19.05.2025, 19:48 ✶
Poruszył brwiami, gdy Geraldine spojrzała na niego z tą miną, która mówiła więcej niż słowa. Nawet nie musiała zadawać mu werbalnego pytania. Zrozumiał je już znacznie wcześniej. Dostrzegł to w tym drobnym uniesieniu kącika ust. W iskrze, która zalśniła w błękitnych oczach jego dziewczyny. W zawadiackim przechyle głowy.
Odpowiedź też była jasna. Oczywiście, że myślał dokładnie o tym samym. Wiedział. Nie musiała mu tego mówić, nie musiała go do niczego przekonywać. Już wiedział, że zamierza wykorzystać ten moment. Nie później, nie kiedyś, nie po kilku głębszych, ale właśnie teraz, gdy wszystko idealnie się ku temu składało.
Nie istniała inna możliwość. Oczywiście, że zamierzał w pełni wykorzystać ten moment. Żadne teraz albo nigdy nie było mu potrzebne. Wystarczyło jedno spojrzenie, oddech zawieszony gdzieś pomiędzy słowem a czynem. Czuł to w powietrzu, w napięciu między ich ciałami, w tej ciszy przed czymś. Nie przed burzą. Teraz było lekko, zdecydowanie lżej. Za chwilę? Za moment mogło do tego zrobić się jeszcze całkiem zabawnie.
Posłał szelmowski uśmiech w kierunku dziewczyny. Z kategorii tych, które zwykle kończyły się zrobieniem czegoś głupiego, nieodpowiedzialnego albo nieprzyzwoicie... ...przyjemnego. Mrugnął teatralnie, trochę zuchwale a potem wypuścił Yaxleyównę z ramion, dając jej przestrzeń. Choć, czy aby na pewno tylko o to mu chodziło?
No niekoniecznie.
Po prostu zapewniał sobie lepszy start. Tym bardziej, że zdecydowanie nie zamierzał czekać aż jego dziewczyna skończy mówić o robieniu tego wszystkiego w tej chwili. Tak, być może kiedyś zdarzało mu się wskakiwać do wody całkowicie naprutym. Ba, skakał tak z klifów, celowo staczał się ze zbocza w ramach wyścigów zakończonych w wodzie.
Tyle tylko, że nie był już tym samym człowiekiem. A przynajmniej usiłował być trochę poważniejszy, bardziej odpowiedzialny. Z co najwyżej umiarkowanym skutkiem, mając na uwadze to, co właśnie planował zrobić, ale to już były detale. Ot. Drobne, nieznaczące szczegóły wynikające z tej nagłej potrzeby zrobienia czegoś zupełnie nieplanowanego.
Wystarczyło, że zobaczył ręczniki wciśnięte do kosza plażowego. Że spojrzał na Yaxleyównę a ona odwzajemniła jego spojrzenie. Zobaczył u niej dokładnie tę samą myśl. Nie mógł tego tak zostawić. Zresztą nie bez powodu w młodości określano go mianem wydry. Cholernie mocno lubił siedzieć w wodzie, choćby nawet chłodnej. Miał naprawdę mocną tolerancję na temperatury zbliżone do tej, jakie musiało mieć teraz morze.
Zresztą już nie raz wspólnie przecinali dużo chłodniejsze fale. Wtedy pod koniec maja, gdy pierwszy raz pojawili się w Whitby. Zanim jeszcze stało się ich prywatną cichą oazą. Albo choćby tydzień wcześniej, kiedy jeszcze nic nie było między nimi pewne, ledwo opuścili jaskinię demona i po kilku godzinach siedzenia na plaży, bez zbędnych słów znaleźli się w morzu, zmywając z siebie część tamtej piekielnej nocy.
Woda i bezkresny horyzont zawsze miały kojarzyć się Greengrassowi z jego dziewczyną. Nawet, jeśli jednocześnie kojarzył ją także z górami i lasem. Nawet, jeśli wśród drzew spędzali niemal tyle samo czasu, co na piasku, gdy w przeszłości zdarzało mu się towarzyszyć Yaxleyównie w jej wyprawach. Morze było z nią nieodmiennie związane. Nawet dziś, gdy nie miało już koloru oczu Geraldine. Było ciemnoszare, gdzieniegdzie granatowe, w paru miejscach poprzecinane bielą. Zawsze miało być jej.
Dlatego przez te wszystkie miesiące, praktycznie dwa lata, niemal ani razu nie odwiedził żadnej plaży. Tylko wtedy tamten jeden raz w Devon. Zresztą wcale nie tak daleko stąd. Później unikał widoku fal na bezkresnym horyzoncie. Zbyt mocno ściskało go w gardle i we wnętrzu piersi. Zupełnie tak, jakby dusił się stojąc na lądzie, jakby topił się, mimo wrażenia suchości w gardle.
Dobrze było wrócić. Usłyszeć znajomy szum i dźwięk głosu. Poczuć się ciepło, miękko, nawet jeśli zaraz zdecydowanie miało mu być chłodniej. Przynajmniej przez chwilę. Potem miał się dostosować. Bo był wydrą, czyż nie? Tak, pływał też równie dobrze. Cholernie lubił wodę. A jeszcze bardziej wyzwania.
Spojrzał na morze, na skałę z pojedynczym karłowatym krzewem, która wyglądała jak oko spoglądające na brzeg. Znajdowała się jakieś dwieście, może dwieście z kawałkiem (na oko, co nie?) metrów dalej.
- Kto pierwszy dopłynie do występki i dotknie pachruścia? - Machnięciem głowy wskazał na samotny karłowaty krzew rosnący na samym środku głazu.
Nawet z tej odległości mógłby pochwalić się znajomością botanicznej nazwy wspomnianego pachruścia. Nie tylko dlatego, że doskonale go widział. Również z uwagi na to, że już kiedyś uczestniczył w podobnych zawodach. Tyle tylko, że w tym momencie postanowił darować sobie bycie poprawnym. Zamierzał być wręcz zupełnym przeciwieństwem poprawnego.
Ton głosu Ambroisa krył w sobie zadziorność, wyzwanie, nieco prowokacji, ale przede wszystkim lekkość. Nie planował zostawać w ubraniach jak za ostatnim razem. Wtedy zrobili to dosyć impulsywnie i nieprzemyślanie, ale w zupełnie innym sensie. Byli w czymś w rodzaju zawieszenia, w szoku, jak zwał tak zwał. Teraz nareszcie okoliczności zdecydowanie bardziej przypominały te wszystkie lepsze lata.
Wiedział, że ma przewagę. Wiedział, że Geraldine w tym momencie może wyłącznie żałować, że wcisnęła się w te swoje obłędne, ale niezbyt praktyczne skórzane spodnie, które wymagały więcej niż jednego ruchu, by się ich pozbyć. Były stylowe? Owszem. Praktyczne? Może podczas polowań. Teraz ani trochę.
A on? On nie miał już nawet butów. W zasadzie był gotowy. Szanse były po jego stronie i zamierzał to wykorzystać. Bez chwili wahania zsunął z siebie płaszcz, nawet nie podnosząc się jeszcze z siadu. Chwilę później podciągnął się na nogi, ściągając sweter przez głowę w jednym płynnym ruchu. Następnie zajął się koszulą i koszulką. Tą pierwszą wyłącznie z rozpięciem kilku górnych guzików. Robiąc to tak sprawnie, jakby miał za sobą tysiące podobnych akcji.
Bo miał, czyż nie? Geraldine doskonale to wiedziała. Zdawała sobie sprawę z tego, że to właśnie w tym miejscu robił w młodości jedne z największych głupstw. Był przyzwyczajony do podobnych rywalizacji. Zdawał sobie sprawę z tego, gdzie morze było bardziej kamieniste. W którym miejscu pojawiał się nieoczekiwany uskok. Ile kroków dzieliło go od zajmowanej pozycji do punktu, w którym mógł zamoczyć się niemal po czubek głowy.
Przybywali tu razem przez parę ładnych lat. W końcu byli chrzestnymi Fabiana, przyjaciółmi Corneliusa. A jednak Ambroise miał znaczącą przewagę wynikającą z jeszcze bardziej zamierzchłych doświadczeń związanych z tą plażą. Może nie był bardzo pijany. Jeszcze nie. Ale zdecydowanie nie zamierzał brać jeńców. To była rywalizacja, nawet jeśli jeszcze nie ustalili nagrody w związku z wygraną.
Z pewnością mogli to zrobić później. Tym bardziej, że Yaxleyówna przecież powiedziała mu, że tego dnia zamierza być dla niego wyjątkowo łaskawa i spełniać wszystkie jego życzenia. Nie miał zamiaru z tego nie skorzystać. Szczególnie, że cokolwiek by zrobił, oboje z pewnością nie mieli być zawiedzeni. To miał być dobry dzień. Przede wszystkim ich. Tak naprawdę pierwszy niemal w pełni wspólny.
- Naprawdę powinnaś zainwestować w coś bardziej... ...zrywnego - rzucił przez ramię, całkowicie celowo nie korzystając ze słowa zwiewne, bo nie o to mu chodziło.
W tej samej chwili bezceremonialnie zerwał też s siebie bokserki i cisnął je w stronę Geraldine, zupełnie nie patrząc na to, gdzie polecą. Czy trafią prosto w nią, czy wiatr porwie je gdzieś daleko.
Moment później ruszył przed siebie. Serce waliło mu w piersi. Mocno i intensywnie, nie tylko z wysiłku. Bardziej od tego zrywu adrenaliny. Z powodu tego, że robił coś idiotycznego, coś dziecinnego, coś absolutnie cudownego. Takich rzeczy nie robiło się, kiedy było się rozsądnym dorosłym. Ale on nie miał ochoty być rozsądny. Nie przy niej. Nie teraz.
Chciał czuć każdą kroplę wody na skórze, każdy ruch mięśni, każdy podmuch chłodnej jesiennej bryzy, który rozwieje mu włosy na mokrej głowie. W powietrzu wisiała nuta beztroski, którą tak rzadko można było poczuć w codziennym życiu.
Nie oglądał się. Wiedział, że Geraldine będzie próbować nadrobić dystans, była zwinna i sprytna, nie zwykła zostawać w tyle. Nawet, jeśli spodnie ją spowalniały. Nawet, jeśli z początku mógł śmiało sugerować dziewczynie, że przegra wyścig... ...był pewien, że zamierzała znaleźć inny sposób na wygraną. Znał ją zbyt dobrze, by sądzić, że odpuści.
Wpadł do wody. Bez chwili wahania. Bez jednego źle postawionego kroku. Nie potknął się ani razu, zamiast tego rzucając się w lodowate morze. Kurewsko zimne, zimniejsze niż mógłby przewidzieć, ale... ...było warto. Zdecydowanie.
Aktywność fizyczna (III) - przebycie połowy dystansu, mimo zimna, pod fale, bez potrzeby zatrzymania się i wzięcia kilku oddechów
Odpowiedź też była jasna. Oczywiście, że myślał dokładnie o tym samym. Wiedział. Nie musiała mu tego mówić, nie musiała go do niczego przekonywać. Już wiedział, że zamierza wykorzystać ten moment. Nie później, nie kiedyś, nie po kilku głębszych, ale właśnie teraz, gdy wszystko idealnie się ku temu składało.
Nie istniała inna możliwość. Oczywiście, że zamierzał w pełni wykorzystać ten moment. Żadne teraz albo nigdy nie było mu potrzebne. Wystarczyło jedno spojrzenie, oddech zawieszony gdzieś pomiędzy słowem a czynem. Czuł to w powietrzu, w napięciu między ich ciałami, w tej ciszy przed czymś. Nie przed burzą. Teraz było lekko, zdecydowanie lżej. Za chwilę? Za moment mogło do tego zrobić się jeszcze całkiem zabawnie.
Posłał szelmowski uśmiech w kierunku dziewczyny. Z kategorii tych, które zwykle kończyły się zrobieniem czegoś głupiego, nieodpowiedzialnego albo nieprzyzwoicie... ...przyjemnego. Mrugnął teatralnie, trochę zuchwale a potem wypuścił Yaxleyównę z ramion, dając jej przestrzeń. Choć, czy aby na pewno tylko o to mu chodziło?
No niekoniecznie.
Po prostu zapewniał sobie lepszy start. Tym bardziej, że zdecydowanie nie zamierzał czekać aż jego dziewczyna skończy mówić o robieniu tego wszystkiego w tej chwili. Tak, być może kiedyś zdarzało mu się wskakiwać do wody całkowicie naprutym. Ba, skakał tak z klifów, celowo staczał się ze zbocza w ramach wyścigów zakończonych w wodzie.
Tyle tylko, że nie był już tym samym człowiekiem. A przynajmniej usiłował być trochę poważniejszy, bardziej odpowiedzialny. Z co najwyżej umiarkowanym skutkiem, mając na uwadze to, co właśnie planował zrobić, ale to już były detale. Ot. Drobne, nieznaczące szczegóły wynikające z tej nagłej potrzeby zrobienia czegoś zupełnie nieplanowanego.
Wystarczyło, że zobaczył ręczniki wciśnięte do kosza plażowego. Że spojrzał na Yaxleyównę a ona odwzajemniła jego spojrzenie. Zobaczył u niej dokładnie tę samą myśl. Nie mógł tego tak zostawić. Zresztą nie bez powodu w młodości określano go mianem wydry. Cholernie mocno lubił siedzieć w wodzie, choćby nawet chłodnej. Miał naprawdę mocną tolerancję na temperatury zbliżone do tej, jakie musiało mieć teraz morze.
Zresztą już nie raz wspólnie przecinali dużo chłodniejsze fale. Wtedy pod koniec maja, gdy pierwszy raz pojawili się w Whitby. Zanim jeszcze stało się ich prywatną cichą oazą. Albo choćby tydzień wcześniej, kiedy jeszcze nic nie było między nimi pewne, ledwo opuścili jaskinię demona i po kilku godzinach siedzenia na plaży, bez zbędnych słów znaleźli się w morzu, zmywając z siebie część tamtej piekielnej nocy.
Woda i bezkresny horyzont zawsze miały kojarzyć się Greengrassowi z jego dziewczyną. Nawet, jeśli jednocześnie kojarzył ją także z górami i lasem. Nawet, jeśli wśród drzew spędzali niemal tyle samo czasu, co na piasku, gdy w przeszłości zdarzało mu się towarzyszyć Yaxleyównie w jej wyprawach. Morze było z nią nieodmiennie związane. Nawet dziś, gdy nie miało już koloru oczu Geraldine. Było ciemnoszare, gdzieniegdzie granatowe, w paru miejscach poprzecinane bielą. Zawsze miało być jej.
Dlatego przez te wszystkie miesiące, praktycznie dwa lata, niemal ani razu nie odwiedził żadnej plaży. Tylko wtedy tamten jeden raz w Devon. Zresztą wcale nie tak daleko stąd. Później unikał widoku fal na bezkresnym horyzoncie. Zbyt mocno ściskało go w gardle i we wnętrzu piersi. Zupełnie tak, jakby dusił się stojąc na lądzie, jakby topił się, mimo wrażenia suchości w gardle.
Dobrze było wrócić. Usłyszeć znajomy szum i dźwięk głosu. Poczuć się ciepło, miękko, nawet jeśli zaraz zdecydowanie miało mu być chłodniej. Przynajmniej przez chwilę. Potem miał się dostosować. Bo był wydrą, czyż nie? Tak, pływał też równie dobrze. Cholernie lubił wodę. A jeszcze bardziej wyzwania.
Spojrzał na morze, na skałę z pojedynczym karłowatym krzewem, która wyglądała jak oko spoglądające na brzeg. Znajdowała się jakieś dwieście, może dwieście z kawałkiem (na oko, co nie?) metrów dalej.
- Kto pierwszy dopłynie do występki i dotknie pachruścia? - Machnięciem głowy wskazał na samotny karłowaty krzew rosnący na samym środku głazu.
Nawet z tej odległości mógłby pochwalić się znajomością botanicznej nazwy wspomnianego pachruścia. Nie tylko dlatego, że doskonale go widział. Również z uwagi na to, że już kiedyś uczestniczył w podobnych zawodach. Tyle tylko, że w tym momencie postanowił darować sobie bycie poprawnym. Zamierzał być wręcz zupełnym przeciwieństwem poprawnego.
Ton głosu Ambroisa krył w sobie zadziorność, wyzwanie, nieco prowokacji, ale przede wszystkim lekkość. Nie planował zostawać w ubraniach jak za ostatnim razem. Wtedy zrobili to dosyć impulsywnie i nieprzemyślanie, ale w zupełnie innym sensie. Byli w czymś w rodzaju zawieszenia, w szoku, jak zwał tak zwał. Teraz nareszcie okoliczności zdecydowanie bardziej przypominały te wszystkie lepsze lata.
Wiedział, że ma przewagę. Wiedział, że Geraldine w tym momencie może wyłącznie żałować, że wcisnęła się w te swoje obłędne, ale niezbyt praktyczne skórzane spodnie, które wymagały więcej niż jednego ruchu, by się ich pozbyć. Były stylowe? Owszem. Praktyczne? Może podczas polowań. Teraz ani trochę.
A on? On nie miał już nawet butów. W zasadzie był gotowy. Szanse były po jego stronie i zamierzał to wykorzystać. Bez chwili wahania zsunął z siebie płaszcz, nawet nie podnosząc się jeszcze z siadu. Chwilę później podciągnął się na nogi, ściągając sweter przez głowę w jednym płynnym ruchu. Następnie zajął się koszulą i koszulką. Tą pierwszą wyłącznie z rozpięciem kilku górnych guzików. Robiąc to tak sprawnie, jakby miał za sobą tysiące podobnych akcji.
Bo miał, czyż nie? Geraldine doskonale to wiedziała. Zdawała sobie sprawę z tego, że to właśnie w tym miejscu robił w młodości jedne z największych głupstw. Był przyzwyczajony do podobnych rywalizacji. Zdawał sobie sprawę z tego, gdzie morze było bardziej kamieniste. W którym miejscu pojawiał się nieoczekiwany uskok. Ile kroków dzieliło go od zajmowanej pozycji do punktu, w którym mógł zamoczyć się niemal po czubek głowy.
Przybywali tu razem przez parę ładnych lat. W końcu byli chrzestnymi Fabiana, przyjaciółmi Corneliusa. A jednak Ambroise miał znaczącą przewagę wynikającą z jeszcze bardziej zamierzchłych doświadczeń związanych z tą plażą. Może nie był bardzo pijany. Jeszcze nie. Ale zdecydowanie nie zamierzał brać jeńców. To była rywalizacja, nawet jeśli jeszcze nie ustalili nagrody w związku z wygraną.
Z pewnością mogli to zrobić później. Tym bardziej, że Yaxleyówna przecież powiedziała mu, że tego dnia zamierza być dla niego wyjątkowo łaskawa i spełniać wszystkie jego życzenia. Nie miał zamiaru z tego nie skorzystać. Szczególnie, że cokolwiek by zrobił, oboje z pewnością nie mieli być zawiedzeni. To miał być dobry dzień. Przede wszystkim ich. Tak naprawdę pierwszy niemal w pełni wspólny.
- Naprawdę powinnaś zainwestować w coś bardziej... ...zrywnego - rzucił przez ramię, całkowicie celowo nie korzystając ze słowa zwiewne, bo nie o to mu chodziło.
W tej samej chwili bezceremonialnie zerwał też s siebie bokserki i cisnął je w stronę Geraldine, zupełnie nie patrząc na to, gdzie polecą. Czy trafią prosto w nią, czy wiatr porwie je gdzieś daleko.
Moment później ruszył przed siebie. Serce waliło mu w piersi. Mocno i intensywnie, nie tylko z wysiłku. Bardziej od tego zrywu adrenaliny. Z powodu tego, że robił coś idiotycznego, coś dziecinnego, coś absolutnie cudownego. Takich rzeczy nie robiło się, kiedy było się rozsądnym dorosłym. Ale on nie miał ochoty być rozsądny. Nie przy niej. Nie teraz.
Chciał czuć każdą kroplę wody na skórze, każdy ruch mięśni, każdy podmuch chłodnej jesiennej bryzy, który rozwieje mu włosy na mokrej głowie. W powietrzu wisiała nuta beztroski, którą tak rzadko można było poczuć w codziennym życiu.
Nie oglądał się. Wiedział, że Geraldine będzie próbować nadrobić dystans, była zwinna i sprytna, nie zwykła zostawać w tyle. Nawet, jeśli spodnie ją spowalniały. Nawet, jeśli z początku mógł śmiało sugerować dziewczynie, że przegra wyścig... ...był pewien, że zamierzała znaleźć inny sposób na wygraną. Znał ją zbyt dobrze, by sądzić, że odpuści.
Wpadł do wody. Bez chwili wahania. Bez jednego źle postawionego kroku. Nie potknął się ani razu, zamiast tego rzucając się w lodowate morze. Kurewsko zimne, zimniejsze niż mógłby przewidzieć, ale... ...było warto. Zdecydowanie.
Aktywność fizyczna (III) - przebycie połowy dystansu, mimo zimna, pod fale, bez potrzeby zatrzymania się i wzięcia kilku oddechów
Rzut Z 1d100 - 84
Sukces!
Sukces!
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down