28.05.2025, 18:01 ✶
Robert darzył podobnymi uczuciami trzy kluczowe dla jego politycznego życia kobiety. Osobiście nie miał nic przeciwko nim. Mógł plotkować z nimi, pić herbatę, dogadywać się w sprawach czysto organizacyjnych. Jednak politycznie każdej z nich był w stanie coś zarzucić. Eugenia Jenkins zupełnie nie radziła sobie z rolą Ministry i przymykała oko na zdecydowanie pro-voldemortowskie skręty niektórych działaczy Ministerstwa. Samantha, powierniczka Jenkins i kuzynka Roberta, była w swojej stanowczości niemal nieskuteczna, bo mało kto realnie traktował ją poważnie. Natomiast Lorien... cóż, była Lorien. Robert nie zgadzał się z nią niemal w każdej pojedynczej kwestii światopoglądowej, jej upodobanie do dementorów pozostawało etycznie niepokojące, a koneksje jej dawnego męża budziły wątpliwości. Trzeba było szukać sojuszników, a także godzić się na kompromisy. Jednak dobrze było też móc spojrzeć na siebie w lustro i nie zobaczyć człowieka, który zdradził własne ideały.
Anthony był roztrzęsiony, jednak Robert był zirytowany również jego postawą. Czemu ktoś tak ważny dawał się tak dotknąć strachowi? Był nielepszy niż Lorien, która pozwalała, by jej zachowaniem kierowały własne animozje, a nie racjonalne, polityczne argumenty. Wyrzucenie mugola czy kogokolwiek, kto nie stanowił bezpośredniego zagrożenia, było tragicznym wizerunkowym ruchem. Bywały takie momenty, że pośród tych wszystkich "przygotowanych do pełnienia władzy" czystokrwistych, Robert czuł się jedyną kompetentną osobą.
— Wolę, żeby przeżył tutaj i miał wyczyszczoną pamięć niż był kolejnym trupem na ulicach. Może mugolaków też mamy tu nie wpuszczać. Najlepiej od razu włóżmy maski i idźmy zarzynać brudnokrwistych na ulicach, kogo to obchodzi. Świetnie będziemy postrzegani w tym kryzysie — wycedził, spoglądając wokół, czy może żadna jasnowłosa dziennikarka nie opisywała tego zdarzenia samonotującym piórem. — Nigdy nie byliśmy po jednej stronie, Lorien. Wiesz to doskonale. To nie jest kwestia szlachetności, tylko tego, jak postrzegane będzie w przyszłości Ministerstwo. A ja nie zamierzam być pamiętany jako ktoś, kto wywalał rannych w płomienie przez durne uprzedzenia.
Hogwart był bezpieczny. Gdyby tak nie było, Robert już by tam był. Zabrałby tutaj Enid, znalazł jej bezpieczne schronienie. Tylko, że zdawał sobie sprawę z tego, że też w niemagicznym Londynie byli rodzice. Oni też musieli umierać z nerwów o swoje pociechy, chcieć zapewnić im bezpieczeństwo. Dlatego argumenty o czystokrwistych dzieciach po prostu do niego nie trafiały. Kiedyś, w Gryffindorze, przyjaźnił się z mugolakami, osobami półkrwi i czystkami. Wielu z nich radziło sobie z magią o niebo lepiej niż on.
Dopiero kiedy Shafiq zaczął mówić z sensem o zabezpieczeniu dokumentów, Robert przytaknął. Przez chwilę poczuł ukłucie współczucia wobec przyjaciela. Crouch może za bardzo się fiksował na działaniu w tej sytuacji, jego umysł po prostu koncentrował się i działał. Ta adrenalina dostarczała wszystkich bodźców, których potrzebował. Było co robić i konieczne było robienie tego teraz. Plan był taki: najpierw ogarnąć szaleństwo Lorien, powstrzymać ją przed pogrążeniem autorytetu Ministerstwa, a potem przenieść wszystkie osoby z drugiego piętra do Atrium i wysłać BUM do pilnowania dokumentów. Kolejnym punktom Robert pozwolił kształtować sie na bieżąco, w miarę rozwoju sytuacji.
Podszedł do mugola za Lorien, a kiedy Anthony znowu posłużył się włoską mową, niemal przewrócił oczami. Wszelkie współczucie zniknęło, wróciło to poczucie urazy, spotęgowane przez panujące emocje.
— Proszę kontynuować swoją pracę — powiedział w miarę spokojnie, choć stanął rzeczywiście pomiędzy bandażującym czarodziejem a Lorien.
— Chcecie wyrzucać stąd mojego brata? — w ich stronę nadszedł nieznajomy mężczyzna. Widać, że był rozechwiany emocjonalnie, bo jego twarz pokrywała wściekła czerwień. — Nie widzicie, co już robicie, czystki? Jeszcze wam mało?
— Opanujmy emocje, dobrze? Nikt nie chce nikogo wyrzucać. Nazywam się Robert Crouch i... — nie skończył mówić, bo nagle w jego stronę poszybowała rozpędzona pięść mugolaka.
Ostatnio Robert został uderzony w szkole, chyba w pierwszej klasie. Dlatego cios w twarz, na tym etapie życia i kariery, zszokował go. Cholera, był jednak funkcjonariuszem publicznym. A teraz czuł, że jego twarz puchła od bólu, a w ustach zbierał się metaliczny smak. Do mugolaka natychmiast dopadł BUM-owiec, obezwładniając go. Crouch natomiast przez chwilę trzymał się za twarz, niezdolny do mówienia przez ból w policzku. Ten mugolak miał naprawdę niezły prawy sierpowy.
Przeklęta Lorien...
Anthony był roztrzęsiony, jednak Robert był zirytowany również jego postawą. Czemu ktoś tak ważny dawał się tak dotknąć strachowi? Był nielepszy niż Lorien, która pozwalała, by jej zachowaniem kierowały własne animozje, a nie racjonalne, polityczne argumenty. Wyrzucenie mugola czy kogokolwiek, kto nie stanowił bezpośredniego zagrożenia, było tragicznym wizerunkowym ruchem. Bywały takie momenty, że pośród tych wszystkich "przygotowanych do pełnienia władzy" czystokrwistych, Robert czuł się jedyną kompetentną osobą.
— Wolę, żeby przeżył tutaj i miał wyczyszczoną pamięć niż był kolejnym trupem na ulicach. Może mugolaków też mamy tu nie wpuszczać. Najlepiej od razu włóżmy maski i idźmy zarzynać brudnokrwistych na ulicach, kogo to obchodzi. Świetnie będziemy postrzegani w tym kryzysie — wycedził, spoglądając wokół, czy może żadna jasnowłosa dziennikarka nie opisywała tego zdarzenia samonotującym piórem. — Nigdy nie byliśmy po jednej stronie, Lorien. Wiesz to doskonale. To nie jest kwestia szlachetności, tylko tego, jak postrzegane będzie w przyszłości Ministerstwo. A ja nie zamierzam być pamiętany jako ktoś, kto wywalał rannych w płomienie przez durne uprzedzenia.
Hogwart był bezpieczny. Gdyby tak nie było, Robert już by tam był. Zabrałby tutaj Enid, znalazł jej bezpieczne schronienie. Tylko, że zdawał sobie sprawę z tego, że też w niemagicznym Londynie byli rodzice. Oni też musieli umierać z nerwów o swoje pociechy, chcieć zapewnić im bezpieczeństwo. Dlatego argumenty o czystokrwistych dzieciach po prostu do niego nie trafiały. Kiedyś, w Gryffindorze, przyjaźnił się z mugolakami, osobami półkrwi i czystkami. Wielu z nich radziło sobie z magią o niebo lepiej niż on.
Dopiero kiedy Shafiq zaczął mówić z sensem o zabezpieczeniu dokumentów, Robert przytaknął. Przez chwilę poczuł ukłucie współczucia wobec przyjaciela. Crouch może za bardzo się fiksował na działaniu w tej sytuacji, jego umysł po prostu koncentrował się i działał. Ta adrenalina dostarczała wszystkich bodźców, których potrzebował. Było co robić i konieczne było robienie tego teraz. Plan był taki: najpierw ogarnąć szaleństwo Lorien, powstrzymać ją przed pogrążeniem autorytetu Ministerstwa, a potem przenieść wszystkie osoby z drugiego piętra do Atrium i wysłać BUM do pilnowania dokumentów. Kolejnym punktom Robert pozwolił kształtować sie na bieżąco, w miarę rozwoju sytuacji.
Podszedł do mugola za Lorien, a kiedy Anthony znowu posłużył się włoską mową, niemal przewrócił oczami. Wszelkie współczucie zniknęło, wróciło to poczucie urazy, spotęgowane przez panujące emocje.
— Proszę kontynuować swoją pracę — powiedział w miarę spokojnie, choć stanął rzeczywiście pomiędzy bandażującym czarodziejem a Lorien.
— Chcecie wyrzucać stąd mojego brata? — w ich stronę nadszedł nieznajomy mężczyzna. Widać, że był rozechwiany emocjonalnie, bo jego twarz pokrywała wściekła czerwień. — Nie widzicie, co już robicie, czystki? Jeszcze wam mało?
— Opanujmy emocje, dobrze? Nikt nie chce nikogo wyrzucać. Nazywam się Robert Crouch i... — nie skończył mówić, bo nagle w jego stronę poszybowała rozpędzona pięść mugolaka.
Ostatnio Robert został uderzony w szkole, chyba w pierwszej klasie. Dlatego cios w twarz, na tym etapie życia i kariery, zszokował go. Cholera, był jednak funkcjonariuszem publicznym. A teraz czuł, że jego twarz puchła od bólu, a w ustach zbierał się metaliczny smak. Do mugolaka natychmiast dopadł BUM-owiec, obezwładniając go. Crouch natomiast przez chwilę trzymał się za twarz, niezdolny do mówienia przez ból w policzku. Ten mugolak miał naprawdę niezły prawy sierpowy.
Przeklęta Lorien...