24.05.2025, 01:18 ✶
Gdyby Woody mógł podsłuchiwać myśli swojej zwierzęcej towarzyszki, wzruszyłby się zapewne poziomem oddania tego malutkiego fretkowego umysłu. A przynajmniej w pierwszej chwili. W drugiej pojawiłoby się zaniepokojenie, bo przecież nie znali się wcale tak długo. Może i Tarp we krwi miał przytulanie do serca zbłąkanych istot, lecz równie dobrze Keyleth mogłaby trafić na kogoś o wiele mniej szlachetnego od niego i skończyć o wiele gorzej. Należałoby w takim razie przeprowadzić poważną rozmowę wychowawczą o tym, jak i kogo obdzielać swoim zaufaniem.
Obecność drugiej istoty — szczególnie tak ciepło do niego usposobionej — podnosiła czarodzieja mimowolnie na duchu. Nie doskwierała mu dzięki futrzastej towarzyszce samotność wśród strachów spalonej nocy na Nokturnie. Tu wszystko i na co dzień było jakby mroczniejsze niż w innych dzielnicach Londynu, więc teraz tym bardziej liczyła się kojąca obecność dobrej duszy. Niepokój o los niewinnej fretki zawiniętej wokół jego karku stanowił również do pewnego stopnia hamulec dla porywczych, agresywnych zapędów. Nie mógł rzucić się bezmyślnie w paszczę chaosu, gdy ona znajdowała się pod jego opieką (bo tak właśnie wyglądało to w mniemaniu Woody'ego). Kroczył więc zachowawczo wzdłuż ulicy, wypisując najważniejsze informacje w dziewczyńskim kajeciku. Pomponik rytmicznie odbijał się od wielkiej, brudnej łapy podczas sporządzania owej notateczki — skrótowej i metodycznej, jakby Clemens Longbottom znów był detektywem na miejscu zdarzenia, agregującym surowe dane dla celów późniejszego sporządzenia raportu.
Obserwowanie tych rozmiarów tragedii było przytłaczające, lecz Woody Tarpaulin nie zamierzał dać się sparaliżować poczuciu beznadziei. Kusiła go wygoda poddania się i popłynięcia z prądem zbiorowej paniki, gdy z każdej strony uderzała zatrważająca ludzka tragedia, a w miejsce jednego ugaszonego przez ochotników budynku, zaczynały płonąć trzy dookoła niego, kpiąc z ich marnych wysiłków. Mijając pierwsze skupiska pożarów, Woody nieomal nie przyłączył się do pomocy tym, którzy próbowali je dogaszać. Rwało go, aby przebić się przez każdy mijany tłumek zgromadzony wokół tych cudem wydobytych lokatorów spalonych mieszkań i samemu upewnić się, czy przeżyli i czy czegoś im nie trzeba. Gdyby ktoś był tam osamotniony i w opałach, zapewne czarodziej zatrzymałby się bez wahania. Gdy widział innych ludzi stłoczonych wokół tych tragedii, nie czynił przy nich dodatkowego zamieszania. Nie był uzdrowicielem, nie miał niczego, co mógłby im zaoferować, a gapiów przecież było pod dostatkiem. Parł do przodu, a rytmu temu spacerowi nadawały odliczane prędko w myślach numery obserwowanych budynków. W akompaniamencie fretkowych pisków cyfry wyłaniały się z trzymającą go przy zdrowych zmysłach regularnością spomiędzy kakofonicznej warstwy krzyków, trzaskania ognia i huku walących się szkieletów nokturńskiej zabudowy.
Tarpaulin czuł lęk przytulonego do siebie zwierzątka, a więc — aby go zrównoważyć — starał się emanować oszukańczą pewnością siebie, lecz jego kark i barki były ewidentnie pospinane, wyczekujące nagłego, bezpośredniego ataku. Co jakiś czas przy tym mężczyzna podnosił rękę z długopisem i smyrał wierzchem dłoni miękkie futerko — po części, aby dodać fretce otuchy; po części, aby upewnić się, że wciąż tam jest — cała i zdrowa, podąża wraz z nim w noc.
Gdy Keyleth pociągnęła go za kołnierz, natychmiast zareagował. Zatrzymał się w pół kroku, odwrócił i zobaczył okutanego w czarny płaszcz zbója, który zwrócił uwagę jego towarzyszki.
— Cwana bestyjka — skomentował niespodziewaną interwencję ze strony zwierzątka, po czym schował notesik do wewnętrznej kieszeni kurtki i natychmiast skierował swoje kroki w stronę owego mężczyzny. Po tym ruchu ze strony Keyleth Tarp nie miał już prawie żadnych wątpliwości co do tego, że nie niesie na swoim karku pierwszego lepszego futrzaka. Nie zastanawiał się jednakże dłużej nad tym, czy to magiczne zwierzę, czy też zmiennokształtny.
Bo przed nim znalazł się obrzydliwy skurwysyn.
Nie był to może Śmierciożerca, lecz widok hieny bezwzględnie żerującej na polu tragedii, przelał szalę goryczy do tego stopnia, że Woody nie zdążył pomyśleć o wciśnięciu hamulca. Nieznajomy łotrzyk stał się obiektem, na który miał wylać zgromadzoną tego wieczora frustrację. Dotarł do niego w kilku szybkich susach, szarpnął go za ramię, obracając w swoją stronę, i wymierzył cios z pięści w złodziejską mordę.
Rzucam na AF, wynik przywalenia NPCtowi.
// Gram zawadę Porywczy.
// Wspomagam się przewagą Walka wręcz.
Obecność drugiej istoty — szczególnie tak ciepło do niego usposobionej — podnosiła czarodzieja mimowolnie na duchu. Nie doskwierała mu dzięki futrzastej towarzyszce samotność wśród strachów spalonej nocy na Nokturnie. Tu wszystko i na co dzień było jakby mroczniejsze niż w innych dzielnicach Londynu, więc teraz tym bardziej liczyła się kojąca obecność dobrej duszy. Niepokój o los niewinnej fretki zawiniętej wokół jego karku stanowił również do pewnego stopnia hamulec dla porywczych, agresywnych zapędów. Nie mógł rzucić się bezmyślnie w paszczę chaosu, gdy ona znajdowała się pod jego opieką (bo tak właśnie wyglądało to w mniemaniu Woody'ego). Kroczył więc zachowawczo wzdłuż ulicy, wypisując najważniejsze informacje w dziewczyńskim kajeciku. Pomponik rytmicznie odbijał się od wielkiej, brudnej łapy podczas sporządzania owej notateczki — skrótowej i metodycznej, jakby Clemens Longbottom znów był detektywem na miejscu zdarzenia, agregującym surowe dane dla celów późniejszego sporządzenia raportu.
Obserwowanie tych rozmiarów tragedii było przytłaczające, lecz Woody Tarpaulin nie zamierzał dać się sparaliżować poczuciu beznadziei. Kusiła go wygoda poddania się i popłynięcia z prądem zbiorowej paniki, gdy z każdej strony uderzała zatrważająca ludzka tragedia, a w miejsce jednego ugaszonego przez ochotników budynku, zaczynały płonąć trzy dookoła niego, kpiąc z ich marnych wysiłków. Mijając pierwsze skupiska pożarów, Woody nieomal nie przyłączył się do pomocy tym, którzy próbowali je dogaszać. Rwało go, aby przebić się przez każdy mijany tłumek zgromadzony wokół tych cudem wydobytych lokatorów spalonych mieszkań i samemu upewnić się, czy przeżyli i czy czegoś im nie trzeba. Gdyby ktoś był tam osamotniony i w opałach, zapewne czarodziej zatrzymałby się bez wahania. Gdy widział innych ludzi stłoczonych wokół tych tragedii, nie czynił przy nich dodatkowego zamieszania. Nie był uzdrowicielem, nie miał niczego, co mógłby im zaoferować, a gapiów przecież było pod dostatkiem. Parł do przodu, a rytmu temu spacerowi nadawały odliczane prędko w myślach numery obserwowanych budynków. W akompaniamencie fretkowych pisków cyfry wyłaniały się z trzymającą go przy zdrowych zmysłach regularnością spomiędzy kakofonicznej warstwy krzyków, trzaskania ognia i huku walących się szkieletów nokturńskiej zabudowy.
Tarpaulin czuł lęk przytulonego do siebie zwierzątka, a więc — aby go zrównoważyć — starał się emanować oszukańczą pewnością siebie, lecz jego kark i barki były ewidentnie pospinane, wyczekujące nagłego, bezpośredniego ataku. Co jakiś czas przy tym mężczyzna podnosił rękę z długopisem i smyrał wierzchem dłoni miękkie futerko — po części, aby dodać fretce otuchy; po części, aby upewnić się, że wciąż tam jest — cała i zdrowa, podąża wraz z nim w noc.
Gdy Keyleth pociągnęła go za kołnierz, natychmiast zareagował. Zatrzymał się w pół kroku, odwrócił i zobaczył okutanego w czarny płaszcz zbója, który zwrócił uwagę jego towarzyszki.
— Cwana bestyjka — skomentował niespodziewaną interwencję ze strony zwierzątka, po czym schował notesik do wewnętrznej kieszeni kurtki i natychmiast skierował swoje kroki w stronę owego mężczyzny. Po tym ruchu ze strony Keyleth Tarp nie miał już prawie żadnych wątpliwości co do tego, że nie niesie na swoim karku pierwszego lepszego futrzaka. Nie zastanawiał się jednakże dłużej nad tym, czy to magiczne zwierzę, czy też zmiennokształtny.
Bo przed nim znalazł się obrzydliwy skurwysyn.
Nie był to może Śmierciożerca, lecz widok hieny bezwzględnie żerującej na polu tragedii, przelał szalę goryczy do tego stopnia, że Woody nie zdążył pomyśleć o wciśnięciu hamulca. Nieznajomy łotrzyk stał się obiektem, na który miał wylać zgromadzoną tego wieczora frustrację. Dotarł do niego w kilku szybkich susach, szarpnął go za ramię, obracając w swoją stronę, i wymierzył cios z pięści w złodziejską mordę.
Rzucam na AF, wynik przywalenia NPCtowi.
Rzut Z 1d100 - 41
Slaby sukces...
Slaby sukces...
// Gram zawadę Porywczy.
// Wspomagam się przewagą Walka wręcz.
piw0 to moje paliwo