06.06.2025, 18:24 ✶
Szerokie uśmiechy na twarzach pracujących w kuchni młodych przyniosły mu niespodziewany komfort. Świat się nie zawalił: Keyleth i Lewis pichcili razem na rejwachowej kuchni, najwyraźniej we wcale nie najgorszych humorach. I powiedzcie: czy tak naprawdę mógłby wyglądać koniec? Ta scena podniosła Tarpowi morale. Przechwalanie się krojeniem selera przez Keyleth skwitował uśmiechem oraz kciukiem uniesionym w górę. Tak trzymać, mówiło jego spojrzenie, gdy ich zostawiał, aby wyjść na piekielną ulicę Śmiertelnego Nokturnu, gdzie atmosfera była radykalnie odmienna.
Wśród ogólnego obrazu przejmującej do głębi rozpaczy usłyszał zaraz znajomy głos i w odpowiedzi na słowa młodego czarodzieja uniósł w niedowierzaniu brew.
— Para? No patrz ty, a mnie to się zdało, że ty już tam żeś miał parę na kuchni — zaśmiał się chytrze, nie mogąc się powstrzymać od dźgnięcia Lewisa tym przytykiem wygłoszonym w stylu wujasa pytającego o tę pannicę, co go z nią widział. — Żonie już ją przedstawiłeś? — zapytał, nawiązując do listu o rodzinie małych McKinnonów na utrzymaniu, który jakiś czas temu wystosował do niego kucharzyna.
Ani myślał odganiać swojego dzielnego pracownika, jeśli ten chciał się z nim błąkać. Chłopak może i chuchro, ale pozory myliły — mocny był, i tutejszy przede wszystkim. Woody wiedział, że nie będzie się trzeba o niego martwić, a dodatkowa para rąk mogła okazać się naprawdę przydatna.
— Idziemy na Warsztat. Do Braciszków Rumiana Czacha, tych, co to się z Harpiami ciągle gryzą. Szlajam się do nich ostatnio tyle i zawracam gitarę, że by wypadało zobaczyć, jak tam u nich sytuacja. No i wiesz, najważniejsze — uniósł palec do góry, aby podkreślić wagę mającej nastąpić deklaracji — jak Warsztat spłonie, to nie kupię tego zasranego motocykla do latania, co się na niego czaję, nie? A jak nie spłonie, dzięki nam oczywiście... ha, no to jest już argument za zniżką na zakupy. — Była to cenna lekcja: lekcja chytrości i interesowności. Zgrabnie kamuflowała fakt, że Woody Tarpaulin podejrzewał najgorsze, a najgorszego wcale tym ludziom nie życzył. — Musimy tylko dopilnować, żeby na pewno ich mamuśka…
Nie wydostała się z płomieni — miał dokończyć, lecz biorąc pod uwagę, że żywioł szalał wokół nich podsycany czarnomagiczną klątwą i zbierał mordercze żniwo, nawet jajcarz Woody ugryzł się w język.
— Ta stara kurwa babilońska nie pozwoli na nic dać rabatu — burknął tylko. Bo Mamuśka była okrutną sknerą, która dyrygowała swoimi dorosłymi synami i twardo trzymała ich pod butem, mimo że… — Jak będą mieć kłopoty, to przez nią. Mówią, że ona charłaczka, ale wiesz jak jest. Wszyscy wiemy, że zanim do synalków sowa z Hogwartu nie przyleciała, to ta stara z magią miała do czynienia co najwyżej w horoskopach z mugolskich szmatławców. I to chłopakom przyznam, że trzeba żelaznego jaja, żeby na Nokturnie mugolkę trzymać.
Prowadząc Lewisa przez Nokturn z tą paplaniną na ustach, mężczyzna doprowadził ich pod Warsztat, a jego przypuszczenia się potwierdziły — z okien na piętrze budynku buchały piekielne kłęby smolistego dymu, a ogień powoli wędrował po fasadzie w dół. Brama wejściowa była otwarta, a przed nią stało kilka bohatersko ewakuowanych motocykli, w środku zaś słychać było podniesione głosy i łomoty.
Wśród ogólnego obrazu przejmującej do głębi rozpaczy usłyszał zaraz znajomy głos i w odpowiedzi na słowa młodego czarodzieja uniósł w niedowierzaniu brew.
— Para? No patrz ty, a mnie to się zdało, że ty już tam żeś miał parę na kuchni — zaśmiał się chytrze, nie mogąc się powstrzymać od dźgnięcia Lewisa tym przytykiem wygłoszonym w stylu wujasa pytającego o tę pannicę, co go z nią widział. — Żonie już ją przedstawiłeś? — zapytał, nawiązując do listu o rodzinie małych McKinnonów na utrzymaniu, który jakiś czas temu wystosował do niego kucharzyna.
Ani myślał odganiać swojego dzielnego pracownika, jeśli ten chciał się z nim błąkać. Chłopak może i chuchro, ale pozory myliły — mocny był, i tutejszy przede wszystkim. Woody wiedział, że nie będzie się trzeba o niego martwić, a dodatkowa para rąk mogła okazać się naprawdę przydatna.
— Idziemy na Warsztat. Do Braciszków Rumiana Czacha, tych, co to się z Harpiami ciągle gryzą. Szlajam się do nich ostatnio tyle i zawracam gitarę, że by wypadało zobaczyć, jak tam u nich sytuacja. No i wiesz, najważniejsze — uniósł palec do góry, aby podkreślić wagę mającej nastąpić deklaracji — jak Warsztat spłonie, to nie kupię tego zasranego motocykla do latania, co się na niego czaję, nie? A jak nie spłonie, dzięki nam oczywiście... ha, no to jest już argument za zniżką na zakupy. — Była to cenna lekcja: lekcja chytrości i interesowności. Zgrabnie kamuflowała fakt, że Woody Tarpaulin podejrzewał najgorsze, a najgorszego wcale tym ludziom nie życzył. — Musimy tylko dopilnować, żeby na pewno ich mamuśka…
Nie wydostała się z płomieni — miał dokończyć, lecz biorąc pod uwagę, że żywioł szalał wokół nich podsycany czarnomagiczną klątwą i zbierał mordercze żniwo, nawet jajcarz Woody ugryzł się w język.
— Ta stara kurwa babilońska nie pozwoli na nic dać rabatu — burknął tylko. Bo Mamuśka była okrutną sknerą, która dyrygowała swoimi dorosłymi synami i twardo trzymała ich pod butem, mimo że… — Jak będą mieć kłopoty, to przez nią. Mówią, że ona charłaczka, ale wiesz jak jest. Wszyscy wiemy, że zanim do synalków sowa z Hogwartu nie przyleciała, to ta stara z magią miała do czynienia co najwyżej w horoskopach z mugolskich szmatławców. I to chłopakom przyznam, że trzeba żelaznego jaja, żeby na Nokturnie mugolkę trzymać.
Prowadząc Lewisa przez Nokturn z tą paplaniną na ustach, mężczyzna doprowadził ich pod Warsztat, a jego przypuszczenia się potwierdziły — z okien na piętrze budynku buchały piekielne kłęby smolistego dymu, a ogień powoli wędrował po fasadzie w dół. Brama wejściowa była otwarta, a przed nią stało kilka bohatersko ewakuowanych motocykli, w środku zaś słychać było podniesione głosy i łomoty.
piw0 to moje paliwo