• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[8.09.72] Just do what I say and I'll love you

[8.09.72] Just do what I say and I'll love you
Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#2
08.06.2025, 21:26  ✶  
Paradoks. Gdyby miała wybrać jedno słowo, które mogłoby opisać tę wrześniową noc, użyłaby właśnie jego. Bo chociaż widok za oknem, wybuchy i chaos wśród mieniącej się pomarańczem łuny Londynu była zaskakująca na pierwszy rzut oka, to jeśli poświęciła temu kilka sekund, jej nadejście było logiczne w świetle minionych wydarzeń i splatających się ze sobą eventów. Wszystko działo się szybko, a jednocześnie ciągnęło się w nieskończoność, jakby metalowa wskazówka starego zegara utknęła, potraktowana jednym z dostępnych dla czarodziejów zaklęć. Dookoła panował chaos, jej uszu dobiegł krzyk, a w nozdrzach dominował swąd spalenizny, śmierci i strachu. Wszystko wirowało, jak żar tańczący w gorących podmuchach wiatru, uderzało, niczym te grube bele, podtrzymujące angielskie domostwa, zmieniając niegdyś dobre i proste życie ludzi w pobojowisko. Zacisnęła dłonie, starając się złapać głębszy oddech, taki, który nie wywołałby kaszlu lub pieczenia w płucach, bo miała wrażenie, że tkwi gdzieś pomiędzy tym wszystkim, całkiem osobno. Kilka sekund ciszy sprawiło, że tłumiony ból gdzieś w skroniach uderzył mocniej, a serce znów zabiło tak, jakby było skrzydłami kolibra, którego zatrzymanie oznaczałoby koniec. Nie była jeszcze w formie, wciąż miała kilka dni wolnego i prawdopodobnie nie powinna ruszać się z domu, ale to zrobiła. Zareagowała na wezwanie z Ministerstwa, bo przecież poza szefem Departamentu Aurorów, nie było nad nią nikogo i o zgrozo, miała pełne przeszkolenie medyczne. Ludzie potrzebowali pomocy i nawet jeśli Flint preferowała pracę z martwymi, tak dziś musiała wyjść ze strefy komfortu i przypomnieć sobie wszystkie te zabiegi, które pozwoliłby ofiarom uciec z objęć śmierci, zamiast szukać jej przyczyny. Te były widoczne gołym okiem – poparzenia, ataki serca, uduszenie, zatrucie dymem, obrażenia wywołane gruzem lub unoszącymi się odłamkami, okazjonalnie zaklęcia. Musiała wziąć się w garść, nawet jeśli nie była w formie po tym, co zrobiła ostatnio. Zamrugała, jakby zbudzona z transu i rozejrzała się po zniszczonej ulicy, dostrzegając kolejne płonące pobojowisko, poprawiając torbę na ramieniu.
- Marcus, idź z tymi aurorami na drugi koniec ulicy, a ja pójdę sprawdzić tam. - brzmiała chłodno i stanowczo, zwracając się do jednego ze swoich podwładnych z kostnicy, jednocześnie wskazując dłonią jedną z odchodzących uliczek. Wszystko płatało figle i nie mogła pozwolić, aby jej wewnętrzne zaburzenia wyjrzały na światło dziennie – pomijając już obawę o to, kogo mogli spotkać i jak miałaby się wytłumaczyć. Chłopak pokręcił głową.
- Mieliśmy się nie rozdzielać, to niebezpieczne. Kilkanaście metrów stąd zniszczono sta..
- O ile dobrze pamiętam, nie pytałam Cię o zdanie. Idź i zajmij się robotą, chyba że chcesz wytłumaczyć górze, dlaczego ignorowałeś polecenia przełożonego w zaistniałej sytuacji, ale o ile się nie mylę, wiąże się to z naganną i konsekwencjami zawodowymi. - uniosła brew, przyglądając mu się z miną, która kolejnej porcji sprzeciwu by raczej nie zniosła. I owszem, prychnął coś pod nosem, ale poszedł, doganiając patrolujących to miejsce mężczyzn.
Prawda była taka, że bezpieczniej było, gdy była sama. O tym mu jednak powiedzieć nie mogła, a chłopak był zdolny i młody, pochodził z dobrej rodziny – zapewne takiej, która wspierała szalejący w stolicy ogień. Pół biedy, gdyby spotkali kogoś, kogo nie znała i kto zareagowałby na nią agresją, ale jeśli wpadliby na niewłaściwego śmierciożercę... Kolejna fala dyskomfortu sprawiła, że przymknęła oczy, starając się zdusić wszystko to, co się wewnątrz niej działo, odkąd sięgnęła głębiej, niż powinna w nekromancję.

W ciszy skwierczał ogień, pięknie pękało drewno i unosiły się małe światełka, będące znakiem wszystkich tych tragedii, które zostały wywołane. Oliwa została dolana do ognia. Skręciła w kolejną uliczkę, rozglądając się dookoła. Proste zadania, nie rozdrabniaj się, pomóż..
Zastyga w bezruchu w momencie, gdy zorientowała się, że ręka zaciskała się na materiale jej koszuli – brudnej od sadzy i krwi, trochę rozciętej i nieschludnej. Błękitne oczy powędrowały w dół, a gdy napotykały twarz wyrażającą ból i przerażenie, wstrzymała oddech, znów na kilka sekund zastygając.
- Będzie dobrze. - słyszała swój głos, ale nie była pewna, czy mężczyzna go słyszał. Był młody, wykończony. Czuła bicie jego serca, zapach jego krwi – tyle razy tej nocy korzystała z nekromancji, że wyczuwała słabnące nitki życia bardziej, niż by sobie tego życzyła. Kucnęła, pomagając mu usiąść i wyjęła z torby eliksir, podając chłopakowi, wyciągając dłoń w stronę miejsca, za które się trzymał. Krwotok był mocny, ale nie był jeszcze w objęciach śmierci.
Poczuła coś jeszcze. Niepokojącego, zimnego, pełnego szaleństwa i nienawiści, kolorem zlewającego się z ogniem. Złowieszczą radość. Nie była kobietą, którą było łatwo przestraszyć, ale przebiegł ją dreszcz i gdy odwróciła głowę w stronę źródła owej aury, wolna dłoń sięgnęła do różdżki. Znów się jej zakręciło w głowie, znów zrobiło się słabiej, ale nie miała na to czasu. Obcy i znajomy jednocześnie. Maska była osobliwa, faktycznie przerażająca. Kolejny element, który sprawił, że na chwilę znów się wszystko zatrzymało. Zrobiło się chłodniej w piekle.
I Merlin jej świadkiem, rozsądna kobieta by odpuściła. Nie była żadną wielką czarownicą, nie była magiem bojowym i wiedziała, że poniekąd – jeśli nie będzie przeszkadzała, nic się jej nie stanie, czy to za sprawą ojca, Lestrangea czy Borgina. Cofnęłaby się, wiedząc, że ten chłopak i tak miał małe szanse, jeśli nie trafi na stół. Nie było tak, że nie poradziłaby sobie z jednym czarodziejem, nie była całkiem bezbronna. Mogłaby odciąć mu na chwilę dopływ powietrza, podgrzać krew, pozbawić przytomności lub wywołać zawroty na tyle silne, że mogłaby spróbować zabrać brygadzistę. Była to jednak granica, której zwyczajnie bała się przekroczyć względem drugiego człowieka. Bo dokąd by ją to zaprowadziło? Szarpnął jednak koszulę znów, skupiając na sobie jej uwagę. Spojrzała na młodą, bladą i przerażoną twarz z tym wyrazem oczu świadczącym o tym, że wcale nie chciał umierać. Bo kto by chciał w taki sposób? Zacisnęła mocniej palce na jego ranie, zachęcając, aby wypił eliksir. Praca z Rudim sprawiła, że czuła się znacznie pewniej w korzystaniu z nekromancji na żywym organizmie, więc kolejny raz sięgnęła po to, po co nie powinna tak często. Nie mógł być przytomny, byłoby to zbyt ryzykowne i być może zbyt bolesne. Nie mogła odpuścić. Oczy i uszy były tej nocy wszędzie, a porzucenie współpracownika, podwładnego właściwie na pastwę losu bez próby jego ratowania, było drogą do Azkabanu.
- Ja tylko wykonuje swoje obowiązki, podobnie, jak Ty. - znów brzmiała obco we własnych uszach, znów nie mogła zapanować nad słowami. Podniosła wzrok na zamaskowaną postać dopiero wtedy, gdy młody brygadzistka oddychał spokojniej, a jego głowa opadła na ziemie, podtrzymana jej dłonią. Rana krwawiła mniej, ale bez narzędzi, nawet ona nie była cudotwórcą. Jej palce mocno zaciskały różdżkę. Na pewno nie był to Stanley, od niego dostałaby monolog i wywód o tym, że znów wplątywała się w to, co ją nie dotyczyło. I to świadczyło o kłopotach, związało jej żołądek ciaśniej w supeł, pozostawiając w głowie myśl pełną wdzięczności, że nie jadła niczego od rana. Przekręciła głowę na bok, przyglądając się postaci badawczo. Serce biło jej szybko, znów przypominając skrzydła kolibra. Podniosła się powoli, ale wciąż tak, jakby leżąca postać tkwiła poniekąd za nią, częściowo przynajmniej. Przesunęła brudnymi od krwi palcami po szyi i policzku, pozbywając się przyklejonych do skóry włosów, brudnych od sadzy, podobnie jak cała reszta. Nie było tu bezpiecznie, mogli przyjść inni – nie była tylko pewna, co było gorsze – fakt, że śmierciożerca z nią rozmawiał, zamiast rzucać cruccio, czy może to, że ona nie próbowała go rozbroić? To jak nic zakrawało o przesłuchanie, o ile nadejdzie świt. I świadek. Przeniosła wzrok na wymierzoną w nich różdżkę i z pewną dozą brutalności odkryła, że nawet jeśli by chciała, zwyczajnie nie mogła się ruszyć. To był tylko dzieciak. Nie mogła też zapytać wysłannika Voldemorta, nie mogła podejść bliżej i sprawdzić, czy przypadkiem nie był to pewien zły i obrażony, czarnowłosy dowódca. To była myśl, której nie chciała do siebie dopuścić. Gdyby mogła swobodnie.. Ściągnęła brwi, przenosząc wzrok gdzieś wyżej, znów na jego maskę, zupełnie jakby wpadła na jakieś rozwiązanie – bo gdyby chciał ją zabić, nie pytałby o to, czy była wrogiem lub też, czy chciałaby nim być. Opuściła różdżkę niżej, kierując jej szczyt gdzieś na lewo, rzucając niewerbalne zaklęcie, które miało na celu sprawdzenie, czy poza ich trójką, w najbliższej okolicy nie było wścibskich oczu lub uszu. Tylko trzy bicia. Drgnęła, przystępując z nogi na nogę, starając się na bok odsunąć zawroty i zlewające się ze sobą obrazy. Brygadzista oddychał słabiej, spał głęboko, odcięty od zmysłów i świata. - Uwierz mi, chciałabym się w to nie mieszać, ale na to już jest za późno. - rzuciła pod nosem, cicho, zwilżając wargi, a błękitne oczy przemknęły po zdobionej masce. Prawdopodobnie w całym tym harmidrze tego nie słyszał, ale może to i lepiej? Nie powinna go prowokować. Miała jednak potrzebę zdobycia informacji i o zgrozo, przyćmiewało to zdrowy rozsądek i kruszejące blokady, których starała się trzymać, żeby funkcjonować. Jak miała mieć inaczej szanse dowiedzieć się, czy wszystko było w porządku, czy ich dowódca pamiętał o porcie? Której ścieżki by nie wybrała, coś było nie tak. Rzucało podejrzenia.- Jestem Twoim wrogiem?
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cynthia Flint (3517), Louvain Lestrange (3192)




Wiadomości w tym wątku
[8.09.72] Just do what I say and I'll love you - przez Louvain Lestrange - 08.06.2025, 15:12
RE: [8.09.72] Just do what I say and I'll love you - przez Cynthia Flint - 08.06.2025, 21:26
RE: [8.09.72] Just do what I say and I'll love you - przez Louvain Lestrange - 17.07.2025, 21:00
RE: [8.09.72] Just do what I say and I'll love you - przez Cynthia Flint - 30.07.2025, 21:24
RE: [8.09.72] Just do what I say and I'll love you - przez Louvain Lestrange - 11.08.2025, 00:12
RE: [8.09.72] Just do what I say and I'll love you - przez Cynthia Flint - 25.08.2025, 22:58
RE: [8.09.72] Just do what I say and I'll love you - przez Louvain Lestrange - 05.10.2025, 17:31

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa