20.05.2025, 18:47 ✶
Hannibal ukłonił się, szeroko uśmiechnięty, słysząc słowa pochwały od kuzyna. Podniósł z podłogi wyczarowane rekwizyty i potrząsnął nimi na próbę. Brzęczały złowrogo, gotycko i dokładnie tak, jak powinny brzmieć łańcuchy będące na wyposażeniu ducha.
- Dzięki. Ćwiczyłem przed lustrem - powiedział tonem żartu, ale tak właśnie było, Hannibal miał nadzieję, że sąsiedzi na tyle przywykli do dźwięków dochodzących z jego mieszkania o różnych porach, że nie będą się skarżyli na jego próbny złowieszczy śmiech. Tym bardziej, że w przypływie empatii powstrzymał się od ćwiczeń w godzinach nocnych.
- Jeszcze straszniej, tak? - to brzmiało jak wyzwanie. Szybko przemyślał swoje opcje. Planował odpowiednio mroczny makijaż, ciemne cienie dookoła oczu, bladą skóra…
Wrócił za kulisy, skrył się w cieniu i narzucił kaptur szaty na głowę. Pozwolił łańcuchom opaść na ziemię. Lekkie, ale realistycznie brzmiące, nawet trochę lepiej, niż prawdziwe, ciekawe, jak Jonathan to zrobił.
Teraz, kiedy opadł z niego pierwszy stres związany z tą próbą, do Hannibala dotarło niejasne wrażenie, że Jonathana coś gryzie. Wyglądał, jakby nie spał za dobrze. Niby śmiał się, udzielał porad, ale jego oczy były podkrążone, a młodszemu Selwynowi nie umknęło ciężkie westchnienie, jakie wydał wchodząc na salę teatralną. Wśród czarodziejów krążyły różne pogłoski na temat jego życia prywatnego, ale Hannibal dzielił je na dwoje, a niekiedy i na czworo. Raz, że dobrze wiedział, ile warte są plotki, a dwa, że kto jak kto, ale Jonathan potrafił mistrzowsko wyprowadzić opinię publiczną w pole.
Zagadnienie na później. Teraz Martynka i Duchy.
Jak by to ugryźć…
Był duchem. Starym jak sam Merlin, nawiedzającym mury szkoły bez możliwości ucieczki, obrabowanym że swego artefaktu.
Wyszedł ponownie na scenę. Tym razem szedł powoli, zgrzyt metalowych ogniw ciągniętych po parkiecie niósł się po sali. Mogłyby być nawet trochę cięższe, pomyślał.
Stanął w plamie światła w centrum sceny, nadal nie pokazując twarzy, w ciężkim milczeniu. Odliczył do trzech, nim zaczął deklarować pierwsze wersy. Dopiero pod koniec, gdy już miał się roześmiać, uniósł dłoń do kaptura, powoli, starając się zbudować napięcie. Odrzucił materiał z twarzy przy brzegu łańcuchów i dodał pół tonu głośności i jeszcze szczyptę szaleństwa do swojego rechotu. Potrząsnął łańcuchami, klasyczny patent ducha z horroru. I nagle…
Był aktorem, który grał ducha. Był tym fajnym, szurniętym wujkiem, który udaje straszydło, by dzieci mogły udawać, że się go boją i z piskiem i chichotem chować się pod łóżko.
- I jak? Boicie się?
Był ulubionym (jak lubił o sobie myśleć) kuzynem Jonathana i dlatego teraz wykorzystał okazję, by mu się uważnie przyjrzeć, poszukując potwierdzenia swoich wcześniejszych podejrzeń.
- Dzięki. Ćwiczyłem przed lustrem - powiedział tonem żartu, ale tak właśnie było, Hannibal miał nadzieję, że sąsiedzi na tyle przywykli do dźwięków dochodzących z jego mieszkania o różnych porach, że nie będą się skarżyli na jego próbny złowieszczy śmiech. Tym bardziej, że w przypływie empatii powstrzymał się od ćwiczeń w godzinach nocnych.
- Jeszcze straszniej, tak? - to brzmiało jak wyzwanie. Szybko przemyślał swoje opcje. Planował odpowiednio mroczny makijaż, ciemne cienie dookoła oczu, bladą skóra…
Wrócił za kulisy, skrył się w cieniu i narzucił kaptur szaty na głowę. Pozwolił łańcuchom opaść na ziemię. Lekkie, ale realistycznie brzmiące, nawet trochę lepiej, niż prawdziwe, ciekawe, jak Jonathan to zrobił.
Teraz, kiedy opadł z niego pierwszy stres związany z tą próbą, do Hannibala dotarło niejasne wrażenie, że Jonathana coś gryzie. Wyglądał, jakby nie spał za dobrze. Niby śmiał się, udzielał porad, ale jego oczy były podkrążone, a młodszemu Selwynowi nie umknęło ciężkie westchnienie, jakie wydał wchodząc na salę teatralną. Wśród czarodziejów krążyły różne pogłoski na temat jego życia prywatnego, ale Hannibal dzielił je na dwoje, a niekiedy i na czworo. Raz, że dobrze wiedział, ile warte są plotki, a dwa, że kto jak kto, ale Jonathan potrafił mistrzowsko wyprowadzić opinię publiczną w pole.
Zagadnienie na później. Teraz Martynka i Duchy.
Jak by to ugryźć…
Był duchem. Starym jak sam Merlin, nawiedzającym mury szkoły bez możliwości ucieczki, obrabowanym że swego artefaktu.
Wyszedł ponownie na scenę. Tym razem szedł powoli, zgrzyt metalowych ogniw ciągniętych po parkiecie niósł się po sali. Mogłyby być nawet trochę cięższe, pomyślał.
Stanął w plamie światła w centrum sceny, nadal nie pokazując twarzy, w ciężkim milczeniu. Odliczył do trzech, nim zaczął deklarować pierwsze wersy. Dopiero pod koniec, gdy już miał się roześmiać, uniósł dłoń do kaptura, powoli, starając się zbudować napięcie. Odrzucił materiał z twarzy przy brzegu łańcuchów i dodał pół tonu głośności i jeszcze szczyptę szaleństwa do swojego rechotu. Potrząsnął łańcuchami, klasyczny patent ducha z horroru. I nagle…
Był aktorem, który grał ducha. Był tym fajnym, szurniętym wujkiem, który udaje straszydło, by dzieci mogły udawać, że się go boją i z piskiem i chichotem chować się pod łóżko.
- I jak? Boicie się?
Był ulubionym (jak lubił o sobie myśleć) kuzynem Jonathana i dlatego teraz wykorzystał okazję, by mu się uważnie przyjrzeć, poszukując potwierdzenia swoich wcześniejszych podejrzeń.