunęła go na policzek Anthony’ego na ułamek sekundy, starając się by sam dotyk był wyrazem podziękowania. Wciąż na niego patrzyła, jakby próbowała ocenić, ile z tych słów było prawdą, a ile potrzebą zachowania twarzy. Bo potrafił mówić pięknie. A jeszcze piękniej Anthony potrafił kłamać. W końcu jednak uznała, że w słowach czarodzieja nie ma fałszu, odetchnęła z ulgą.
- Jestem tutaj i… nie chcę się znów gubić. Nie chcę, żebyś musiał mnie szukać, kiedy jestem tuż obok.- Powiedziała wreszcie, z każdym kolejnym słowem wahając się czy mój kolejne. Zwłaszcza, że przechodziły jej z trudem przez ściśnięte dziwnym wzruszeniem gardło.- Chciałabym…- No właśnie. Czego chciała? Mieli swoje ognisko. Mieli dom w Little Hangleton, z jego miękkimi fotelami, ogrodem, obszerną biblioteką, ze wszystkimi dziwactwami i tajemnicami. Czy potrzebowali dalekich podróży, skoro niebo wszędzie zdawało się równie piękne i odległe? Czy naprawdę musieli znów uciekać w nieznane, wierzyć, że gdzieś tam wrzosy rozkwitają piękniej, a gwiazdy błyszczą jaśniej?-... żebyś wstał z kolan, mio sciocchino.- Uśmiechnęła się łagodnie, splatając ich dłonie razem i wcale przez to mu nie ułatwiając zadania zebrania się z podłogi. Oh well, jakoś musiał sobie poradzić; nie zamierzała go puszczać - przynajmniej na razie. Z drugiej strony jej uścisk był na tyle lekki, że gdyby Anthony zechciał się uwolnić, z pewnością nie miałby z tym żadnego problemu.
- Jeśli nie masz planów na wieczór… Spróbuję wyjść wcześniej z posiedzenia Wizengamotu i możemy posiedzieć przy ognisku. W naszym ogrodzie. To co prawda nie są bezdroża Europy...- Powiedziała jak najbardziej poważnie, nie zwracając nawet uwagi, że nieświadomie przywłaszczała sobie coś co wcale do niej nie należało. Little Hangleton. Dom. Anthony'ego. Ale gdy tylko słowa opuściły jej usta, zrozumiała jak irracjonalnie to brzmi. Jakby byli uczniakami z Hogwartu i planowali potajemny piknik w Zakazanym Lesie, a nie dorosłymi, poważnymi ludźmi. Zaśmiała się cicho, odwracając delikatnie głowę, ale i tak jej drżące ramiona zdradzały, że powstrzymuje chichot.- Wiesz, dostałam od Alexandra piszczałkę na urodziny, więc… to p r a w i e jak muzyka ludowa.- Zrobiła minę świadczącą jasno, że nie, nie potrafi jeszcze zagrać niczego co nie nie brzmiałoby jak żałobna pieśń dogorywającego, wyjątkowo rannego (ewentualnie nawiedzonego) strzygła i raczej powinni się ograniczyć do którejś z płyt, której kolekcja zalegała w jej sypialni. Dzięki bogom za gramofon.
W końcu jednak spoważniała, a na jej twarz powrócił cień tak dobrze znanego smutku. Zmęczenia, które starała się ukrywać, otępiona eliksirami i lekami.
- Przepraszam Anthony, że nie powiedziałam ci wcześniej. Naprawdę nie chciałam, żebyś o tym myślał w Egipcie.- Westchnęła cicho, bawiąc się przez moment sygnetem na jego palcu.- I nie złość się na Basiliusa. Nie ma najprostszego zadania, wiesz? Ta jego pacjentka to jakaś wyjątkowo uparta baba, w dodatku z kompletną obsesją poufności lekarskiej. I w ogóle taka zołza z charakteru. Ale jednak rodzina. A wiesz... rodziny się nie wybiera.- Uniosła słabo kącik ust.- Na jego miejscu zamknęłabym mnie w klatce dobrych kilka lat temu.
- Nigdy Cię nie nienawidziłem…
- Wiem, przepraszam.- wydukała cicho, pozwalając ująć swoje roztrzęsione dłonie. Ucałować je.
- Byłem przekonany … Tak wiele czasu.
Słowa Anthony’ego docierały do niej z opóźnieniem. Jak przez cienki filtr jej własnego udręczonego umysłu, który nie dopuszczał do siebie wielu myśli.- Nie wiń mnie…
- Nie winię.- Odpowiadała wręcz mechanicznie, wchodząc mu w słowo. Myślami zdawała się być jednak daleko poza małą salą w małej restauracji w równie małym Londynie.
- Nie chcę, abyś odeszła…
- Nie odchodzę.
- Abyś mnie zostawiła samego.
Dopiero teraz spojrzała mu ponownie w oczy. Nie odpowiedziała. Zamiast tego, zbliżyła się do niego bez pośpiechu, cicho, jakby starała się nie poruszyć powietrza, które zamarło wokół nich; z tą samą łagodną powściągliwością, nieco rozedrganym spokojem, bo choć z każdym słowem i gestem czarodzieja - Lorien odzyskiwała grunt pod nogami, tak nadal przypominała spłoszonego ptaka. Nawet jeśli w jej oczach nadal połyskiwały łzy, których nie zdążyła jeszcze otrzeć, a nos i powieki pozostawały zaczerwienione od płaczu, to jednak nie uciekała od dotyku.
Nachyliła się nie po to, by przyjrzeć się z bliska, a po to by poczuć, że wciąż tu jest. Istnieje. Został z nią. Takim chciała go zapamiętać - z cieniem wyciszonej złości, sprzeciwu, z zawieszoną między nimi szczerością, której zazwyczaj jej skąpił. Wreszcie z odrzuconą maską; tak przepięknie ludzki i prawdziwy w bólu, od którego nie potrafiła i nie chciała go uwolnić. Była w niej ta namiastka egoistycznego pragnienia, by pamiętał. Pamiętał o niej już zawsze.
- Nie przepraszaj.- Poprosiła jeszcze cichutko.
Pochyliła się jeszcze odrobinę, pozwalając lokom wypaść z eleganckiej fryzury. I tak długo wytrzymały. Zbliżyła swoją twarz do jego, aż dzieliły ich zaledwie oddechy. Jeden. Drugi. Bez słowa złożyła delikatny pocałunek w zewnętrznym kąciku jego ust; tam gdzie gest był wciąż zatrważająco bliski, ale nie rościł sobie prawa do niczego więcej. Krótki dotyk, ledwie muśnięcie, chłodne i czyste - takie jaka była Lorien. Pozbawione większych namiętności, stonowane. Pocałunek taki jaki złożyłoby się na policzku przyjaciela po długiej rozłące, albo na dłoni kogoś, kogo pragniesz czcić. Zaraz potem uniosła dłoń i delikatnie otarła opuszką palca ślad swojej szminki ze skóry czarodzieja, jakby usuwała coś, co nie powinno tam być. Jej ruchy były uważne, a pociągnięcie kciuka nie zatrzymało się na ustach czarodzieja; przesunęła go na policzek Anthony’ego na ułamek sekundy, starając się by sam dotyk był wyrazem podziękowania. Wciąż na niego patrzyła, jakby próbowała ocenić, ile z tych słów było prawdą, a ile potrzebą zachowania twarzy. Bo potrafił mówić pięknie. A jeszcze piękniej Anthony potrafił kłamać. W końcu jednak uznała, że w słowach czarodzieja nie ma fałszu, odetchnęła z ulgą.
- Jestem tutaj i… nie chcę się znów gubić. Nie chcę, żebyś musiał mnie szukać, kiedy jestem tuż obok.- Powiedziała wreszcie, z każdym kolejnym słowem wahając się czy mój kolejne. Zwłaszcza, że przechodziły jej z trudem przez ściśnięte dziwnym wzruszeniem gardło.- Chciałabym…- No właśnie. Czego chciała? Mieli swoje ognisko. Mieli dom w Little Hangleton, z jego miękkimi fotelami, ogrodem, obszerną biblioteką, ze wszystkimi dziwactwami i tajemnicami. Czy potrzebowali dalekich podróży, skoro niebo wszędzie zdawało się równie piękne i odległe? Czy naprawdę musieli znów uciekać w nieznane, wierzyć, że gdzieś tam wrzosy rozkwitają piękniej, a gwiazdy błyszczą jaśniej?-... żebyś wstał z kolan, mio sciocchino.- Uśmiechnęła się łagodnie, splatając ich dłonie razem i wcale przez to mu nie ułatwiając zadania zebrania się z podłogi. Oh well, jakoś musiał sobie poradzić; nie zamierzała go puszczać - przynajmniej na razie. Z drugiej strony jej uścisk był na tyle lekki, że gdyby Anthony zechciał się uwolnić, z pewnością nie miałby z tym żadnego problemu.
- Jeśli nie masz planów na wieczór… Spróbuję wyjść wcześniej z posiedzenia Wizengamotu i możemy posiedzieć przy ognisku. W naszym ogrodzie. To co prawda nie są bezdroża Europy...- Powiedziała jak najbardziej poważnie, nie zwracając nawet uwagi, że nieświadomie przywłaszczała sobie coś co wcale do niej nie należało. Little Hangleton. Dom. Anthony'ego. Ale gdy tylko słowa opuściły jej usta, zrozumiała jak irracjonalnie to brzmi. Jakby byli uczniakami z Hogwartu i planowali potajemny piknik w Zakazanym Lesie, a nie dorosłymi, poważnymi ludźmi. Zaśmiała się cicho, odwracając delikatnie głowę, ale i tak jej drżące ramiona zdradzały, że powstrzymuje chichot.- Wiesz, dostałam od Alexandra piszczałkę na urodziny, więc… to p r a w i e jak muzyka ludowa.- Zrobiła minę świadczącą jasno, że nie, nie potrafi jeszcze zagrać niczego co nie nie brzmiałoby jak żałobna pieśń dogorywającego, wyjątkowo rannego (ewentualnie nawiedzonego) strzygła i raczej powinni się ograniczyć do którejś z płyt, której kolekcja zalegała w jej sypialni. Dzięki bogom za gramofon.
W końcu jednak spoważniała, a na jej twarz powrócił cień tak dobrze znanego smutku. Zmęczenia, które starała się ukrywać, otępiona eliksirami i lekami.
- Przepraszam Anthony, że nie powiedziałam ci wcześniej. Naprawdę nie chciałam, żebyś o tym myślał w Egipcie.- Westchnęła cicho, bawiąc się przez moment sygnetem na jego palcu.- I nie złość się na Basiliusa. Nie ma najprostszego zadania, wiesz? Ta jego pacjentka to jakaś wyjątkowo uparta baba, w dodatku z kompletną obsesją poufności lekarskiej. I w ogóle taka zołza z charakteru. Ale jednak rodzina. A wiesz... rodziny się nie wybiera.- Uniosła słabo kącik ust.- Na jego miejscu zamknęłabym mnie w klatce dobrych kilka lat temu.