26.05.2025, 13:30 ✶
—09/09/72—
Oxfordshire, 09.09.72
Baldwinie,
Zastanawiam się, czy list, który od Ciebie otrzymałam, był pisany w stanie trzeźwości, czy też przyćmiły Ci go opary spalenizny i moralnego rozkładu, który tak chętnie wybrałeś za towarzysza. Poezja, synu, bywa piękna tylko wtedy, gdy nie wypływa z ust człowieka żyjącego w błocie — w przeciwnym razie brzmi jak próba ubłocenia słów, które same w sobie mają ciężar większy niż Twoja obecna egzystencja.
Zamiast dramatyzować i porównywać się do trupów na ulicy — a zaiste, trudno o gorszy dobór metafory — mógłbyś po prostu nas odwiedzić, zobaczyć wprost jak się ma Twoja rodzina. Ale przecież zawsze wolałeś dramatyzm teatru od pragmatyzmu prostoty, tak w mowie, jak geście. Być może nie powinnam więc dziwić się tonowi całej próżnej otoczki sprowadzającej się do jednego pytania, mogącego być zawartym na skrawku wizytówki.
Calanthe żyje. Bo oczywiście, że żyje. Czy myślałeś, że pozwoliłabym jej odejść z tego świata tak samo lekkomyślnie, jak Ty pozwoliłeś sobie odejść z rodzinnego domu? Trzymała się przy mnie dzielnie, jak przystało na osobę wychowaną w wartościach, których Ty się wyrzekłeś. Gdy o poranku po tym tragicznym zdarzeniu poszłyśmy ocenić stan butiku, wyceniać straty lepkiego dymu wciąż oblepiającego witrynę, materiałów przesiąkniętych wonią spalenizny, które na nic już się nie zdadzą. Gdy odnalazłyśmy w końcu dwie pracownice, które dokonały żywota w zawalonej pracowni, ona bez słowa podawała mi wilgotną eteryczną wonią chusteczkę. Była wsparciem, gdy Ty byłeś, jak zwykle, nieobecny.
Zmarły dwie kobiety. Matki kochające swoje dzieci, matki, które złożyły swoje życie na ołtarzu uczciwości pracowniczej, próbujące ratować co cenniejsze kreacje, efekt miesięcy moich starań i zabiegań, projektów, które znalazły uznanie, a teraz spoczęły w londyńskim grobowcu grzechów tych, którzy dopuścili mugolaków do władzy, a teraz ronią nad tym krokodyle łzy. Ale o mnie przecież nie pytasz. Ani o ojca. Ani o sklep. Ani o dom.
Może więc w obliczu, która dotknęła nas wszystkich, zrobisz ten pierwszy krok. Przyjedź na Mabon. Miejsce będzie dla Ciebie uszykowane. Wciąż, mimo wszystko, wierzę, że umiesz jeszcze ubrać się godnie choć nie dałeś mi jeszcze potwierdzić tego przypuszczenia, bal — przedmiot naszego układu — zapewne zostanie przeniesiony. Niemniej, przyjedź i zjedz posiłek przy stole, nie cytując przy tym lokalnych wieszczy z podejrzanych dzielnic. Przyjedź i zjedz z nami obiad. Porozmawiamy. Calanthe się ucieszy. Wiedz jednak, że jeśli nie przyjedziesz... Każda lojalność ma swój kres, gdy o nią nie dbasz Baldwinie. Już teraz Calanthe zaciska wargi i milknie z szacunku do moich nerwów, gdy tylko ktoś wspomina Twoje imię. Jej zeszklone oczy przypominają mi czasy, w których jeszcze potrafiłeś powiedzieć „przepraszam”. Pamiętaj, matczyna miłość zawsze wybacza, ale nigdy nie zapomina.
Visenya Rosier-Malfoy