08.06.2025, 17:42 ✶
Nie wiedział dokładnie, po co zeszli do miasteczka. Po prawdzie, Ambroise w ogóle niewiele pamiętał z momentu, w którym podjęli decyzję o wyjściu z domu po raz drugi. Mógłby przysiąc, że miał gdzieś zapisany w pamięci jakiś plan, ale teraz wszystko wydawało mu się rozmyte. I nie, nie chodziło wyłącznie o obraz, który falował przed jego oczami przy każdym ruchu głowy. Nie, nie, wcale.
Roise poruszał się jak człowiek, który jest równie pewny siebie, co totalnie pozbawiony kontroli nad własnym ciałem i był przy tym skory z równym zacięciem twierdzić, że to, że kompletnie nie wiedzą, co robią, nie ma najmniejszego znaczenia. Liczyło się wyłącznie to, że spędzali tę chwilę zupełnie na swoich własnych zasadach.
Poza tym pojawili się tu dokładnie wtedy, gdy miasto umilkło a ten jeden budynek postanowił się obudzić. Jeśli to nie było przeznaczenie, jeżeli to nie był znak, że wszystko nareszcie zaczyna się powodzić, to Greengrass zupełnie nie wiedział, co nim jest. Tym bardziej, że nie zamierzali zrobić nic całkowicie złego z tą nagłą okazją, jaką im się przytrafiła, czyż nie? To nie tak, że zamierzali w przesadnie zdrożny sposób wykorzystać okoliczności, które darował im los. Nie to, żeby nawet wtedy jakoś specjalnie się tym przejmował, no ale...
...po prostu zamierzali napić się przy barze. Wypić może kieliszek, może dwa, może trzy, może całą butelkę. No, nie więcej niż parę, bo przecież znali swoje możliwości. Mhm. Może zaliczyć jakiś taniec.
A może gówno miało z tego wyjść, ale podejrzewał, że w tym stanie, wyrzucani z lokalu raczej mieli śmiać się do łez, zataczając się do tyłu aż jedno z nich potknie się o własne nogi a drugie poleci za nim, bo oboje trzymali się siebie nawzajem zbyt mocno, żeby puścić we właściwym momencie. Na tym etapie to nie było już wyłącznie czysto romantyczne prowadzenie się za rękę lub pod nią. O nie. To było czyste jesteśmy razem, więc razem idziemy też na dno, toteż lepiej spróbujmy się nie wyjebać.
I jak na ten moment, to działało. Nie wyjebali się. Całkiem gładko doszli do tej kamienicy, przemierzając prawie całe miasteczko duchów. Bo doszli do kamienicy, tak? Nie miał zielonego pojęcia, czy to jest kamienica, czy może dworzec kolejowy (choć po prawdzie nie widział tu chyba żadnych torów) albo stary urząd pocztowy przerobiony na coś, co teraz służyło ludziom do czegoś zupełnie odwrotnego niż biurokracja.
Cały ten wiejski zakątek Devon przypominał obecnie opuszczoną makietę z martwą stacją końcową pociągu-widma (czyli może to jednak była stara infrastruktura kolejowa?), ale tam w środku działo się coś, co kusiło ich bardziej niż jakiekolwiek rozsądne decyzje. Zresztą, zdrowy rozsądek chyba już dosyć dawno postanowił dać sobie spokój.
Wszystko zdawało się dryfować. Chodnik, światła, muzyka, ich własne ciała. Cały świat był lekko rozmyty i falujący. Budynek stał się rozmazanym prostokątem światła i dźwięku, lekko kołyszącym się na krawędzi pola widzenia Ambroisa, który spojrzał na Geraldine spod przymrużonych powiek. Dosłownie dlatego, że zmuszenie powiek do utrzymania pełnego otwarcia było obecnie nieco ponad jego możliwości.
Oparł się mocniej na ramieniu dziewczyny. Niby bezmyślnie, teoretycznie w wyrazie bliskości, jednak w rzeczywistości był to dla niego również jedyny sposób, by nie zatoczyć się w najbliższy żywopłot. A potem kiwnął głową, odchrząkując.
Wiedział, co znaczyła ta mina jeszcze zanim Yaxleyówna postanowiła wyrazić dezaprobatę wobec jego oferty poświęcenia się na rzecz jej własnej ucieczki. Oczywiście, że nie zamierzała udawać, że go nie zna. Wiedział, że nie miała najmniejszego zamiaru wycofać się z bycia jego plus jeden na fecie, na którą żadne z nich nie zostało zaproszone i stać się osobnym gościem, który tylko przypadkiem zaczął z nim imprezować. Nawet jeśli on tak naprawdę nie miałby nic przeciwko, nie pozwoliłaby mu na to. To zdecydowanie było wykluczone.
Skapitulował. Nawet nie próbował przekonywać dziewczyny o zaletach wzięcia na siebie ewentualnej uwagi, żeby ona mogła zwiać tylnymi drzwiami. Wiedział, że tak czy inaczej Geraldine zdążyła już podjąć decyzję i jeśli był mądry (a o dziwo, wciąż jeszcze odrobinę był) to powinien po prostu podporządkować się temu, co sobie założyła.
Miał w sobie jeszcze resztki tej nieco irracjonalnej czujności, która zwykle trzymała go we względnych granicach rozsądku. Tak, nawet jeśli jednocześnie był już zupełnie wypłukany z jakichkolwiek zasad towarzyskich, jakie zwykł narzucać sobie w ostatnim czasie. Tych, przez które będąc samemu raczej nie wpadłby na to, żeby zrobić coś takiego.
No cóż, Geraldine była jednym z wyjątków, przez które niegdyś nie miał tych granic. Przy niej nie zwykł się pilnować. Teraz też nie zamierzał mieć kija w dupie. Wystarczająco mocno miarkował się w czasie, w którym byli osobno, kolejny raz biorąc na siebie wszystkie te rodowe obowiązki. Teraz zamierzał zacząć je z siebie zrzucać (tym bardziej, że nikt tego nie doceniał), więc zdecydowanie zamierzał sobie pofolgować.
- No dobra, dobra - mruknął z rozbawieniem, całkiem żartobliwie, chociaż w jego głosie zabrzmiało także coś innego.
Bardziej aprobującego, zadowolonego z tego, co kryło się za przekazem, który usłyszał. Za ostatecznym, pijanym potwierdzeniem tego, że w na powrót w pełni są już pakietem łączonym. Bo tak, znał ten ton. Znał go tak dobrze, że nawet w tym stanie (a może właśnie przez to, że w nim był) zareagował kapitulacją. Geraldine robiła tę swoją minę.
Tę, która kończyła dyskusję. Tę, przez którą od lat czuł, że jest gotów dać popchnąć się do piekła i z powrotem, jeśli tylko jego dziewczyna zrobi odpowiedni wyraz twarzy. I wszystko wskazywało na to, że właśnie teraz go zrobiła. No cóż.
Roise był świadomy wielu rzeczy. Zresztą, jakkolwiek mocno próbowałby nie dopuszczać do siebie części informacji, zazwyczaj to był jego główny problem. Nie chciał wiedzieć, nie chciał mieć świadomości, usiłował wypierać wiele niewygodnych faktów, ale nie był aż takim ignorantem jak mogłoby się zdawać.
Po prawdzie, przeznaczał naprawdę sporo zasobów energetycznych i poznawczych na to, żeby nie zauważać. Na przykład tego jak absurdalnie łatwo pozwalał Geraldine podejmować ostateczne decyzje odnośnie ich planów. Nie tylko teraz, nie tylko w tym stanie.
Nie o to chodziło. Nie o alkohol. To ona miała taką właściwość. Naprawdę miał wrażenie, że wystarczyłoby jedno jej spojrzenie, żeby wpakował się gdzieś, gdzie wcale nie zamierzał się wyładowywać. A tym wypadku zamierzał.
Nawet na ułamek sekundy nie zawiesił się gdzieś między nie wypada a kurwa, czemu nie. Nie, zdecydowanie tego nie zrobił. Nie miał żadnych obiekcji wobec tego, co planowali. To było trochę tak, jakby po tych dwóch dniach z kawałkiem wreszcie odzyskał siebie, więc warto było to uczcić. Poza tym, czy było lepsze miejsce niż wesele, żeby się weselić?
Zresztą, nie wchodząc do środka, jaką mogli mieć pewność, że to rzeczywiście było cudze wesele? Czy może po prostu jakaś spontaniczna potańcówka, jaką urządza się, kiedy świat z jakiegoś niezrozumiałego powodu jeszcze się nie zawalił?
Tak, tak. Musieli tam wejść i osobiście to sprawdzić. Ambroise nie potrzebował dalszych wymówek. Nie musiał nic sobie racjonalizować czy wyjaśniać. To nie miało większego znaczenia, bo w tej chwili i tak wszystko zdawało się absurdalnie możliwe. Nawet to, że nikt nie zatrzyma ich w drzwiach z pytaniem: a wy to kto?, że nikt nie zauważy w jakim są stanie, że nikt nie wpadnie na to, żeby ich wyprosić, zanim zdążą zatańczyć choć jeden raz.
Mocniej wyciągnął rękę w kierunku Geraldine i pozwolił dziewczynie oprzeć mu się o przedramię, choć prawda była taka, że oboje w tym momencie trzymali się nawzajem w pionie. Mimo tego, że mieli wyjątkowo dużą tolerancję na alkohol, w tej chwili naprawdę ledwo trzymali pion, nawet stojąc w jednym miejscu i jeszcze nie robiąc żadnych poważniejszych ruchów. Był tego boleśnie świadomy i tak po prawdzie: bardziej rozbawiony z tego powodu niż powinien być.
Oczywiście, alkohol miał tę cudowną właściwość. Poza tym rozluźniał myśli i rozwiązywał język, przez co dużo łatwiej było przeszacowywać swoje możliwości oraz zgadzać się na najróżniejsze pomysły, nie do końca rozważając ich techniczną stronę wykonania. Może te nadprogramowe procenty trochę plątały mu przy tym nogi nogi, ale w pozytywnym sensie wyłączały wszystkie bezpieczniki i zdejmowały filtry. A więc mogli wszystko.
- To już nawet nie próbuję ukrywać, że weszliśmy tu razem a nie, że poznaliśmy się na przyjęciu - choć tak po prawdzie, nie byłoby to aż takie znowu złe.
Zdecydowanie czuł się na siłach, żeby ją poderwać. Tak, naprawdę wierzył we własne zdolności, nawet w stanie, w którym się znajdował. A może zwłaszcza w nim? Bo przecież, mimo całej ilości alkoholu w ich krwiobiegu, oboje trzymali się nie tylko pionu, ale i klasy. Pionu i poziomu. Wysokiego poziomu rozmowy, jaką mogliby przeprowadzić, dla niepoznaki udając nieznajomych. Przynajmniej w jego mniemaniu.
Jeszcze raz spojrzał w stronę drzwi. Może to przez ten alkohol. A może przez fakt, że po raz pierwszy od bardzo dawna świat przestał być cholernie skomplikowany.
- Chodź tu - przyciągnął ją do siebie, w tym samym momencie, w którym ona też go pociągnęła.
Może nieco zbyt entuzjastycznie, ale kto by się tym przejmował.
- Jak wyrzucą nas drzwiami, to wrócimy oknem... ...albo powiemy, że jesteśmy z orkiestry - wymamrotał, imitując ton głosu kogoś, kto został właśnie przyłapany na kiepskiej próbie blefu.
Uśmiechnął się jak ktoś, kto właśnie zdecydował, że nie będzie przejmować się jutrem, po czym kiwnął głową i rzucił porozumiewawcze spojrzenie w kierunku Geraldine. Nie, to nie był tylko alkohol. Nie tylko alkohol wprawiał go w ten nastrój. Nie tylko alkohol to wszystko powodował.
Dał pociągnąć się do wejścia. Zrobili krok. A potem jeszcze jeden. Właściwie, po kilku już nie był pewien, kto kogo prowadził. Może Geraldine jego. Może on ją. Może tylko udawali, że nie są aż tak pijani, by się zgubić na prostej drodze do wejścia. Przez moment przytrzymał się framugi. Niby przypadkiem. Niby po to, żeby przepuścić Geraldine w drzwiach, ale tym razem prawda była dużo bardziej prozaiczna: przez krótką chwilę świat zawirował mu przed oczami.
Weszli. W środku było duszno i kolorowo. Tańczący ludzie, rozświetlone girlandy, głośna muzyka. Zespół grał na żywo, serwując jakieś starsze hity, które nawet raz czy dwa wcześniej obiły się o uszy Greengrassa przy okazji bywania w mugolskiej części Londynu.
Nikt na nich nie spojrzał. Dokładnie tak, jak przewidziała Geraldine: impreza była wystarczająco rozbuchana, aby wchłonąć dwójkę obcych bez cienia podejrzenia. Znaleźli się w środku w sposób tak naturalny, jakby po prostu tam należeli. W zasadzie nikt nie zwrócił na nich uwagi. No, może poza jakąś kobietą w fiolecie, która spojrzała w ich kierunku i natychmiast odwróciła wzrok. Nie wyglądała na zainteresowaną. Najpewniej doszła do wniosku, że to pewnie znajomi panny młodej. Pewno z tej strony, wie pani, od tej kuzynki z Exeter. Pasknął pod nosem.
Odetchnął głęboko. Świat lekko falował, ale nie na tyle, żeby nie umieć się w nim poruszać. Jeszcze. Jeszcze nie. W takim stanie, Ambroise był ślepo i idiotycznie pewien, że wszystko się ułoży.
- Wyglądasz najlepiej ze wszystkich - stwierdził, dostrzegając spojrzenie, jakie dziewczyna rzuciła na swoje ciuchy.
W jego głosie wybrzmiała nuta dumy. Dobrze było mu w tej pijanej bezczelności. Głupio lekko. Głupio radośnie. W tej chwili nie miał absolutnie nic przeciwko temu, żeby ich życie zredukowało się do trzymania się nawzajem w pionie i bezkarnego łamania konwenansów.
Położył dłoń na plecach Geraldine, popychając ją ją w stronę baru, z tą irracjonalną pewnością, że teraz wszystko im wolno. Nawet nie zastanawiał się nad tym, że to właśnie robi. To się po prostu działo. Naturalnie. Jak oddychanie.
Roise poruszał się jak człowiek, który jest równie pewny siebie, co totalnie pozbawiony kontroli nad własnym ciałem i był przy tym skory z równym zacięciem twierdzić, że to, że kompletnie nie wiedzą, co robią, nie ma najmniejszego znaczenia. Liczyło się wyłącznie to, że spędzali tę chwilę zupełnie na swoich własnych zasadach.
Poza tym pojawili się tu dokładnie wtedy, gdy miasto umilkło a ten jeden budynek postanowił się obudzić. Jeśli to nie było przeznaczenie, jeżeli to nie był znak, że wszystko nareszcie zaczyna się powodzić, to Greengrass zupełnie nie wiedział, co nim jest. Tym bardziej, że nie zamierzali zrobić nic całkowicie złego z tą nagłą okazją, jaką im się przytrafiła, czyż nie? To nie tak, że zamierzali w przesadnie zdrożny sposób wykorzystać okoliczności, które darował im los. Nie to, żeby nawet wtedy jakoś specjalnie się tym przejmował, no ale...
...po prostu zamierzali napić się przy barze. Wypić może kieliszek, może dwa, może trzy, może całą butelkę. No, nie więcej niż parę, bo przecież znali swoje możliwości. Mhm. Może zaliczyć jakiś taniec.
A może gówno miało z tego wyjść, ale podejrzewał, że w tym stanie, wyrzucani z lokalu raczej mieli śmiać się do łez, zataczając się do tyłu aż jedno z nich potknie się o własne nogi a drugie poleci za nim, bo oboje trzymali się siebie nawzajem zbyt mocno, żeby puścić we właściwym momencie. Na tym etapie to nie było już wyłącznie czysto romantyczne prowadzenie się za rękę lub pod nią. O nie. To było czyste jesteśmy razem, więc razem idziemy też na dno, toteż lepiej spróbujmy się nie wyjebać.
I jak na ten moment, to działało. Nie wyjebali się. Całkiem gładko doszli do tej kamienicy, przemierzając prawie całe miasteczko duchów. Bo doszli do kamienicy, tak? Nie miał zielonego pojęcia, czy to jest kamienica, czy może dworzec kolejowy (choć po prawdzie nie widział tu chyba żadnych torów) albo stary urząd pocztowy przerobiony na coś, co teraz służyło ludziom do czegoś zupełnie odwrotnego niż biurokracja.
Cały ten wiejski zakątek Devon przypominał obecnie opuszczoną makietę z martwą stacją końcową pociągu-widma (czyli może to jednak była stara infrastruktura kolejowa?), ale tam w środku działo się coś, co kusiło ich bardziej niż jakiekolwiek rozsądne decyzje. Zresztą, zdrowy rozsądek chyba już dosyć dawno postanowił dać sobie spokój.
Wszystko zdawało się dryfować. Chodnik, światła, muzyka, ich własne ciała. Cały świat był lekko rozmyty i falujący. Budynek stał się rozmazanym prostokątem światła i dźwięku, lekko kołyszącym się na krawędzi pola widzenia Ambroisa, który spojrzał na Geraldine spod przymrużonych powiek. Dosłownie dlatego, że zmuszenie powiek do utrzymania pełnego otwarcia było obecnie nieco ponad jego możliwości.
Oparł się mocniej na ramieniu dziewczyny. Niby bezmyślnie, teoretycznie w wyrazie bliskości, jednak w rzeczywistości był to dla niego również jedyny sposób, by nie zatoczyć się w najbliższy żywopłot. A potem kiwnął głową, odchrząkując.
Wiedział, co znaczyła ta mina jeszcze zanim Yaxleyówna postanowiła wyrazić dezaprobatę wobec jego oferty poświęcenia się na rzecz jej własnej ucieczki. Oczywiście, że nie zamierzała udawać, że go nie zna. Wiedział, że nie miała najmniejszego zamiaru wycofać się z bycia jego plus jeden na fecie, na którą żadne z nich nie zostało zaproszone i stać się osobnym gościem, który tylko przypadkiem zaczął z nim imprezować. Nawet jeśli on tak naprawdę nie miałby nic przeciwko, nie pozwoliłaby mu na to. To zdecydowanie było wykluczone.
Skapitulował. Nawet nie próbował przekonywać dziewczyny o zaletach wzięcia na siebie ewentualnej uwagi, żeby ona mogła zwiać tylnymi drzwiami. Wiedział, że tak czy inaczej Geraldine zdążyła już podjąć decyzję i jeśli był mądry (a o dziwo, wciąż jeszcze odrobinę był) to powinien po prostu podporządkować się temu, co sobie założyła.
Miał w sobie jeszcze resztki tej nieco irracjonalnej czujności, która zwykle trzymała go we względnych granicach rozsądku. Tak, nawet jeśli jednocześnie był już zupełnie wypłukany z jakichkolwiek zasad towarzyskich, jakie zwykł narzucać sobie w ostatnim czasie. Tych, przez które będąc samemu raczej nie wpadłby na to, żeby zrobić coś takiego.
No cóż, Geraldine była jednym z wyjątków, przez które niegdyś nie miał tych granic. Przy niej nie zwykł się pilnować. Teraz też nie zamierzał mieć kija w dupie. Wystarczająco mocno miarkował się w czasie, w którym byli osobno, kolejny raz biorąc na siebie wszystkie te rodowe obowiązki. Teraz zamierzał zacząć je z siebie zrzucać (tym bardziej, że nikt tego nie doceniał), więc zdecydowanie zamierzał sobie pofolgować.
- No dobra, dobra - mruknął z rozbawieniem, całkiem żartobliwie, chociaż w jego głosie zabrzmiało także coś innego.
Bardziej aprobującego, zadowolonego z tego, co kryło się za przekazem, który usłyszał. Za ostatecznym, pijanym potwierdzeniem tego, że w na powrót w pełni są już pakietem łączonym. Bo tak, znał ten ton. Znał go tak dobrze, że nawet w tym stanie (a może właśnie przez to, że w nim był) zareagował kapitulacją. Geraldine robiła tę swoją minę.
Tę, która kończyła dyskusję. Tę, przez którą od lat czuł, że jest gotów dać popchnąć się do piekła i z powrotem, jeśli tylko jego dziewczyna zrobi odpowiedni wyraz twarzy. I wszystko wskazywało na to, że właśnie teraz go zrobiła. No cóż.
Roise był świadomy wielu rzeczy. Zresztą, jakkolwiek mocno próbowałby nie dopuszczać do siebie części informacji, zazwyczaj to był jego główny problem. Nie chciał wiedzieć, nie chciał mieć świadomości, usiłował wypierać wiele niewygodnych faktów, ale nie był aż takim ignorantem jak mogłoby się zdawać.
Po prawdzie, przeznaczał naprawdę sporo zasobów energetycznych i poznawczych na to, żeby nie zauważać. Na przykład tego jak absurdalnie łatwo pozwalał Geraldine podejmować ostateczne decyzje odnośnie ich planów. Nie tylko teraz, nie tylko w tym stanie.
Nie o to chodziło. Nie o alkohol. To ona miała taką właściwość. Naprawdę miał wrażenie, że wystarczyłoby jedno jej spojrzenie, żeby wpakował się gdzieś, gdzie wcale nie zamierzał się wyładowywać. A tym wypadku zamierzał.
Nawet na ułamek sekundy nie zawiesił się gdzieś między nie wypada a kurwa, czemu nie. Nie, zdecydowanie tego nie zrobił. Nie miał żadnych obiekcji wobec tego, co planowali. To było trochę tak, jakby po tych dwóch dniach z kawałkiem wreszcie odzyskał siebie, więc warto było to uczcić. Poza tym, czy było lepsze miejsce niż wesele, żeby się weselić?
Zresztą, nie wchodząc do środka, jaką mogli mieć pewność, że to rzeczywiście było cudze wesele? Czy może po prostu jakaś spontaniczna potańcówka, jaką urządza się, kiedy świat z jakiegoś niezrozumiałego powodu jeszcze się nie zawalił?
Tak, tak. Musieli tam wejść i osobiście to sprawdzić. Ambroise nie potrzebował dalszych wymówek. Nie musiał nic sobie racjonalizować czy wyjaśniać. To nie miało większego znaczenia, bo w tej chwili i tak wszystko zdawało się absurdalnie możliwe. Nawet to, że nikt nie zatrzyma ich w drzwiach z pytaniem: a wy to kto?, że nikt nie zauważy w jakim są stanie, że nikt nie wpadnie na to, żeby ich wyprosić, zanim zdążą zatańczyć choć jeden raz.
Mocniej wyciągnął rękę w kierunku Geraldine i pozwolił dziewczynie oprzeć mu się o przedramię, choć prawda była taka, że oboje w tym momencie trzymali się nawzajem w pionie. Mimo tego, że mieli wyjątkowo dużą tolerancję na alkohol, w tej chwili naprawdę ledwo trzymali pion, nawet stojąc w jednym miejscu i jeszcze nie robiąc żadnych poważniejszych ruchów. Był tego boleśnie świadomy i tak po prawdzie: bardziej rozbawiony z tego powodu niż powinien być.
Oczywiście, alkohol miał tę cudowną właściwość. Poza tym rozluźniał myśli i rozwiązywał język, przez co dużo łatwiej było przeszacowywać swoje możliwości oraz zgadzać się na najróżniejsze pomysły, nie do końca rozważając ich techniczną stronę wykonania. Może te nadprogramowe procenty trochę plątały mu przy tym nogi nogi, ale w pozytywnym sensie wyłączały wszystkie bezpieczniki i zdejmowały filtry. A więc mogli wszystko.
- To już nawet nie próbuję ukrywać, że weszliśmy tu razem a nie, że poznaliśmy się na przyjęciu - choć tak po prawdzie, nie byłoby to aż takie znowu złe.
Zdecydowanie czuł się na siłach, żeby ją poderwać. Tak, naprawdę wierzył we własne zdolności, nawet w stanie, w którym się znajdował. A może zwłaszcza w nim? Bo przecież, mimo całej ilości alkoholu w ich krwiobiegu, oboje trzymali się nie tylko pionu, ale i klasy. Pionu i poziomu. Wysokiego poziomu rozmowy, jaką mogliby przeprowadzić, dla niepoznaki udając nieznajomych. Przynajmniej w jego mniemaniu.
Jeszcze raz spojrzał w stronę drzwi. Może to przez ten alkohol. A może przez fakt, że po raz pierwszy od bardzo dawna świat przestał być cholernie skomplikowany.
- Chodź tu - przyciągnął ją do siebie, w tym samym momencie, w którym ona też go pociągnęła.
Może nieco zbyt entuzjastycznie, ale kto by się tym przejmował.
- Jak wyrzucą nas drzwiami, to wrócimy oknem... ...albo powiemy, że jesteśmy z orkiestry - wymamrotał, imitując ton głosu kogoś, kto został właśnie przyłapany na kiepskiej próbie blefu.
Uśmiechnął się jak ktoś, kto właśnie zdecydował, że nie będzie przejmować się jutrem, po czym kiwnął głową i rzucił porozumiewawcze spojrzenie w kierunku Geraldine. Nie, to nie był tylko alkohol. Nie tylko alkohol wprawiał go w ten nastrój. Nie tylko alkohol to wszystko powodował.
Dał pociągnąć się do wejścia. Zrobili krok. A potem jeszcze jeden. Właściwie, po kilku już nie był pewien, kto kogo prowadził. Może Geraldine jego. Może on ją. Może tylko udawali, że nie są aż tak pijani, by się zgubić na prostej drodze do wejścia. Przez moment przytrzymał się framugi. Niby przypadkiem. Niby po to, żeby przepuścić Geraldine w drzwiach, ale tym razem prawda była dużo bardziej prozaiczna: przez krótką chwilę świat zawirował mu przed oczami.
Weszli. W środku było duszno i kolorowo. Tańczący ludzie, rozświetlone girlandy, głośna muzyka. Zespół grał na żywo, serwując jakieś starsze hity, które nawet raz czy dwa wcześniej obiły się o uszy Greengrassa przy okazji bywania w mugolskiej części Londynu.
Nikt na nich nie spojrzał. Dokładnie tak, jak przewidziała Geraldine: impreza była wystarczająco rozbuchana, aby wchłonąć dwójkę obcych bez cienia podejrzenia. Znaleźli się w środku w sposób tak naturalny, jakby po prostu tam należeli. W zasadzie nikt nie zwrócił na nich uwagi. No, może poza jakąś kobietą w fiolecie, która spojrzała w ich kierunku i natychmiast odwróciła wzrok. Nie wyglądała na zainteresowaną. Najpewniej doszła do wniosku, że to pewnie znajomi panny młodej. Pewno z tej strony, wie pani, od tej kuzynki z Exeter. Pasknął pod nosem.
Odetchnął głęboko. Świat lekko falował, ale nie na tyle, żeby nie umieć się w nim poruszać. Jeszcze. Jeszcze nie. W takim stanie, Ambroise był ślepo i idiotycznie pewien, że wszystko się ułoży.
- Wyglądasz najlepiej ze wszystkich - stwierdził, dostrzegając spojrzenie, jakie dziewczyna rzuciła na swoje ciuchy.
W jego głosie wybrzmiała nuta dumy. Dobrze było mu w tej pijanej bezczelności. Głupio lekko. Głupio radośnie. W tej chwili nie miał absolutnie nic przeciwko temu, żeby ich życie zredukowało się do trzymania się nawzajem w pionie i bezkarnego łamania konwenansów.
Położył dłoń na plecach Geraldine, popychając ją ją w stronę baru, z tą irracjonalną pewnością, że teraz wszystko im wolno. Nawet nie zastanawiał się nad tym, że to właśnie robi. To się po prostu działo. Naturalnie. Jak oddychanie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down