25.05.2025, 19:47 ✶
Anthony chyba musiał komentować, nawet jeśli to nie miało znaczenia – chyba dla jego lepszego samopoczucia, rozładowania tego, co się w nim działo. Stanley był dużo lepszym żołnierzem, niż on, wykonywał rozkazy bez dyskusji i chciał spełnić oczekiwania Czarnego Pana, ale młodszemu Borginowi przychodziło to nadzwyczaj ciężko. On tu był, bo musiał i taka była jego rola, zaakceptował to teoretycznie, ale w praktyce, często formy działania wybrane przez organizacje mu nie odpowiadały. Cały ten chaos, narażenie czystokrwistych, narażenie dóbr i historii czarodziejskiej w akcie terroryzmu, bo inaczej tego nie mógł nazwać.. Starał się, ale podobnie jak iskry trzeszczały w powietrzu, tak w nim też to wszystko trochę płonęło. Ideały zacierała brutalność i piętrzące się stosy ofiar, które nie były potrzebne. Zasoby ludzkie były tak uniwersalne, że znalazłby lepsze zastosowanie w świecie z nowymi regułami, niż przypominanie spalonej kłody drewna. Bezużytecznej już, śmierdzącej. Marnotrawstwo.
Nie był zaskoczony brakiem sukcesu w hipnozie, bo jak Staszka uprzedzał, maska i wszystko dookoła nie były sprzyjające, a srebrnej twarzy zdjąć nie mógł. Nie był też zadowolony, bo wiedział, co starszy Borgin będzie musiał zrobić. Cofnął się bez słowa, opuszczając dłonie i korzystając z chwili, schował wahadełko. Merlin by to wszystko trzasnął.
Świst zaklęcia Vulturisa był tak samo ostry i pełen złowrogiej intencji jak zawsze, gdy sięgał po czarną magię. Anthony obserwował, jak jego kuzyn kieruje różdżkę na spanikowaną kobietę, która wcześniej zareagowała przerażeniem na samą jego obecność. Spodziewał się krzyku, konwulsji, typowego, makabrycznego efektu Cruciatusa, który Stanley tak biegle potrafił wywołać. Jednak zamiast tego, po inkantacji Vulturisa, przez ułamek sekundy nie stało się… nic. A przynajmniej nic z tego, czego Lynx oczekiwał. Kobieta, owszem, skuliła się, zasłaniając odruchowo głowę, jej ciało napięte w oczekiwaniu na ból, ale zaklęcie, jeśli w ogóle ją dosięgło, nie rzuciło jej na ziemię w spazmach. Może błysnęło zbyt słabo, może nie trafiło czysto, a może ta noc była po prostu pełna paskudnych, nieprzewidywalnych niespodzianek dla wszystkich.
Antek uniósł lekko brwi pod maską. To było… niecodzienne. Vulturis rzadko, jeśli w ogóle, chybiał lub rzucał zaklęcia z niedostateczną mocą, zwłaszcza gdy chodziło o te ulubione. Przez moment w głowie Anthony'ego zaświtała absurdalna myśl, czy to nie jakiś kolejny, pokrętny element ich "testu" tej nocy. Szybko ją odrzucił. Nie, to było zwykłe, zaskakujące niepowodzenie. Może uratował ją kolor włosów? Jego uwaga przeniosła się na Stanleya. Maska doskonale kryła rysy twarzy kuzyna, ale Lynx znał go zbyt dobrze. Wyczuwał niemal namacalną falę lodowatej frustracji i narastającego gniewu. Może było to trochę rozczarowanie? Nieudane zaklęcie, zwłaszcza takie, było dla niego osobistą zniewagą, plamą na jego reputacji skutecznego egzekutora. Kobieta, wciąż skulona, teraz z wahaniem uniosła głowę, rozglądając się dziko. Jej pierwotny strach mieszał się teraz z absolutnym przerażeniem i być może nawet z iskierką niedowierzania czy desperackiej nadziei. Była nadal celem, nadal problemem do rozwiązania.
– Wygląda na to, że ma Pani dzisiaj wyjątkowo dużo szczęścia. Albo nasza magia płata nam figle w tym dymie. – rzucił, zmieniając nieco głos na wypadek, gdyby maska też płatała figle. Całe napięcie jakoś z niego zeszło, a Tosiek miał ochotę po prostu wybuchnąć śmiechem z powodu całej tej serii brutalnych niepowodzeń tej nocy. Chrząknął, maskując rozbawienie i przeniósł wzrok na przerażoną i zdezorientowaną kobietę, chociaż jego kolejne słowa skierowane były do Stanleya, stanął nawet bliżej niego, tak, aby tylko on słyszał. - Tak czy inaczej, nasz czas tutaj dobiegł końca. Najwyższa pora się zbierać, zanim przyciągniemy niepotrzebną uwagę. - powstrzymał się już przed dodaniem komentarza o tym, że przynajmniej ten efekt strachu zadziałał, a ona będzie bała się wyjść z domu. Cóż, mogliby rozbić jej głowę cegłą, bo była bezbronna lub zrobić inne okropieństwa, typu wydłubanie oczu różdżką lub siłowe wrzucenie w ogień, ale wolał wierzyć, że Pani ma Anioła Stróża. I tego nie proponował.
Nie był zaskoczony brakiem sukcesu w hipnozie, bo jak Staszka uprzedzał, maska i wszystko dookoła nie były sprzyjające, a srebrnej twarzy zdjąć nie mógł. Nie był też zadowolony, bo wiedział, co starszy Borgin będzie musiał zrobić. Cofnął się bez słowa, opuszczając dłonie i korzystając z chwili, schował wahadełko. Merlin by to wszystko trzasnął.
Świst zaklęcia Vulturisa był tak samo ostry i pełen złowrogiej intencji jak zawsze, gdy sięgał po czarną magię. Anthony obserwował, jak jego kuzyn kieruje różdżkę na spanikowaną kobietę, która wcześniej zareagowała przerażeniem na samą jego obecność. Spodziewał się krzyku, konwulsji, typowego, makabrycznego efektu Cruciatusa, który Stanley tak biegle potrafił wywołać. Jednak zamiast tego, po inkantacji Vulturisa, przez ułamek sekundy nie stało się… nic. A przynajmniej nic z tego, czego Lynx oczekiwał. Kobieta, owszem, skuliła się, zasłaniając odruchowo głowę, jej ciało napięte w oczekiwaniu na ból, ale zaklęcie, jeśli w ogóle ją dosięgło, nie rzuciło jej na ziemię w spazmach. Może błysnęło zbyt słabo, może nie trafiło czysto, a może ta noc była po prostu pełna paskudnych, nieprzewidywalnych niespodzianek dla wszystkich.
Antek uniósł lekko brwi pod maską. To było… niecodzienne. Vulturis rzadko, jeśli w ogóle, chybiał lub rzucał zaklęcia z niedostateczną mocą, zwłaszcza gdy chodziło o te ulubione. Przez moment w głowie Anthony'ego zaświtała absurdalna myśl, czy to nie jakiś kolejny, pokrętny element ich "testu" tej nocy. Szybko ją odrzucił. Nie, to było zwykłe, zaskakujące niepowodzenie. Może uratował ją kolor włosów? Jego uwaga przeniosła się na Stanleya. Maska doskonale kryła rysy twarzy kuzyna, ale Lynx znał go zbyt dobrze. Wyczuwał niemal namacalną falę lodowatej frustracji i narastającego gniewu. Może było to trochę rozczarowanie? Nieudane zaklęcie, zwłaszcza takie, było dla niego osobistą zniewagą, plamą na jego reputacji skutecznego egzekutora. Kobieta, wciąż skulona, teraz z wahaniem uniosła głowę, rozglądając się dziko. Jej pierwotny strach mieszał się teraz z absolutnym przerażeniem i być może nawet z iskierką niedowierzania czy desperackiej nadziei. Była nadal celem, nadal problemem do rozwiązania.
– Wygląda na to, że ma Pani dzisiaj wyjątkowo dużo szczęścia. Albo nasza magia płata nam figle w tym dymie. – rzucił, zmieniając nieco głos na wypadek, gdyby maska też płatała figle. Całe napięcie jakoś z niego zeszło, a Tosiek miał ochotę po prostu wybuchnąć śmiechem z powodu całej tej serii brutalnych niepowodzeń tej nocy. Chrząknął, maskując rozbawienie i przeniósł wzrok na przerażoną i zdezorientowaną kobietę, chociaż jego kolejne słowa skierowane były do Stanleya, stanął nawet bliżej niego, tak, aby tylko on słyszał. - Tak czy inaczej, nasz czas tutaj dobiegł końca. Najwyższa pora się zbierać, zanim przyciągniemy niepotrzebną uwagę. - powstrzymał się już przed dodaniem komentarza o tym, że przynajmniej ten efekt strachu zadziałał, a ona będzie bała się wyjść z domu. Cóż, mogliby rozbić jej głowę cegłą, bo była bezbronna lub zrobić inne okropieństwa, typu wydłubanie oczu różdżką lub siłowe wrzucenie w ogień, ale wolał wierzyć, że Pani ma Anioła Stróża. I tego nie proponował.