24.05.2025, 13:26 ✶
Gdy wybuchła wojna czarodziejów sprowokowana przez Voldemorta, Woody doskonale wiedział, że może być gorzej, że wszystko może eskalować do rozmiarów przekraczających granice wyobraźni. Był wystarczająco stary, aby na własne oczy widzieć koszmarny mugolski konflikt — Drugą Wojnę Światową. I choć świat magiczny trzymał się od tamtych wydarzeń z daleka, nie omijały ich w pełni obrazy tego, co działo się wówczas w tamtym świecie istniejącym przecież równolegle do ich świata. Szczególnie gdy było się w latach czterdziestych brygadzistą dbającym o bezpieczeństwo magicznej społeczności, w tym również izolowanie czarodziejów od tej wojny. Woody wiedział, do czego zdolny jest gatunek ludzki i wcale nie wierzył, aby czarodzieje byli w jakiś sposób od mugoli szlachetniejsi. Stać ich było na to samo.
— Niektórych pogruchotało — przyznał, mając w pamięci część (nienapisanych jeszcze, choć zaplanowanych) akcji ratunkowych — ale wystarczyło nam na pierwszą pomoc z zapasów Rejwachu. Tych od was.
Znajdujący się w piwnicy ludzie w rzeczy samej nie byli najszlachetniejszymi obywatelami Magicznej Anglii, lecz i tacy zasługiwali na szansę podziania się gdzieś w chwili zagrożenia. Żadne z nich nie było czarnoksiężnikiem ani mordercą — a przynajmniej nie na stan wiedzy Woody’ego. Prowadzili swoje szemrane biznesy, wchodzili w zatargi z prawem i w normalnych okolicznościach być może Brenna zainteresować by się mogła ich kartotekami. Tej nocy byli jednak przede wszystkim ofiarami czegoś o wiele straszniejszego niż wprowadzanie do ruchu powietrznego nielegalnych pojazdów i ściąganie haraczy.
Starucha wlepiła w Anne ostre spojrzenie znad długiego nosa ozdobionego brodawką, mlasnęła językiem, lecz odpowiedziała niespodziewanie przymilnym głosem:
— Wszystko stracilimy. Wszystko, moje dziecko. — Załamała ręce. — Moi chłopcy — wskazała na dwóch łysoli grających w karty — próbowali ratować nasz sklepik. A i tak poszło z dymem. Sklepik, całe oszczędności życia. Nie ufamy goblinom, wszystkośmy tam trzymali. Teraz ni złamanego knuta w kieszeni. — Powachlowała się niemrawo dłonią o długich pazurach, jakby jej się zrobiło słabo. — Jak przeżyć kolejne dni? Skąd wziąć grosza? Człowiek ma żebrać po ulicy, choć całe życie uczciwie pracował?
Woody spojrzał z ukosa na lamentującą starowinę, bo do uczciwej pracy jej i synków mógłby mieć pewne zastrzeżenia, lecz nie zwerbalizował ich w tamtym momencie. Sam zajął się drzemającym mężczyzną. Ów był tak zarośnięty, że szybciej szło oszacować ilość promili w wydychanym przez niego powietrzu niż jego wiek. Tarp pochylił się nad nim, wspierając jedną ręką o zniszczony fotel, a drugą potrząsnął ramieniem pochrapującego pijaka.
— E, e, e. — Nie przestawał go szturchać, dopóki zaropiałe oczy mężczyzny nie rozkleiły się nieprzytomnie. — Trzeba ci coś? Co?
Rzut na charyzmę (cała nadzieja w tym, że nikt tak nie dogada się z pijakiem jak drugi pijak)
— Niektórych pogruchotało — przyznał, mając w pamięci część (nienapisanych jeszcze, choć zaplanowanych) akcji ratunkowych — ale wystarczyło nam na pierwszą pomoc z zapasów Rejwachu. Tych od was.
Znajdujący się w piwnicy ludzie w rzeczy samej nie byli najszlachetniejszymi obywatelami Magicznej Anglii, lecz i tacy zasługiwali na szansę podziania się gdzieś w chwili zagrożenia. Żadne z nich nie było czarnoksiężnikiem ani mordercą — a przynajmniej nie na stan wiedzy Woody’ego. Prowadzili swoje szemrane biznesy, wchodzili w zatargi z prawem i w normalnych okolicznościach być może Brenna zainteresować by się mogła ich kartotekami. Tej nocy byli jednak przede wszystkim ofiarami czegoś o wiele straszniejszego niż wprowadzanie do ruchu powietrznego nielegalnych pojazdów i ściąganie haraczy.
Starucha wlepiła w Anne ostre spojrzenie znad długiego nosa ozdobionego brodawką, mlasnęła językiem, lecz odpowiedziała niespodziewanie przymilnym głosem:
— Wszystko stracilimy. Wszystko, moje dziecko. — Załamała ręce. — Moi chłopcy — wskazała na dwóch łysoli grających w karty — próbowali ratować nasz sklepik. A i tak poszło z dymem. Sklepik, całe oszczędności życia. Nie ufamy goblinom, wszystkośmy tam trzymali. Teraz ni złamanego knuta w kieszeni. — Powachlowała się niemrawo dłonią o długich pazurach, jakby jej się zrobiło słabo. — Jak przeżyć kolejne dni? Skąd wziąć grosza? Człowiek ma żebrać po ulicy, choć całe życie uczciwie pracował?
Woody spojrzał z ukosa na lamentującą starowinę, bo do uczciwej pracy jej i synków mógłby mieć pewne zastrzeżenia, lecz nie zwerbalizował ich w tamtym momencie. Sam zajął się drzemającym mężczyzną. Ów był tak zarośnięty, że szybciej szło oszacować ilość promili w wydychanym przez niego powietrzu niż jego wiek. Tarp pochylił się nad nim, wspierając jedną ręką o zniszczony fotel, a drugą potrząsnął ramieniem pochrapującego pijaka.
— E, e, e. — Nie przestawał go szturchać, dopóki zaropiałe oczy mężczyzny nie rozkleiły się nieprzytomnie. — Trzeba ci coś? Co?
Rzut na charyzmę (cała nadzieja w tym, że nikt tak nie dogada się z pijakiem jak drugi pijak)
Rzut N 1d100 - 38
Akcja nieudana
Akcja nieudana
piw0 to moje paliwo