• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[11.09.72] Teatr dla gojów

[11.09.72] Teatr dla gojów
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#1
23.05.2025, 14:05  ✶  

Tak pięknej jesieni jeszcze nie widział w Londynie. Potworna pożoga strawiła to miasto do cna. Strawiła tak mocno, że nawet Sekwana przestała cuchnąć jak zwykle. Zamiast tego nad ulicami i kamienicami unosił przyjemnie łechcący podniebienie swąd spalenizny. Szacowanie strat wciąż jeszcze trwało, ale w trzecią dobę po katastrofie ginęła ostatnia nadzieja na odnalezienie tych którzy zaginęli. Szanse na przeżycie pod gruzami budynków drastycznie spadały z godzinę na godzinę. Temu komu nie udało się do tej pory wrócić do domu, już raczej się to nie uda. O ile taki ktoś miał chociaż do czego wracać. Na przykład tacy bracia Mulciber. Jeden nie mógł, bo tak się składało, że umarł jeszcze zanim ogień spadł na ich dom. Za to obydwoje z podobnych przyczyn mieli to zadanie utrudnione, bo jak wieść gminna niesie wewnątrz ich domostwa zaczęło straszyć. Szkoda, bo Lestrange z miłą chęcią oglądałby pustą przestrzeń po zabudowie w miejscu rezydencji. A tak, no cóż, trzeba się było cieszyć tym co jest. W spaloną noc nawet przez drobną sekundę pomyślał, że może nie głupim pomysłem byłoby ocalić przed ogniem i jego skutkami gniazdo Mulciberów w Londynie, głównie ze względu na świeżo zawiązaną współpracę z Lorien. Ale ostatecznie dostał nudności od rozważania, czy pomóc jakiemuś Mulciberowi, więc zaniechał.

Nie jego cyrk, nie jego małpy. Co jednak nie znaczyło, że zamierzał odpuścić sobie przyjemny dla oka widok krzywdy Mulciberskiej. Tak też zrobił, chociaż plan na ten dzień miał nieco bardziej złożony. Bo zaraz po oględzinach zwęglonego dachu i nawet wybitej szyby czy może dwóch, zamierzał złożyć wizytę u jednej z najstarszych przedstawicielek tego zacnego rodu. Na szczęście przybytek Philomeny wydawał się być względnie nienaruszony. Może odrobinę bez taktu, bo bez zapowiedzi, jednak złożył wizytę. Zapukał, przedstawił się służbie domowej w postaci skrzatów, grzecznie zaczekał na to, czy zostanie przyjęty. Wszystko wciąż w dobrym tonie, według staroangielskich utartych schematów zachowawczych. Jakby zupełnie pod swoją Zimną skórą nie życzył tej maści wszystkiego co najgorsze. Tak jakby ani trochę nie życzył im tego samego losu który spotkał podobnie im wymierające gatunki.

- Madame. Odezwał się akcentując niczym francuska emigracja w Londynie. Odezwał się dopiero, kiedy skrzat zapowiedział jego wejście do gabinetu. Ukłonił się przy tym tak jak należało, z należytym szacunkiem jaka wymagała od niego sytuacja, względem wiekowej czarownicy wysokiego rodu. Nie dlatego, że się jej należała, ale jak zwykle w takich sytuacjach chodziło o wkład własny w wyuczone maniery. O tym z jakiego domu pochodził i czego go tam w nim nauczono. Wyprostował się w końcu po krótkiej chwili zastygnięcia w respektującym geście. Stał obok drzwi, bo jeszcze nie usłyszał zaproszenia do stolika. Za to ściągnął rękawiczki, bo zwykle nie nosił nakrycia głowy. Zaczął mówić dopiero kiedy dostrzegł spojrzenie pani starszej. Zwykle to gospodarz zaczynał rozmowę, ale w tej sytuacji to on miał tutaj swój interes.

- Dziękuję za przyjęcie. Najszczersze wyrazy współczucia z powodu strat w rodzinie. Pierwsza minuta ich spotkania, a już pierwsze kłamstwo mieli za sobą. Jedyne czego mógł jej współczuć to pikującej w dół pozycji ich nazwiska, ale tego w głos nie powie, bo jeszcze nawet nie przeszedł do sedna. - Proszę wybaczyć, że bez zapowiedzi, ale dosłownie przed chwilą wpadło mi ręce, coś co wydaje mi się należy do Państwa. Zaczął od krótkiego wytłumaczenia swojego nagłego najścia. Mówił głosem stonowanym, spokojnym. Ładnie akcentując zwroty bezpośrednie, niczym grzecznie wyuczony chłopiec. Z kieszeni marynarki wyjął monetę. Złoty galeon, który z przodu wydawał się niczym nie różnić od tego, który wydają w banku Gringotta. Z tyłu jednak posiadał naniesiony symbol białej róży Yorkshire. Kwiat otaczał wygrawerowany w złocie napis, a raczej łacińską sentencję ”Semel heres Semper heres”.

- Na zbiegu ulic Horyzontalnej i Nokturnu, bezzębny nędzarz próbował sprzedać ją za garść sykli, bo jak twierdził nie chcieli wymienić mu ją u Gringotta. Zarzekał się, że to pamiątka rodowa czystej krwi. Nie zwróciłbym pewnie na to uwagi, ale ta biała róża przykuła moją uwagę... Dookreślił w końcu. W tym momencie całą swoją energię poświęcił jednak, żeby nie uśmiechnąć się teraz szyderczo, nawet na mikrosekundę. Ciężko nie uśmiechać się z satysfakcji, kiedy pod płaszczykiem dobrych manier właśnie przekłuwał ostrą szpilką cały ten nadmuchany balonik górnolotnych manier. W jednej mowie składał wyrazu zaniepokojenia uszczerbkiem na majątku oraz śmiercią jednego z członków rodziny, by na jej końcu sugerować nabycie ich ruchomości dziedzicznej na brudnej ulicy. Dobrze wiedział z kim gra, więc czy mądrym było zaczynanie spotkania z tak silną personą w jej własnej skali od zuchwałego bezeceństwa? Absolutnie nie. Ale był to mocny sygnał. Zaproszenie do gry. Jeszcze tego nie przedstawił konkretnie, ale przyszedł tutaj, aby ubić interes. A do tego w pierwszej kolejności potrzebował jej zainteresowania.

Cała zabawa jednak tkwiła w samym przedmiocie, który ze sobą przyniósł. Być może i zasugerował, że przez wewnętrzne konflikty w rodzinie nie dopilnowani swoich interesów, przez co takie pamiątki rodowe właśnie, można było kupić na ulicy niczym turystyczne utensylia. Tylko być może. To wciąż jednak bajka grubymi nićmi szyta, biorąc pod uwagę, że budynek nadal stał, tylko zrobił się o wiele mniej gościnny. Gdyby jednak potraktować jego słowa jako faktyczny przytyk, wciąż było to niestety lekko bezpodstawne. Bowiem moneta ta, owszem była prawdziwa, ale nigdy nie znalazła się w domu Mulciberów, chociaż kiedyś należała do Roberta. Louvain znalazł ją w Kromlechu, kiedy gabinet Lewej Ręki Czarnego Pana przeszedł pod jego jurysdykcję. Schowana na dnie szuflady, miała za sobą ponad 30 letnią historię. Był to prezent od Lorda Voldemorta dla Roberta jeszcze za czasów szkolnych. Robert jako nieliczna garstka znał ich wspólnego Pana jeszcze, kiedy ten nazywał się Tom Riddle. Już wtedy czarnoksiężnik przyciągał do siebie wiernych przyjaciół. Robert za swoją wierność został odznaczony właśnie tym podarkiem, który był interesujący na wielu poziomach. Przede wszystkim złota moneta, bowiem mowa była srebrem, lecz milczenie złotem. Robert chociaż sporo wiedział i mógł mówić, nie wydał nikomu sekretów Toma w czasach otwarcia komnaty tajemnic. Biała róża Yorkshire znalazła się na niej, bowiem Mulciber podzielił się swoją historią o napiętej sytuacji rodzinnej. Tom chciał zaznaczyć, że w jego oczach to właśnie linii Roberta należy się najczystszy kwiat Yorkshire z którego przecież pochodziła jego rodzina. Sama łacińska dewiza podkreślała to co ich łączy, czyli fakt, że oboje byli spadkobiercami, czy komuś się to podobało, czy nie.

Zastanawiał się przez jakiś czas co powinien zrobić z rzeczami po Robercie, które zastał w komnacie Lewej Ręki. Z własnej krnąbrności i uwielbienia do Czarnego Pana wolał je zachować, bo każda z tych rzeczy była w mniejszym, lub większym stopniu powiązana ze najważniejszą sprawą. Z drugiej jednak to wciąż rzeczy po Mulciberskiej gadzinie, w dodatku zdradzieckiej. Ten sam dzień, który był upadkiem Roberta w organizacji, jednocześnie stał się dniem wyniesienia dla Lestranga. Z innej strony, z przyzwoitości mógłby oddać te rzeczy jego bratu albo chociaż wdowie. Jednak tak jak już wspominane było wcześniej, od dobrych uczynków dostawał nudności, zwłaszcza tych wystosowanych w kierunku rodu z Yorkshire. Ostatecznie jednak doszedł do wniosku, że ukryte przed światem i słońcem gdzieś w podziemiach Kromlechu nikomu w niczym nie pomogą. Na pewno nie jemu. A tak to proszę. Jednym ruchem mógł odegrać scenkę troski o dobre imię “sojuszniczego” rodu oraz wbić szpileczkę złośliwości tam, gdzie akurat najbardziej mu odpowiadało. Nie miało już znaczenia, czy przyjmie ten złoty krążek, swoje szelmostwo wsadził już tam gdzie potrzebował.


// Tak sobie wyobrażam monetę.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Louvain Lestrange (5040), Philomena Mulciber (4671)




Wiadomości w tym wątku
[11.09.72] Teatr dla gojów - przez Louvain Lestrange - 23.05.2025, 14:05
RE: [11.09.72] Teatr dla gojów - przez Philomena Mulciber - 10.06.2025, 16:32
RE: [11.09.72] Teatr dla gojów - przez Louvain Lestrange - 07.07.2025, 12:04
RE: [11.09.72] Teatr dla gejów - przez Philomena Mulciber - 22.07.2025, 16:23
RE: [11.09.72] Teatr dla gojów - przez Louvain Lestrange - 03.08.2025, 01:53
RE: [11.09.72] Teatr dla gnojów - przez Philomena Mulciber - 30.08.2025, 23:47
RE: [11.09.72] Teatr dla gaijinów - przez Louvain Lestrange - 08.09.2025, 00:51
RE: [11.09.72] Teatr dla gojów - przez Philomena Mulciber - 16.10.2025, 16:58
RE: [11.09.72] Teatr dla gojów - przez Louvain Lestrange - 07.01.2026, 20:24
Teatr dla gejów, gojów, gnojów, gaijinów i wszystkich was niewymienionych z imienia - przez Philomena Mulciber - 27.01.2026, 22:52
RE: [11.09.72] Teatr dla gojów - przez Louvain Lestrange - 17.03.2026, 00:07
RE: [11.09.72] Wpisuje się do programu to, co idiota zrozumie - przez Philomena Mulciber - 08.04.2026, 16:53

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa