Morpheus przez cały czas, gdy trwały doniesienia, spisywano raporty i płynęły rozmowy, przepisywał swoje notatki z run na ogólnodostępny język i jakaś część jego umysłu była zajęta odtwarzaniem VI Suity Wiolonczelowej D-dur Jana Sebastiana Bacha, żeby nie słyszeć przynajmniej części tego czczego klepania jęzorem. Oczywiście, że to była magia, to byli czystokrwiści czarodzieje czy mugole, zaprzeczający istnieniu magii? Czy Dolina spłonęła? No nie wiedział, może gdyby przypomnieli sobie, jak opowiadał im jeszcze półtora tygodnia temu, o swoich wizjach, to wiedzieliby, że prawdopodobnie nie ma cegły na cegle i realistycznie są bezdomni. Chciałby powiedzieć, że taka zdrada ze strony rodziny, to gorzej niż Cruciatus w plecy, ale musiałby skłamać, bo nie była to prawda. Nie było nic gorszego niż to.
Ręka Morpheusa zaczęła się trząść, ale szybko schował ją pod stół i złapał za poły nadpalonej szaty. Był pełen goryczy, zmęczenia, ale przede wszystkim strachu, bo wszystko, co przewidywał, spełniało się i tego właśnie się lękał i miał wrażenie, że nikt nic nie zrobił, łącznie z nim. Że sprawa jest przegrana. Nikt nie pytał, kto żyje, gdzie są nieobecni członkowie Zakonu czy ich rodzina. Czy już byli tak odsunięci od własnych emocji, że ich to nie obchodziło? A może nie dopuszczali tego do siebie? Tyle pytań.
Ale się nie odezwał.
Parsknął pod nosem na żenująco szyderczą przemowę Erika. Może to jego, Złotego Chłopca Longbottmów, dziedzica Godryka, pana Detektywa, wystawią na Ministra Magii, w końcu... Nie dokończył myśli związanych z pacynkami, bo go zemdliło. Jego umysł był zbyt zmęczony, aby myśleć teraz jeszcze o takich koszmarkach z własnej woli. Pisanie, pisanie go uziemiało. Wszystko będą mieli na piśmie, a to, czego doświadczyli wspólnie z Jonathanem i Anthonym, będzie to Selwyn im przekaże, jego zdolności krasomówcze nie zostały sparaliżowane w żaden sposób. Po Fontannie lepiej już, żeby się nie odzywał. Miał być kompasem Dumbeldora. Koszmarny żart. Koszmarny. On nie potrafił znaleźć własnej północy, a co dopiero dla kogoś innego.
Jeżeli ta noc była testem ich możliwości, to oblali go z kretesem. Nie mieli haseł potwierdzających tożsamość, ludzi zaufanych w najbardziej newralgicznych miejscach. Gdy oni dywagowali pogardliwie nad wyborem nowego Ministra, ten stołek mógł już być przejęty i ogłoszony w porannym wydaniu Proroka.
Popatrzył na Thomasa, wrak człowieka owinięty bandażami. Przypominał mu mumię z Egiptu, wspomnienie nieco lepszego czasu z trefnym kursem balsamowania. Oby to nie była wyrocznia kukułki, a jedynie to, skojarzenie:
— Ja mam trzecie oko jakbyś chciał — zażartował ochrypłym głosem do Figga. I to było wszystko, co powiedział, bo nawet wewnętrznego monologu nie mógł ułożyć w sensowną całość.
!Trauma Ognia