20.05.2025, 23:16 ✶
Byłby Woody uściskał Brennę nawet i mocniej, lecz hamowała go obawa, że tę ze wszech stron poobijaną brygadzistkę tylko takim uściskiem skrzywdzi. Trudno też powiedzieć, aby Spalona Noc zostawiła w nim resztki dziarskiej krzepy, aby je wykorzystać na podobne wylewności. Tarpaulin był raczej przygaszony.
— Masz rację. Wiadomo, że dałaś. Ty przecież zuch-dziewczyna jesteś — pochwalił, jakby stała przed nim znów mała dziewczynka, z którą właśnie skończył kolejny sparing dla zabawy.
Oboje mieli szczęście, a z relacji Brenny wynikało, że nie tylko oni, lecz i znaczna część Zakonu Feniksa wyszła z tego mniej lub bardziej cało. A przynajmniej wynikało na ten moment, bo choć Woody bardzo chciał, aby sam fakt, że wymienione osoby były przez Brennę widziane, ocalił je od złego, to czarodziej nie potrafił w pełni odgonić od siebie wszystkich wątpliwości.
— Ciężka noc. A dzień będzie pewnie niewiele lżejszy — podsumował tylko swoje obawy, kiwając nieobecnie głową. Myślami był już przy wywieszanych masowo listach osób zaginionych, przy rozgrzebywaniu gruzów w poszukiwaniu zwłok, przepełnionych szpitalach i desperackim rozgrzebywaniu popiołów w poszukiwaniu czegokolwiek, co by ocalało. — Jest… — W przeciwieństwie do Brenny nie był w stanie tak szybko wypluwać zdań; zmęczenie i alkohol sączyły z niego słowa powoli i opornie. — Nie jest źle. Raniło Asenę, ale był u niej uzdrowiciel. Będzie — przełknął ciężko ślinę, gdy gorzkie wspomnienie wróciło z pełną mocą — będzie z nią podobno dobrze.
Żyła i była stabilna, dalej sobie poradzi. Była twardą babą z Nokturnu, to nie był pierwszy raz, gdy musiała lizać rany. A nawet nie pierwszy w ciągu ostatniego miesiąca.
— Możemy sprawdzić resztę. Jest ich… na dole… trochę… mugolaków z Nokturnu — powiedział bez większego entuzjazmu, bo zdążyli mu już oni wszyscy po kolei zajść za skórę. Niestety, nie wszyscy awanturnicy rozumieli, co to znaczy: dla waszego dobra. — Chodź.
Woody wziął Brennę pod ramię — to prawe, które nie było aż tak ubabrane krwią — i teleportował się z nią na drugi poziom piwnicy, gdzie wcześniej zorganizowali z Jonathanem kryjówkę.
Wszystkie graty zsunięto pod ściany, szczególną uwagę poświęcając zastawieniu drzwi — nie było możliwości, że ktoś zbłąkany z zewnątrz przez przypadek je uchyli; do środka dało się jedynie teleportować. Cuchnące pleśnią i wilgocią pomieszczenie oświetlały pojedyncze lewitujące lampioniki. W centrum piwniczki skupiło się wokół zaimprowizowanego stołu ze stosu skrzynek dwóch wytatuowanych, łysych oprychów, aby grać w karty. Ci siedzieli na kufrach, obok nich inny mężczyzna pochrapywał w nabitym kurzem fotelu. Jednego trzeba było związać, aby przestał demolować piwnicę i się awanturować; teraz leżał pod ścianą i patrzył na przybyłych spod byka. Znalazła się wśród tej zgrai również tęga, stara dama o jadowitym spojrzeniu.
— Masz rację. Wiadomo, że dałaś. Ty przecież zuch-dziewczyna jesteś — pochwalił, jakby stała przed nim znów mała dziewczynka, z którą właśnie skończył kolejny sparing dla zabawy.
Oboje mieli szczęście, a z relacji Brenny wynikało, że nie tylko oni, lecz i znaczna część Zakonu Feniksa wyszła z tego mniej lub bardziej cało. A przynajmniej wynikało na ten moment, bo choć Woody bardzo chciał, aby sam fakt, że wymienione osoby były przez Brennę widziane, ocalił je od złego, to czarodziej nie potrafił w pełni odgonić od siebie wszystkich wątpliwości.
— Ciężka noc. A dzień będzie pewnie niewiele lżejszy — podsumował tylko swoje obawy, kiwając nieobecnie głową. Myślami był już przy wywieszanych masowo listach osób zaginionych, przy rozgrzebywaniu gruzów w poszukiwaniu zwłok, przepełnionych szpitalach i desperackim rozgrzebywaniu popiołów w poszukiwaniu czegokolwiek, co by ocalało. — Jest… — W przeciwieństwie do Brenny nie był w stanie tak szybko wypluwać zdań; zmęczenie i alkohol sączyły z niego słowa powoli i opornie. — Nie jest źle. Raniło Asenę, ale był u niej uzdrowiciel. Będzie — przełknął ciężko ślinę, gdy gorzkie wspomnienie wróciło z pełną mocą — będzie z nią podobno dobrze.
Żyła i była stabilna, dalej sobie poradzi. Była twardą babą z Nokturnu, to nie był pierwszy raz, gdy musiała lizać rany. A nawet nie pierwszy w ciągu ostatniego miesiąca.
— Możemy sprawdzić resztę. Jest ich… na dole… trochę… mugolaków z Nokturnu — powiedział bez większego entuzjazmu, bo zdążyli mu już oni wszyscy po kolei zajść za skórę. Niestety, nie wszyscy awanturnicy rozumieli, co to znaczy: dla waszego dobra. — Chodź.
Woody wziął Brennę pod ramię — to prawe, które nie było aż tak ubabrane krwią — i teleportował się z nią na drugi poziom piwnicy, gdzie wcześniej zorganizowali z Jonathanem kryjówkę.
Wszystkie graty zsunięto pod ściany, szczególną uwagę poświęcając zastawieniu drzwi — nie było możliwości, że ktoś zbłąkany z zewnątrz przez przypadek je uchyli; do środka dało się jedynie teleportować. Cuchnące pleśnią i wilgocią pomieszczenie oświetlały pojedyncze lewitujące lampioniki. W centrum piwniczki skupiło się wokół zaimprowizowanego stołu ze stosu skrzynek dwóch wytatuowanych, łysych oprychów, aby grać w karty. Ci siedzieli na kufrach, obok nich inny mężczyzna pochrapywał w nabitym kurzem fotelu. Jednego trzeba było związać, aby przestał demolować piwnicę i się awanturować; teraz leżał pod ścianą i patrzył na przybyłych spod byka. Znalazła się wśród tej zgrai również tęga, stara dama o jadowitym spojrzeniu.
piw0 to moje paliwo