25.05.2025, 23:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.07.2025, 15:13 przez Anthony Shafiq.)
Długość życia czarodzieja była dłuższa niż u szaraczkowego mugola, toteż kryzys wieku średniego winien przypadać dopiero w okolicach siedemdziesiątki, gdy włosy na głowie pokrywały się kurzem, którego nie dało rady zmieść żadne translokujące zaklęcie. Anthony jednak borykał się z nim od kilku lat, zaśniedziały osiągnięciem sukcesu, który nie był bynajmniej jego osobistą aspiracją, a udowadnianiem ojcu... Że go stać. Że jest lepszy niż brat i siostra, którym zawsze było wolno zbyt wiele. Że go stać, choć wszyscy najbliżsi uważali go za najsłabszego z pokolenia. Mizernego. Niewartego uwagi. Zbyt sztywnego, by zrobić karierę w polityce. Za mało utalentowanego. Osiągnął co miał osiągnąć, osiągnął próg więcej. A teraz osiadł pośród znaków zapytania co dalej i... nudził się. Świat uczuć, świat niedawnych wzlotów, które poprzedzały sromotne upadki zdawał się skutecznym odwróceniem uwagi od prawdziwego syreniego śpiewu ambitnego serca. To co teraz? - zdawało się nucić swoją smętną pieśń.
Dlatego lubił przebywać z młodymi, którzy częstokroć byli podobnie do niego zagubieni, ale wciąż ta różnica doświadczeń czyniła go mężczyzną zasłaniającym się maską mistrza. Mędrca znającego odpowiedzi i zachęcającego do samodzielnego ich odkrycia. Patrząc z perspektywy, patrząc z zewnątrz było łatwiej. Było wygodniej. Było przyjemniej. Ale też - nierzadko - było skuteczniej znajdować odpowiedzi, gdy cudze pytania były filtrowane przez jego percepcje, wiedzę i doświadczenie. Nie rościł sobie monopolu do posiadania racji i wiedzy wszelakiej. Lubił jednak dawać rady. I lubił, gdy młodość lśniła mu jaskrawym światłem prosto w twarz. Dlatego też nie odrzucał słów młodego Borgina jako nie wartych uwagi. Wolał to niż opieszałość starości, wolał niespokojny wiatr choć oczywiście w odpowiedniej dawce.
– To prawda. Budynki potrafią mieć swoją duszę. Zawsze przez to ciągnęło mnie do gotyckich katedr. A o zameczek się nie martw... dzięki Twoim dokumentom żart się udał i przeszedł w ręce tego, który wydobędzie jego piękno w wielkim szacunku do ducha, którego odnajdzie w starych murach. Zamierzam za miesiąc dwa wyprawić tam powitanie swojego nowego sąsiada, może chciałbyś się pojawić? – zaproponował. Dbał o kolegów z society wyprawiając regularnie bardzo ekstrawaganckie przyjęcia na terenie ogrodu letniej posiadłości w Little Hangleton, selekcjonując gości ze skrupulatnością doświadczonego winiarza. Czasem dobrze było dać temu oddech. Czasem było wpuścić nowy szczep i patrzeć jak się przyjmie. Dać szansę.
– Uważam, że Departament Skarbu powinien chociaż raz do roku pozwolić sobie na dobrą delegację w tamte okolice, choć rzeczywiście, to chyba specyfika mojego piętra, że nieco częściej pozwala swoim pracownikom na pracę w terenie poza granicami kraju. Jak zwykle nie dasz się namówić na przeniesienie, prawda?– ta propozycja zapewne stała się już powracającym żartem w ich rozmowach. Kurtuazja, budowanie wspólnego języka na korytarzach ministerstwa, na kawie, przyjęciach. Spokojna agitacja, młodszy czarodziej był energiczny i spragniony zasięgu własnych wpływów. Shafiq lubił ten głód. Odbicie siebie z czasów młodości. Potrafił to rozpoznać na kilometr.
Słuchał z uwagą o rodowej posiadłości, o rozrywkach rodzinnych, nie dzieląc się swoimi powodami dla których się tu znalazł. Pozwalał tez rozmowie płynąć w niespiesznym tempie spaceru, dalekim od brawurowej jazdy na metalowym diable. Na wspomnienie o wadach zaśmiał się jednak swobodnie, z estymą spoglądając na swojego rozmówcę?
– Wady? Och, absolutnie wykluczone! Osoby noszące tak szlachetne imię jak my, szczycą się tylko szczyptą egzaltacji doprawioną mgiełką intrygującego ekscentryzmu – zawyrokował z przekonaniem. – Nigdy nie jeździłem, ale chyba nawet Ty nie będziesz w stanie mnie przekonać. Nie żebym nie miał zaufania do Ciebie, ale ta... maszyna. To nie jest naturalne, aby coś tak ciężkiego poruszało się tak szybko... – Cieszył się, że surowy klimat Szkocji i miniony spacer wśród wzgórz lekko zaczerwienił mu policzki, bo łatwiej było odegrać to zdystansowanie, które powinno być właściwe człowiekowi o jego pozycji. Jako podróżnik zaintrygowany przejawami kultury wszelakiej, technikalia były częstym obiektem jego obserwacji i podziwu. To miało jednak tylko w zaufanym gronie, a z Borginem łączyły go mimo wszystko głównie interesy, nici znajomości wciąż były zbyt blade, aby mógł dać upust kłębiącej się ciekawości o tym ile tłoków wprawiało w ruch borginowego rumaka.
Dlatego lubił przebywać z młodymi, którzy częstokroć byli podobnie do niego zagubieni, ale wciąż ta różnica doświadczeń czyniła go mężczyzną zasłaniającym się maską mistrza. Mędrca znającego odpowiedzi i zachęcającego do samodzielnego ich odkrycia. Patrząc z perspektywy, patrząc z zewnątrz było łatwiej. Było wygodniej. Było przyjemniej. Ale też - nierzadko - było skuteczniej znajdować odpowiedzi, gdy cudze pytania były filtrowane przez jego percepcje, wiedzę i doświadczenie. Nie rościł sobie monopolu do posiadania racji i wiedzy wszelakiej. Lubił jednak dawać rady. I lubił, gdy młodość lśniła mu jaskrawym światłem prosto w twarz. Dlatego też nie odrzucał słów młodego Borgina jako nie wartych uwagi. Wolał to niż opieszałość starości, wolał niespokojny wiatr choć oczywiście w odpowiedniej dawce.
– To prawda. Budynki potrafią mieć swoją duszę. Zawsze przez to ciągnęło mnie do gotyckich katedr. A o zameczek się nie martw... dzięki Twoim dokumentom żart się udał i przeszedł w ręce tego, który wydobędzie jego piękno w wielkim szacunku do ducha, którego odnajdzie w starych murach. Zamierzam za miesiąc dwa wyprawić tam powitanie swojego nowego sąsiada, może chciałbyś się pojawić? – zaproponował. Dbał o kolegów z society wyprawiając regularnie bardzo ekstrawaganckie przyjęcia na terenie ogrodu letniej posiadłości w Little Hangleton, selekcjonując gości ze skrupulatnością doświadczonego winiarza. Czasem dobrze było dać temu oddech. Czasem było wpuścić nowy szczep i patrzeć jak się przyjmie. Dać szansę.
– Uważam, że Departament Skarbu powinien chociaż raz do roku pozwolić sobie na dobrą delegację w tamte okolice, choć rzeczywiście, to chyba specyfika mojego piętra, że nieco częściej pozwala swoim pracownikom na pracę w terenie poza granicami kraju. Jak zwykle nie dasz się namówić na przeniesienie, prawda?– ta propozycja zapewne stała się już powracającym żartem w ich rozmowach. Kurtuazja, budowanie wspólnego języka na korytarzach ministerstwa, na kawie, przyjęciach. Spokojna agitacja, młodszy czarodziej był energiczny i spragniony zasięgu własnych wpływów. Shafiq lubił ten głód. Odbicie siebie z czasów młodości. Potrafił to rozpoznać na kilometr.
Słuchał z uwagą o rodowej posiadłości, o rozrywkach rodzinnych, nie dzieląc się swoimi powodami dla których się tu znalazł. Pozwalał tez rozmowie płynąć w niespiesznym tempie spaceru, dalekim od brawurowej jazdy na metalowym diable. Na wspomnienie o wadach zaśmiał się jednak swobodnie, z estymą spoglądając na swojego rozmówcę?
– Wady? Och, absolutnie wykluczone! Osoby noszące tak szlachetne imię jak my, szczycą się tylko szczyptą egzaltacji doprawioną mgiełką intrygującego ekscentryzmu – zawyrokował z przekonaniem. – Nigdy nie jeździłem, ale chyba nawet Ty nie będziesz w stanie mnie przekonać. Nie żebym nie miał zaufania do Ciebie, ale ta... maszyna. To nie jest naturalne, aby coś tak ciężkiego poruszało się tak szybko... – Cieszył się, że surowy klimat Szkocji i miniony spacer wśród wzgórz lekko zaczerwienił mu policzki, bo łatwiej było odegrać to zdystansowanie, które powinno być właściwe człowiekowi o jego pozycji. Jako podróżnik zaintrygowany przejawami kultury wszelakiej, technikalia były częstym obiektem jego obserwacji i podziwu. To miało jednak tylko w zaufanym gronie, a z Borginem łączyły go mimo wszystko głównie interesy, nici znajomości wciąż były zbyt blade, aby mógł dać upust kłębiącej się ciekawości o tym ile tłoków wprawiało w ruch borginowego rumaka.