28.05.2025, 00:42 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.05.2025, 00:45 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Po wynurzeniu się ponad powierzchnię wody nie było mu aż tak przeraźliwie zimno, żeby zaczął kwestionować wszystko to, co pchało go ku tej ich drobnej rywalizacji. Jasne, kiedy był całkiem zanurzony w wodzie, nurkując pod falami, morze wydawało mu się nawet całkiem przyjemnie orzeźwiające. Kiedy zaś wychylił głowę ponad niespokojną taflę wody, niemal momentalnie dostając słonymi kroplami w oczy i w twarz, czubek głowy zaczął wysyłać mu sygnał o nadchodzącym dyskomforcie termicznym.
Czy jednak jakoś wyjątkowo się tym przejmował? Otóż nie. Nawet nie tyle niezupełnie, co całkowicie nie. Dokładnie tak jak w przypadku tego pierwszego zagrania, gdy bez cienia namysłu wpadł prosto w fale, nie mocząc się przedtem ostrożnie, tylko od razu z grubej rury rzucając się w nią całym sobą.
Wtedy prawie od razu tego pożałował, bo pierwsze świadome zetknięcie z morzem przyniosło niespodziewany chłód. Znacznie bardziej intensywny niż zakładał Roise, kiedy tak ochoczo podejmował wyzwanie. Teraz? Z początku wcale nie było aż tak źle.
Greengrass był zmotywowany. Skupiał się przede wszystkim właśnie na tym aspekcie swoich doznań. Na tej impulsywnej, zaciętej sile, która nim kierowała, która pchała go do przodu, nakazując mu jak najszybciej przecinać fale i próbować dopaść dziewczynę. Nawet, jeśli Geraldine miała nad nim wyjątkowo znaczną przewagę, przecież nie mógł poddać się w dwóch trzecich drogi. Kimże by wtedy był?
Zawsze, ale to zawsze starał się domykać swoje sprawy. Nie porzucał zakładów tylko dlatego, że zaczynał uświadamiać sobie topnienie szans na zwycięstwo. Doskonale wiedział, na co się pisze. Był świadomy formy Yaxleyówny, choć teraz poniekąd dodatkowo mu nią imponowała. Po prostu nie umiał przejść obojętnie wobec czegoś, co w gruncie rzeczy sprawiało frajdę zarówno jej, jak i jemu.
Tak, wygrana była ważna. Cholernie istotna. Przez większość czasu wręcz najważniejsza. Nie zamierzał poddawać się w momencie, w którym jeszcze nic nie było całkowicie rozstrzygnięte. Nadal mógł dać z siebie wszystko i spróbować nadrobić różnicę. Gdy był ku temu tak kurewsko zmotywowany jak w tej chwili, potrafił zmusić swoje ciało do niemal nadludzkiego wysiłku.
Nie zamierzał poddawać się tylko dlatego, że w momencie, w którym on dopływał do skały, jego dziewczyna była już praktycznie niemal w górnej połowie. Wspinała się szybko i zwinnie. Jeśli wcześniej była rybą, foczką, teraz przypominała wiewiórkę. Kto wie, być może nawet latającą. W końcu Geraldine miała wiele talentów.
Miała także naprawdę ładne pośladki. Opalone, odsłonięte, wyglądające naprawdę cholernie dobrze z tej perspektywy. Cała reszta też musiała co najmniej dorównywać temu widokowi. Szczególnie, że jego luba była mokra. Woda ciekła jej strużkami po skórze, bardzo delikatnie skrzyła się w bladych smugach światła, które z trudem przebijały się przez chmury.
Yaxleyówna wyglądała kusząco. Naprawdę absurdalnie dobrze, przy czym już na sam ten widok, znaczna część ludzi (prawdopodobnie obojętnie, jakich) uznałaby swoją porażkę, bo dla takiego widoku warto było jeszcze chwilę poczekać w zanurzeniu między falami. Tyle tylko, że to nie było w ich stylu. W stylu Ambroisa, ale także zgodne z tym, co było między nimi.
Nawet, jeśli zdecydowanie karmił tym oczy, nie zamierzał oddawać wygranej. Nie, jeżeli mógł jeszcze spróbować swoich sił we wspinaczce. Nie, skoro wygrana nadal nie była całkiem przesądzona. Nie był człowiekiem tego typu. Nie poddawał się do momentu, w którym nie czuł, że nie może już nic zrobić. Wysoka stawka, czyż nie? Miał naturalną tendencję do pożądania wygranej. W tej chwili na równi z jego dziewczyną.
Podjął zatem próbę wspinaczki na skałkę. W pierwszym ruchu, drugim, trzecim...
...no, zdecydowanie nie był ku temu stworzony. Podciągał się od krawędzi do krawędzi, od wyłomku do wyłomku, palce wciskał pomiędzy krawędziami. W tym momencie zaczął żałować, że nigdy nie zainteresował się głębiej chodzeniem po skałach. Jasne, miewał do czynienia z górami, ale nie ze wspinaczką górską a to, co w młodości przychodziło mu tu łatwo, teraz nagle zaczęło stanowić dla niego wyzwanie.
W tym wszystkim, bardzo przelotnie odnotował nawet to, że z dużym prawdopodobieństwem powinien nadrobić te braki. Raczej nie w Dolinie Godryka, nie w Exmoor ani nie w Whitby. Mimo wszystko, najlepszą opcją byłoby robić to w Snowdonii, do której chyba chyba na pewno, cóż jednak miał bardzo solidne powody, żeby wracać, nawet jeśli przed kilkoma dniami zarzekał się wewnętrznie, że już tego nie zrobi.
Zadziwiające jak szybko i łatwo zaczął przetrawiać te wszystkie zmiany. Choć w gruncie rzeczy, przecież nie były one dla niego nienaturalne. Wręcz przeciwnie: wszystko to stanowiło naturalny porządek rzeczy. Był szczęśliwy. Zmęczony po dyżurze, absurdalnie zmotywowany, żeby nie zwalić się ze skały i względnie szybko znaleźć się na górze, nawet jeśli nie widział już Geraldine, więc... ...cholera... ...łajza wygrała.
Ale przede wszystkim niemal chłopięco zadowolony z życia. I zziębnięty. Tak. Wynurzenie się całkiem z wody miało to do siebie, że teraz wiatr wydawał mu się jeszcze chłodniejszy i bardziej przeszywający. Wprost nieprzyjemny. A nie był jeszcze na szczycie skałki. Dopiero podciągnął się w górę, balansując przy samej krawędzi i...
AF (III) - ostatni ruch podczas wspinaczki
...z większą trudnością, niż mógłby chcieć przyznać albo pokazać, wciągnął się na samą górę, padając na brzuch na kamień. Oczywiście, że wyciągnął przy tym rękę, muskając palcami pień skarłowaciałej rośliny. Nie wiedział, czy Geraldine pamiętała o tej części zakładu.
- Wygrałem? - Więc oczywiście, że musiał to sobie z nią potwierdzić, nawet jeśli zrobił to w ten zdecydowanie niepoważny sposób.
Dobrze wiedział, kto tu jest zwycięzcą...
Czy jednak jakoś wyjątkowo się tym przejmował? Otóż nie. Nawet nie tyle niezupełnie, co całkowicie nie. Dokładnie tak jak w przypadku tego pierwszego zagrania, gdy bez cienia namysłu wpadł prosto w fale, nie mocząc się przedtem ostrożnie, tylko od razu z grubej rury rzucając się w nią całym sobą.
Wtedy prawie od razu tego pożałował, bo pierwsze świadome zetknięcie z morzem przyniosło niespodziewany chłód. Znacznie bardziej intensywny niż zakładał Roise, kiedy tak ochoczo podejmował wyzwanie. Teraz? Z początku wcale nie było aż tak źle.
Greengrass był zmotywowany. Skupiał się przede wszystkim właśnie na tym aspekcie swoich doznań. Na tej impulsywnej, zaciętej sile, która nim kierowała, która pchała go do przodu, nakazując mu jak najszybciej przecinać fale i próbować dopaść dziewczynę. Nawet, jeśli Geraldine miała nad nim wyjątkowo znaczną przewagę, przecież nie mógł poddać się w dwóch trzecich drogi. Kimże by wtedy był?
Zawsze, ale to zawsze starał się domykać swoje sprawy. Nie porzucał zakładów tylko dlatego, że zaczynał uświadamiać sobie topnienie szans na zwycięstwo. Doskonale wiedział, na co się pisze. Był świadomy formy Yaxleyówny, choć teraz poniekąd dodatkowo mu nią imponowała. Po prostu nie umiał przejść obojętnie wobec czegoś, co w gruncie rzeczy sprawiało frajdę zarówno jej, jak i jemu.
Tak, wygrana była ważna. Cholernie istotna. Przez większość czasu wręcz najważniejsza. Nie zamierzał poddawać się w momencie, w którym jeszcze nic nie było całkowicie rozstrzygnięte. Nadal mógł dać z siebie wszystko i spróbować nadrobić różnicę. Gdy był ku temu tak kurewsko zmotywowany jak w tej chwili, potrafił zmusić swoje ciało do niemal nadludzkiego wysiłku.
Nie zamierzał poddawać się tylko dlatego, że w momencie, w którym on dopływał do skały, jego dziewczyna była już praktycznie niemal w górnej połowie. Wspinała się szybko i zwinnie. Jeśli wcześniej była rybą, foczką, teraz przypominała wiewiórkę. Kto wie, być może nawet latającą. W końcu Geraldine miała wiele talentów.
Miała także naprawdę ładne pośladki. Opalone, odsłonięte, wyglądające naprawdę cholernie dobrze z tej perspektywy. Cała reszta też musiała co najmniej dorównywać temu widokowi. Szczególnie, że jego luba była mokra. Woda ciekła jej strużkami po skórze, bardzo delikatnie skrzyła się w bladych smugach światła, które z trudem przebijały się przez chmury.
Yaxleyówna wyglądała kusząco. Naprawdę absurdalnie dobrze, przy czym już na sam ten widok, znaczna część ludzi (prawdopodobnie obojętnie, jakich) uznałaby swoją porażkę, bo dla takiego widoku warto było jeszcze chwilę poczekać w zanurzeniu między falami. Tyle tylko, że to nie było w ich stylu. W stylu Ambroisa, ale także zgodne z tym, co było między nimi.
Nawet, jeśli zdecydowanie karmił tym oczy, nie zamierzał oddawać wygranej. Nie, jeżeli mógł jeszcze spróbować swoich sił we wspinaczce. Nie, skoro wygrana nadal nie była całkiem przesądzona. Nie był człowiekiem tego typu. Nie poddawał się do momentu, w którym nie czuł, że nie może już nic zrobić. Wysoka stawka, czyż nie? Miał naturalną tendencję do pożądania wygranej. W tej chwili na równi z jego dziewczyną.
Podjął zatem próbę wspinaczki na skałkę. W pierwszym ruchu, drugim, trzecim...
...no, zdecydowanie nie był ku temu stworzony. Podciągał się od krawędzi do krawędzi, od wyłomku do wyłomku, palce wciskał pomiędzy krawędziami. W tym momencie zaczął żałować, że nigdy nie zainteresował się głębiej chodzeniem po skałach. Jasne, miewał do czynienia z górami, ale nie ze wspinaczką górską a to, co w młodości przychodziło mu tu łatwo, teraz nagle zaczęło stanowić dla niego wyzwanie.
W tym wszystkim, bardzo przelotnie odnotował nawet to, że z dużym prawdopodobieństwem powinien nadrobić te braki. Raczej nie w Dolinie Godryka, nie w Exmoor ani nie w Whitby. Mimo wszystko, najlepszą opcją byłoby robić to w Snowdonii, do której chyba chyba na pewno, cóż jednak miał bardzo solidne powody, żeby wracać, nawet jeśli przed kilkoma dniami zarzekał się wewnętrznie, że już tego nie zrobi.
Zadziwiające jak szybko i łatwo zaczął przetrawiać te wszystkie zmiany. Choć w gruncie rzeczy, przecież nie były one dla niego nienaturalne. Wręcz przeciwnie: wszystko to stanowiło naturalny porządek rzeczy. Był szczęśliwy. Zmęczony po dyżurze, absurdalnie zmotywowany, żeby nie zwalić się ze skały i względnie szybko znaleźć się na górze, nawet jeśli nie widział już Geraldine, więc... ...cholera... ...łajza wygrała.
Ale przede wszystkim niemal chłopięco zadowolony z życia. I zziębnięty. Tak. Wynurzenie się całkiem z wody miało to do siebie, że teraz wiatr wydawał mu się jeszcze chłodniejszy i bardziej przeszywający. Wprost nieprzyjemny. A nie był jeszcze na szczycie skałki. Dopiero podciągnął się w górę, balansując przy samej krawędzi i...
AF (III) - ostatni ruch podczas wspinaczki
Rzut Z 1d100 - 40
Slaby sukces...
Slaby sukces...
...z większą trudnością, niż mógłby chcieć przyznać albo pokazać, wciągnął się na samą górę, padając na brzuch na kamień. Oczywiście, że wyciągnął przy tym rękę, muskając palcami pień skarłowaciałej rośliny. Nie wiedział, czy Geraldine pamiętała o tej części zakładu.
- Wygrałem? - Więc oczywiście, że musiał to sobie z nią potwierdzić, nawet jeśli zrobił to w ten zdecydowanie niepoważny sposób.
Dobrze wiedział, kto tu jest zwycięzcą...
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down