07.06.2025, 03:11 ✶
Małe miasteczka na ogół miały to do siebie, że były wyjątkowo ciche, zwłaszcza w takich okresach jak ten, czyli praktycznie po sezonie letnim, gdy bywało tu zdecydowanie więcej życia. Nie wyjątkowo dużo, przynajmniej nie tak jak w wielu innych malowniczych nadmorskich lokalizacjach. Nawet nie tak jak w Dolinie Godryka za czasów, gdy jeszcze widma nie siały tam zgrozy i zamętu.
Pomimo niezwykłej bliskości nie jednego a dwóch parków krajobrazowych, to chyba nigdy nie był przesadnie turystyczny zakątek Devon. Większość życia skupiała się wokół trochę większych miast, do których zresztą był praktycznie rzut beretem. Może nie kilkanaście minut z buta tak jak w przypadku miasteczka, do którego przypałętali się dzisiejszego popołudnia (szczególnie, że w tę stronę mieli jeszcze dodatkowo praktycznie cały czas z górki w dół), ale na tyle blisko, że w godzinę można było postawić stopę pomiędzy pierwszymi zabudowaniami.
Ich jednak zdecydowanie nie przyciągały te dalej położone miejsca. Nie. Z jakiegoś przedziwnego (a może nie? może całkiem prozaicznego?) powodu, podświadomie zdecydowali się właśnie na ten konkretny kawałek sielskiego wiejskiego świata. I prawdopodobnie z dokładnie tej samej przyczyny nie wzięli przy tym pod uwagę tego, że mogło być tu nawet aż nazbyt niebiańsko. Tak, w tym martwym sensie.
Oczywiście, Whitby też nie było centrum popołudniowo-wieczornego życia. Nocnego tym bardziej nie. Jednak tam na ogół trzymali się z boku. W swoim życiu, w tamtych stronach nie urządzali zbyt wielu podobnych pijanych eskapad. No, Ambroise ostatnio jedną urządził. Samotnie, choć miała być wspólna, jednakże wtedy zdecydowanie nie było mu tak wesoło.
Nie czuł tego samego, co w tej chwili. Tej lekkości, tej wręcz dziecięcej radości, podekscytowania płynącego chuj wie skąd i prowadzącego chuj wie dokąd (dobrze, że chuj to istota wszechwiedząca, nie?), ale skierowanego już nie tylko chuj wie, do kogo.
Przystanął, pozwalając dziewczynie wesprzeć się na jego ramieniu i lekko je ścisnąć (chociaż dla kogokolwiek innego byłobu oczywiste, że to ona trzyma równowagę za nich oboje) i uniósł brew, patrząc na nią z tym uśmiechem, który od lat miał zarezerwowany wyłącznie dla niej. Tym bezwstydnym, roziskrzonym, trochę rozkojarzonym, zdecydowanie pełnym aprobaty. Nawet nie musiała robić tej swojej miny, choć...
...cholera, tym też go przekonywała.
Zespół wewnątrz budynku grał tak energicznie, jakby nikt nigdy nie powiedział tym ludziom, że świat potrafi być smutny. A może właśnie dlatego tak grali. Po to, żeby nikt o tym nie pamiętał. Cały świat zdawał się teraz prostszy, jaśniejszy.
Mogłoby się zdawać, że w takim stanie jest zupełnie bezużytecznie nieracjonalnie kompromisowy. Po prawdzie, dokładnie tak to wyglądało. Nawet, jeśli chodziło o podejmowanie potencjalnie poważnych decyzji. Alkohol rozplótł w nim wszystkie supły, które normalnie trzymały go czujnego, względnie rozsądnego i taktycznego. Teraz był raczej...
...półpłynny. W wielu, naprawdę wielu procentach składający się z alkoholu. Rozlany po całej szerokości chodnika. Dosłownie i w przenośni, bowiem względnie ciężko było mu trzymać prosty tor stawiania kroków. Momentami wylewał się na ulicę. Całe szczęście pustą. W innych chwilach przelewał się przez jeden pas trawnika prawie w krzaki po drugiej stronie ścieżki.
Nawet nie próbował tego zmieniać. Zupełnie nie kojarzył momentów, kiedy Yaxleyówna ściągała go we względnie właściwy kawałek ulicy. A może to on ściągał ją? Być może ściągali się nawzajem? Lub wcale tego nie robili? To był szczęśliwy traf? Łut szczęścia, jakie zdecydowanie dziś im dopisywało?
Od godziny śmiał się z rzeczy, które prawdopodobnie tylko im dwojgu wydawały się zabawne, choć zdecydowanie raczyli nimi całą najbliższą okolicę. Jego śmiech niósł się po pustych uliczkach z takim echem, że gdyby było to kilka godzin później, pewnie usłyszałby co najmniej ze trzy:co to jest?! Spać nie mogę!, na które w tym stanie upojenia zapewne niezmiernie pomocnie odpowiedziałby: bezsenność i byłby niezmiernie samozadowolony z poziomu tejże riposty.
- Niech stracę - powiedział z rozbawieniem, w rzeczywistości cholernie mając na to ochotę; nie na stracenie, tylko na zrobienie dokładnie tego, co sugerowała mu Geraldine. - Ale jak wyprowadzą mnie za fraki, udawaj, że się nie znamy. Ratuj się, uciekaj, na mnie nie patrz - powiedział z lekko zawadiackim uśmiechem.
Uśmiech nie schodził mu z twarzy. W jego oczach lśniły iskierki czegoś na kształt szaleństwa. Oczywiście, że nie zamierzał odmawiać żadnych opcji, które potęgowały ten cudowny stan upojenia. Nie tylko alkoholem, ale i tym wszystkim, co między nimi istniało.
- Tylko dyskretnie, po cichutku, cichosza - rzucił konspiracyjnie, jakby całkiem zapomniał o tym, że kilka minut temu... ...mhm... ...ledwo trzymał się na nogach.
Z pewnością mieli być cisi. Cichuteńcy. Zgrani z rytmem czy coś.
Pomimo niezwykłej bliskości nie jednego a dwóch parków krajobrazowych, to chyba nigdy nie był przesadnie turystyczny zakątek Devon. Większość życia skupiała się wokół trochę większych miast, do których zresztą był praktycznie rzut beretem. Może nie kilkanaście minut z buta tak jak w przypadku miasteczka, do którego przypałętali się dzisiejszego popołudnia (szczególnie, że w tę stronę mieli jeszcze dodatkowo praktycznie cały czas z górki w dół), ale na tyle blisko, że w godzinę można było postawić stopę pomiędzy pierwszymi zabudowaniami.
Ich jednak zdecydowanie nie przyciągały te dalej położone miejsca. Nie. Z jakiegoś przedziwnego (a może nie? może całkiem prozaicznego?) powodu, podświadomie zdecydowali się właśnie na ten konkretny kawałek sielskiego wiejskiego świata. I prawdopodobnie z dokładnie tej samej przyczyny nie wzięli przy tym pod uwagę tego, że mogło być tu nawet aż nazbyt niebiańsko. Tak, w tym martwym sensie.
Oczywiście, Whitby też nie było centrum popołudniowo-wieczornego życia. Nocnego tym bardziej nie. Jednak tam na ogół trzymali się z boku. W swoim życiu, w tamtych stronach nie urządzali zbyt wielu podobnych pijanych eskapad. No, Ambroise ostatnio jedną urządził. Samotnie, choć miała być wspólna, jednakże wtedy zdecydowanie nie było mu tak wesoło.
Nie czuł tego samego, co w tej chwili. Tej lekkości, tej wręcz dziecięcej radości, podekscytowania płynącego chuj wie skąd i prowadzącego chuj wie dokąd (dobrze, że chuj to istota wszechwiedząca, nie?), ale skierowanego już nie tylko chuj wie, do kogo.
Przystanął, pozwalając dziewczynie wesprzeć się na jego ramieniu i lekko je ścisnąć (chociaż dla kogokolwiek innego byłobu oczywiste, że to ona trzyma równowagę za nich oboje) i uniósł brew, patrząc na nią z tym uśmiechem, który od lat miał zarezerwowany wyłącznie dla niej. Tym bezwstydnym, roziskrzonym, trochę rozkojarzonym, zdecydowanie pełnym aprobaty. Nawet nie musiała robić tej swojej miny, choć...
...cholera, tym też go przekonywała.
Zespół wewnątrz budynku grał tak energicznie, jakby nikt nigdy nie powiedział tym ludziom, że świat potrafi być smutny. A może właśnie dlatego tak grali. Po to, żeby nikt o tym nie pamiętał. Cały świat zdawał się teraz prostszy, jaśniejszy.
Mogłoby się zdawać, że w takim stanie jest zupełnie bezużytecznie nieracjonalnie kompromisowy. Po prawdzie, dokładnie tak to wyglądało. Nawet, jeśli chodziło o podejmowanie potencjalnie poważnych decyzji. Alkohol rozplótł w nim wszystkie supły, które normalnie trzymały go czujnego, względnie rozsądnego i taktycznego. Teraz był raczej...
...półpłynny. W wielu, naprawdę wielu procentach składający się z alkoholu. Rozlany po całej szerokości chodnika. Dosłownie i w przenośni, bowiem względnie ciężko było mu trzymać prosty tor stawiania kroków. Momentami wylewał się na ulicę. Całe szczęście pustą. W innych chwilach przelewał się przez jeden pas trawnika prawie w krzaki po drugiej stronie ścieżki.
Nawet nie próbował tego zmieniać. Zupełnie nie kojarzył momentów, kiedy Yaxleyówna ściągała go we względnie właściwy kawałek ulicy. A może to on ściągał ją? Być może ściągali się nawzajem? Lub wcale tego nie robili? To był szczęśliwy traf? Łut szczęścia, jakie zdecydowanie dziś im dopisywało?
Od godziny śmiał się z rzeczy, które prawdopodobnie tylko im dwojgu wydawały się zabawne, choć zdecydowanie raczyli nimi całą najbliższą okolicę. Jego śmiech niósł się po pustych uliczkach z takim echem, że gdyby było to kilka godzin później, pewnie usłyszałby co najmniej ze trzy:co to jest?! Spać nie mogę!, na które w tym stanie upojenia zapewne niezmiernie pomocnie odpowiedziałby: bezsenność i byłby niezmiernie samozadowolony z poziomu tejże riposty.
- Niech stracę - powiedział z rozbawieniem, w rzeczywistości cholernie mając na to ochotę; nie na stracenie, tylko na zrobienie dokładnie tego, co sugerowała mu Geraldine. - Ale jak wyprowadzą mnie za fraki, udawaj, że się nie znamy. Ratuj się, uciekaj, na mnie nie patrz - powiedział z lekko zawadiackim uśmiechem.
Uśmiech nie schodził mu z twarzy. W jego oczach lśniły iskierki czegoś na kształt szaleństwa. Oczywiście, że nie zamierzał odmawiać żadnych opcji, które potęgowały ten cudowny stan upojenia. Nie tylko alkoholem, ale i tym wszystkim, co między nimi istniało.
- Tylko dyskretnie, po cichutku, cichosza - rzucił konspiracyjnie, jakby całkiem zapomniał o tym, że kilka minut temu... ...mhm... ...ledwo trzymał się na nogach.
Z pewnością mieli być cisi. Cichuteńcy. Zgrani z rytmem czy coś.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down