18.05.2025, 19:39 ✶
Panicz Longbottom wrócił do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie po kilku latach. Gdyby spojrzeć na to z innej strony, cała sytuacja wydawała się kompletnie niedorzeczna. Wysłano ich na miejsce zbrodni bez większego przygotowania i zaangażowano w śledztwo, które toczyło się w miejscu, w którym z kolei Julek zaledwie dwa lata wcześniej opuścił. Czy to nie powinien być powód, żeby się zatrzymać? Ktoś rozsądniejszy pewnie by ich powstrzymał.
— Zbrodnia kloaczna. Motyw: gówno. Sprawca: człowiek z poczuciem humoru na poziomie kałuży w ubikacji. Dobra tam, zapisuję — rzucił i udając, że notował coś bardzo ważnego, zrobił ruch w powietrzu. Nie mógł się powstrzymać. Nie wtedy i nie przy takim żarcie, bo był gorszy. Zdecydowanie gorszy. I jeszcze dumny z siebie, że nie puścił bąka śmiechem.
Powiedzieć natomiast, że miał nerwy zszargane, to jak nie powiedzieć nic. A to nie było coś, czego potrzebował w tamtym momencie! Na szczęście miał swoje sposoby. Nie były może zbyt wyrafinowane, ale działały przynajmniej na krótką metę. Piwo z Longbottomem, głupie gadki z Longbottem, wieczorne mordobicie z chłopakami z oddziału — oczywiście z Longbottomem u boku, bo inaczej się nie dało. Samotne przesłuchania starych obrazów, które z jakiegoś powodu zaczęli traktować jak sensownych rozmówców. Chociaż przynajmniej na razie (miało się przecież dopiero okazać, jak bardzo nie będą z nich zadowolone).
— Byle nie w kuflu po tych konikach — młody brygadzista wiedział, że papierologia sama nie zniknie, ale jeśli Clemens Longbottom mówił, że jutro, to jutro będzie. Zresztą zimny sześciopak w jego towarzystwie brzmiał jak coś lepszego niż awans. Nawet jeśli miałbym tylko siedzieć i słuchać. Kiwnął głową bez sprzeciwu, a następnie dodał: — Psujesz mnie, stary. Jak tak dalej pójdzie, to się ślubu nie doczekam. Miałem być grzeczny, odpowiedzialny, wieczory spędzać przy katalogach weselnych, a nie z tobą, nad truchłem i sześciopakiem.
To było kłamstwo… Albo raczej półprawda — najniebezpieczniejszy ze stanów, bo jeszcze pozwalał mu udawać przed samym sobą, że wszystko było na właściwym miejscu i wiedział, czego chciał. Że tamta wciąż była tą jedyną, jaką powinien wybrać. W tylnej kieszeni munduru czuł drobny ciężar pewnej rzeczy przez materiał spodni. Pudełeczko nie było duże, ledwie zmieściło się obok notatnika. Złoty pierścionek o cienkiej obrączce i kamieniu, który wybrał z takim przejęciem jakby miał nim naprawić coś więcej niż tylko własne zagubienie. Nosił go przy sobie od dobrych kilku tygodni.
Po co w ogóle go zabrał na dzisiejsze śledztwo? Na cholerę to komu? Longbottomowi? Przecież nie jemu będzie się oświadczał. Wzdrygnął się.
Kiedy dwójka chłopa dotarła do pierwszego obrazu, Julek poklepał teczkę, którą niósł pod pachą i zatrzymał się na sekundę, żeby bliżej przyjrzeć się detalom.
— No i jesteśmy. Ekscelencjo, szlachta wiecznie żywa — na obrazie postać wyprostowała się z godnością, a sama obecność dwóch młokosów w mundurach Brygady była policzkiem dla jego błękitnej krwi. Lord Malfoy zmierzył ich chłodnym, lodowato oceniającym wzrokiem.
— Przynajmniej ktoś jeszcze zna dobre maniery — odpowiedział wyniośle portret. — Chociaż nie sądzę byś ty był z jakiegoś rodu, o którym warto wspominać.
— Za to pan lord pewnie pamięta wszystko, co działo się tego dnia? — Julian odchrząknął i wyjął kajet. — Pytanie służbowe. Kto szedł korytarzem na krótko przed… Incydentem?
Liszard uniósł brew.
— Tłum, jak zwykle. Jeden szedł, drugi się czaił, trzeci szurał jak duch. Wszyscy bez kapeluszy, bez manier, bez celu.
Pepino westchnął.
— Konkrety, proszę. Imiona, opisy?
— Zbrodnia kloaczna. Motyw: gówno. Sprawca: człowiek z poczuciem humoru na poziomie kałuży w ubikacji. Dobra tam, zapisuję — rzucił i udając, że notował coś bardzo ważnego, zrobił ruch w powietrzu. Nie mógł się powstrzymać. Nie wtedy i nie przy takim żarcie, bo był gorszy. Zdecydowanie gorszy. I jeszcze dumny z siebie, że nie puścił bąka śmiechem.
Powiedzieć natomiast, że miał nerwy zszargane, to jak nie powiedzieć nic. A to nie było coś, czego potrzebował w tamtym momencie! Na szczęście miał swoje sposoby. Nie były może zbyt wyrafinowane, ale działały przynajmniej na krótką metę. Piwo z Longbottomem, głupie gadki z Longbottem, wieczorne mordobicie z chłopakami z oddziału — oczywiście z Longbottomem u boku, bo inaczej się nie dało. Samotne przesłuchania starych obrazów, które z jakiegoś powodu zaczęli traktować jak sensownych rozmówców. Chociaż przynajmniej na razie (miało się przecież dopiero okazać, jak bardzo nie będą z nich zadowolone).
— Byle nie w kuflu po tych konikach — młody brygadzista wiedział, że papierologia sama nie zniknie, ale jeśli Clemens Longbottom mówił, że jutro, to jutro będzie. Zresztą zimny sześciopak w jego towarzystwie brzmiał jak coś lepszego niż awans. Nawet jeśli miałbym tylko siedzieć i słuchać. Kiwnął głową bez sprzeciwu, a następnie dodał: — Psujesz mnie, stary. Jak tak dalej pójdzie, to się ślubu nie doczekam. Miałem być grzeczny, odpowiedzialny, wieczory spędzać przy katalogach weselnych, a nie z tobą, nad truchłem i sześciopakiem.
To było kłamstwo… Albo raczej półprawda — najniebezpieczniejszy ze stanów, bo jeszcze pozwalał mu udawać przed samym sobą, że wszystko było na właściwym miejscu i wiedział, czego chciał. Że tamta wciąż była tą jedyną, jaką powinien wybrać. W tylnej kieszeni munduru czuł drobny ciężar pewnej rzeczy przez materiał spodni. Pudełeczko nie było duże, ledwie zmieściło się obok notatnika. Złoty pierścionek o cienkiej obrączce i kamieniu, który wybrał z takim przejęciem jakby miał nim naprawić coś więcej niż tylko własne zagubienie. Nosił go przy sobie od dobrych kilku tygodni.
Po co w ogóle go zabrał na dzisiejsze śledztwo? Na cholerę to komu? Longbottomowi? Przecież nie jemu będzie się oświadczał. Wzdrygnął się.
Kiedy dwójka chłopa dotarła do pierwszego obrazu, Julek poklepał teczkę, którą niósł pod pachą i zatrzymał się na sekundę, żeby bliżej przyjrzeć się detalom.
— No i jesteśmy. Ekscelencjo, szlachta wiecznie żywa — na obrazie postać wyprostowała się z godnością, a sama obecność dwóch młokosów w mundurach Brygady była policzkiem dla jego błękitnej krwi. Lord Malfoy zmierzył ich chłodnym, lodowato oceniającym wzrokiem.
— Przynajmniej ktoś jeszcze zna dobre maniery — odpowiedział wyniośle portret. — Chociaż nie sądzę byś ty był z jakiegoś rodu, o którym warto wspominać.
— Za to pan lord pewnie pamięta wszystko, co działo się tego dnia? — Julian odchrząknął i wyjął kajet. — Pytanie służbowe. Kto szedł korytarzem na krótko przed… Incydentem?
Liszard uniósł brew.
— Tłum, jak zwykle. Jeden szedł, drugi się czaił, trzeci szurał jak duch. Wszyscy bez kapeluszy, bez manier, bez celu.
Pepino westchnął.
— Konkrety, proszę. Imiona, opisy?