25.05.2025, 15:58 ✶
Początkowo Woody rzeczywiście był przede wszystkim zły — niekoniecznie na samą Keyleth za to, że go oszukała, lecz na całą sytuację: ogień podsycał wszystkie emocje, a odbyta ledwie sekundy wcześniej wymiana ciosów wciąż pompowała adrenalinę. Im dalej odchodzili jednak od miejsca bitki, tym bardziej opanowany stawał się czarodziej i tym więcej racjonalnych myśli do niego docierało.
Plecak dziewczyny dostarczył odpowiedzi na pytania i — niestety — zachwiał jego zaufaniem do osoby, którą miał przed sobą. Czy to wcielenie, które teraz wlokło się za nim, było tym, kim była ta osoba naprawdę? Miało minąć jeszcze trochę czasu, zanim pozbędzie się wątpliwości co do tego, czy Keyleth nie realizuje przypadkiem jakiejś tajemniczej wrogiej agendy, lecz brak pełni wiary w jej szczerość nie zmieniał nic w kwestii tego, że nie zamierzał jej porzucać. Żadnemu z Rejwachowców nie ufał początkowo i patrzył na nich nieco podejrzliwie, a jednak znalazło się dla nich w barze miejsce i teraz oddałby w ręce Aseny czy Lewisa swoje życie. Czemu miałby nie udzielić wstępnego kredytu zaufania i tej dziewczynie? Czy mógł ją winić? Wszyscy tu kombinowali, jak mogli, a on nie zamierzał przecież Nico od razu angażować w sprawy wielkiej wagi.
— No już, już, spokojnie, przecież cię nie zostawiam — odparł, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie i dziwiło go, że w ogóle trzeba to tłumaczyć. — Idziemy w stronę domu. — W stronę jego domu, do Rewjachu, który najwyraźniej stał się ostatnio i jej mieszkaniem.
Gdy gruchnęło za nimi, obrócił się, lecz pozwolił przy tym dziewczynie trzymać się tak blisko, jak tylko potrzebowała. Nie marnował już więcej swojego czasu na zapisywanie tej obserwacji, zapamiętał ją po prostu.
— Idziemy, idziemy — pospieszył ją. — Musimy jeszcze dopilnować, że mamy gdzie wracać — mruknął gorzko, wznawiając ich spacer przez palące trzewia piekieł. Odczuwał boleśnie uderzenie w głowę, oczy łzawiły mu od dymu, popiołów i ognia, a opuchlizna jedynie pogarszała sprawę.
Ale szli już do domu. Prowadził ich tam z niezłomną determinacją, nie dopuszczając do siebie myśli, że miałby zastać tę bezpieczną przystań w ruinie. Potrzebował tego nie tylko, aby upewnić się, że Asena, Nico i Lewis będą mieli na tę noc schronienie, lecz i dla siebie, aby uziemić się chociaż na chwilę w spokojnym miejscu, gdzie nie dosięgał koszmar. Nie, nie wyobrażał sobie, że Rejwachu mogłoby już nie być.
— Nikt ważny, huh, Nico? O tym, skąd żeś się wzięła, porozmawiamy później. — Zerkał na nią co jakiś czas, lecz przede wszystkim pilnował, czy nie nadciąga w ich stronę jakieś niebezpieczeństwo. Ona trzymała się blisko niego, a i on nie dawał się jej odsunąć, żeby na pewno nikomu z mijanych nokturńskich oprychów nie przeszło przez myśl obrać młodej, roztrzęsionej dziewczyny za ofiarę.
Wkrótce na horyzoncie pojawił się wyczekiwany gmach Rejwachu. I oto przemaszerowali przez całą ulicę Śmiertelnego Nokturnu, aby zastać go tam: nieomal nienaruszonego, czekającego na nich i kuszącego zza okien ciepłymi światłami, które nie miały nic wspólnego z pożarem, lecz obecnością innych ludzi.
— To od dawna masz rezydencję w moich skromnych progach? — zapytał Woody i po raz pierwszy, od kiedy opuścili mury baru, brzmiał znów jak dowcipny wujaszek.
Do końca nocy było jeszcze daleko, ale przynajmniej wciąż mogli mieć nadzieję, że gdy nastanie ranek, będzie dokąd pójść.
Plecak dziewczyny dostarczył odpowiedzi na pytania i — niestety — zachwiał jego zaufaniem do osoby, którą miał przed sobą. Czy to wcielenie, które teraz wlokło się za nim, było tym, kim była ta osoba naprawdę? Miało minąć jeszcze trochę czasu, zanim pozbędzie się wątpliwości co do tego, czy Keyleth nie realizuje przypadkiem jakiejś tajemniczej wrogiej agendy, lecz brak pełni wiary w jej szczerość nie zmieniał nic w kwestii tego, że nie zamierzał jej porzucać. Żadnemu z Rejwachowców nie ufał początkowo i patrzył na nich nieco podejrzliwie, a jednak znalazło się dla nich w barze miejsce i teraz oddałby w ręce Aseny czy Lewisa swoje życie. Czemu miałby nie udzielić wstępnego kredytu zaufania i tej dziewczynie? Czy mógł ją winić? Wszyscy tu kombinowali, jak mogli, a on nie zamierzał przecież Nico od razu angażować w sprawy wielkiej wagi.
— No już, już, spokojnie, przecież cię nie zostawiam — odparł, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie i dziwiło go, że w ogóle trzeba to tłumaczyć. — Idziemy w stronę domu. — W stronę jego domu, do Rewjachu, który najwyraźniej stał się ostatnio i jej mieszkaniem.
Gdy gruchnęło za nimi, obrócił się, lecz pozwolił przy tym dziewczynie trzymać się tak blisko, jak tylko potrzebowała. Nie marnował już więcej swojego czasu na zapisywanie tej obserwacji, zapamiętał ją po prostu.
— Idziemy, idziemy — pospieszył ją. — Musimy jeszcze dopilnować, że mamy gdzie wracać — mruknął gorzko, wznawiając ich spacer przez palące trzewia piekieł. Odczuwał boleśnie uderzenie w głowę, oczy łzawiły mu od dymu, popiołów i ognia, a opuchlizna jedynie pogarszała sprawę.
Ale szli już do domu. Prowadził ich tam z niezłomną determinacją, nie dopuszczając do siebie myśli, że miałby zastać tę bezpieczną przystań w ruinie. Potrzebował tego nie tylko, aby upewnić się, że Asena, Nico i Lewis będą mieli na tę noc schronienie, lecz i dla siebie, aby uziemić się chociaż na chwilę w spokojnym miejscu, gdzie nie dosięgał koszmar. Nie, nie wyobrażał sobie, że Rejwachu mogłoby już nie być.
— Nikt ważny, huh, Nico? O tym, skąd żeś się wzięła, porozmawiamy później. — Zerkał na nią co jakiś czas, lecz przede wszystkim pilnował, czy nie nadciąga w ich stronę jakieś niebezpieczeństwo. Ona trzymała się blisko niego, a i on nie dawał się jej odsunąć, żeby na pewno nikomu z mijanych nokturńskich oprychów nie przeszło przez myśl obrać młodej, roztrzęsionej dziewczyny za ofiarę.
Wkrótce na horyzoncie pojawił się wyczekiwany gmach Rejwachu. I oto przemaszerowali przez całą ulicę Śmiertelnego Nokturnu, aby zastać go tam: nieomal nienaruszonego, czekającego na nich i kuszącego zza okien ciepłymi światłami, które nie miały nic wspólnego z pożarem, lecz obecnością innych ludzi.
— To od dawna masz rezydencję w moich skromnych progach? — zapytał Woody i po raz pierwszy, od kiedy opuścili mury baru, brzmiał znów jak dowcipny wujaszek.
Do końca nocy było jeszcze daleko, ale przynajmniej wciąż mogli mieć nadzieję, że gdy nastanie ranek, będzie dokąd pójść.
piw0 to moje paliwo