Obumarłe tkanka miała to do siebie, że nie słuchała co się do niej mówi. Po śmierci wszystko przestawało mieć znaczenie, po co więc komuś służyć. Oswojona ze śmiercią Ambrosia, często za nic miała jego podłość i gwałtowność. Jak nastraszyć kogoś kto z usposobienia był niczym jak przeciętny rozmówca mistrza Polikarpa. Nie straszne Limbo jeśli nic nie wiąże cię na stałe z tym światem. Jedyne co mogło mieć dla niej wartość, nie zjawiło się nawet sprawdzić, czy jest bezpieczna. Bo to nawet nie miłość, nawet nie obietnica miłości, ale stłumione jej echo z oddali.Zginąć jednak nie mogła. Była zbyt śliczna na śmierć. Nie odda przecież tak łatwo swojej ulubionej laleczki na przeminięcie. Zuchwałym gestem mógł sobie przypisywać cudze zasługi, bo to nie jego decyzją spirytualistyczne utensylia nie stały teraz w płomieniach. Niemniej jednak, to on jako pierwszy zjawił się pod tym dachem. Nie jako obrońca, nawet nie jako agresor w zamyśle. On sam jako symbol, chociaż twarz przysłaniał mu kolejny. Pollice verso. Kolejny raz uświadomić jej o co jest gra. Kolejny raz przegrała własną śmierć, a on wygrał jej życie. I to będzie największa kara za wszystkie grzechy. Jej grzechy, jego grzechy i tego trzeciego. Żyła prawie jakby nie była nawet jedną osobą, za to cierpieć może za trzy. Cierpieć, bo zmuszona do egzystencji, której nie mogła zdzierżyć.
Tak jak on nie mógł zdzierżyć jej zuchwalstwa. To nic nowego w jej zachowaniu, doprowadzanie go do furii. Nic nowego pomiatanie nią, traktowanie jak barachło. Mimo to, tak to właśnie działało. Starej suki nie nauczysz nowych sztuczek. Brakło mu słów na jej bezeceństwa. Jak bardzo trzeba było pragnąć śmierci, by kpić z tego kto się nią posilał. Zajadać się cudzą męką to misja, którą dostał tak jak kilku innych. Tych których teraz wyśmiewała, znieważała. To również jej przyjaciele, stróżowie nie tylko w noc jak ta, ale również za dnia. Wiedziała o tym, czy nie, nie miało to znaczenia. Nie miała prawa wyrażać się w ten sposób o jego szeregach. Tych za którymi stała z zapleczem swojej służby.
- Smutna dziewczyna, która przystała do smutnych chłopców. Odrzucił zjadliwie w tym samym kpiącym tonie. - Jesteś nasza, jesteś taka jak my. Nie ważne jak bardzo będziesz zaklinać rzeczywistość. Dodał opryskliwie jak tylko mógł. Krzyczała jakby wcale nie była tego wszystkiego częścią. Nie miało to znaczenia w jaki sposób znalazła się między nimi, co do tego doprowadziło. Zgodziła się. Przystała na to wiedząc jaką siłę reprezentuje Lestrange. I to bez przykładania różdżki do głowy. Mówiąc te zdania jednocześnie ciągnął jej głowę raz w lewo, raz w prawo, cały czas przyciskając jej twarz do witryny gabinetu. Obserwował jak jej makijaż rozmazuje się na szybie. Ślad ust odbity ciemną szminką wyglądał piękniej niż zwykle, kiedy w końcu jakaś emocja pojawiała się w tej pustej formie. Podekscytowany w swojej złości, robił sobie pożywkę z jej kruchości, tego jak bardzo była przed nim bezbronna. W końcu szarpnął raz. Mocno, nie przejmując się już czy garść jej blondu zostanie mu w garści. Zmusił jej ciało, by zatoczyła się przez środek pomieszczenia. Poszedł za nią, ciężkim butem przyciskając na łydkę, by przypadkiem nie próbowała stanąć na nogi, albo nawet uciec.
- Chyba musisz nieco ochłonąć. Rzucił, a ton jego przeczesany był sarkastycznym uniesieniem w swojej diabelskości. Ze stolika obok pochwycił butelkę wina. Przyjrzał się najpierw etykiecie. Co takiego mógł pić ubogi parias z Nokturnu? Nazwa nie mówiła mu nic, bo na tanich sikaczach się nie znał. Znał tylko to co drogie, wystawne i bardzo drogie. Uniósł lekko brew, ale spróbował zaryzykować. Nie wiedział czego właściwie się spodziewał, ale wino było cierpkie, lecz w ten paskudny i odpychający sposób. Wytrawne było nie przez szlachetny dobór owoców i aromatów, ale przez cięcie kosztów w produkcji. Wykrzywił się i wypluł to co zbrukało jego podniebienie. Prosto na głowę zabaweczki. W tej samej chwili poczuł uderzającą w niego falę podniecenia, bo czuł, że to co robił było złe. Zerwał z tego samego stolika materiał, który miał zasłaniać wszystkie dziury, obicia i niedoskonałości drewna, z którego został wykonany mebel. Rzucił go na twarz swojej zwolenniczki. Przysiadł na nią, dociskając do podłogi. Wierzgające ręce, którymi chciała się przed nim bronić, łapał, a potem wykręcał boleśnie. To i tak na nic, wobec tego co sobie wymyślił. W końcu przechylił butelkę nad jej twarzą, zmuszając by przez materiał obrusu zamaskowała swojego wina. Całą butelkę, rozciągniętą w długiej chwili, by odebrać jej oddech, który i tak tylko marnowała na kalanie tego czemu powinna służyć. Dopiero kiedy zobaczył jak ostatnia kropla ścieka z gwintu butelki, zszedł z niej i stanął obok napawając się widokiem jej upadłości.