10.06.2025, 03:54 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.06.2025, 03:55 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Spojrzał na Geraldine jak człowiek, który przez długi czas był nieobecny a teraz nie do końca wierzy, że naprawdę znowu tu jest, ale jednocześnie w tym stanie mógłby cieszyć się nawet, gdyby to był wyłącznie poalkoholowy, pijacki majak. Wytwór jego wyobraźni, zielonej absyntowej wróżki czy cholera wie, czego innego.
Roise po prostu czerpał garściami z tego, gdzie się znalazł. Z tego, gdzie był i z kim robił to, co robił. Momentami bardzo dosłownie. Zwłaszcza wtedy, kiedy złapał dziewczynę nie do końca pewnym chwytem, przyciągając ją do siebie. Niepewnym nie z braku chęci, ale z braku koordynacji. Chciał pociągnąć Rinę za rękę, usiłował nie włożyć w to zbyt wiele siły, żeby jej przy tym nie skrzywdzić, ale najwyraźniej już nie do końca umiał mierzyć siły (czy tam siłę) na zamiary.
Jego chwyt był jednocześnie niezbyt stabilny i zaskakująco chwiejnie-intensywny. Przyciągnął do siebie dziewczynę dokładnie w tym samym momencie, w którym ona pociągnęła go za rękę trzymaną pod łokieć. W efekcie praktycznie zderzyli się ze sobą nawzajem. Zarówno korpusami ciał, jak i niemalże też czołami. Szkoda tylko, że nie ustami, ale przecież nic nie było jeszcze stracone.
Mieli czas. Mieli całą noc i nie tylko, bo to w istocie wcale nie było żadne złudzenie. Naprawdę tu byli. Spici w trzy dupy, zupełnie pozbawieni granic przyzwoitości. Ba, jakichkolwiek granic, bowiem w tym momencie wizja robienia razem czegokolwiek, co było chociaż trochę ekscytujące miała zdecydowanie zyskać aprobatę Greengrassa.
Padło na wspólne wbicie się tu i teraz do tej jednej jedynej żywej kamienicy. Do budynku wypełnionego światłem i dźwiękiem. Do czegoś, co w tym momencie jawiło się Roisowi jako jedyny rozsądny kierunek. W końcu chcieli się bawić, czyż nie? A to miejsce wręcz zachęcało do zabawy.
- Zawsze jest jakieś inne wyjście - powiedział tylko dlatego, że po prostu musiał to zrobić.
Nie mógł siedzieć, no, stać cicho jak mysz pod miotłą. To nie było w jego stylu. Zupełnie nie. Zawsze musiał mieć jakąś odpowiedź. Choćby nawet tak głupią, bowiem w istocie wcale nie chciał nie być tym pakietem łączonym.
Tyle tylko, że nawet jeśli Roise zazwyczaj naprawdę chciał robić to, co robili, jednocześnie raz na jakiś czas próbował przy tym nie dawać dziewczynie jasno do zrozumienia, ile tak naprawdę ma wpływu na jego decyzje. Tylko po to, żeby pokazać się od tej silnej, opiekuńczej strony, nawet jeśli to miało skończyć się wzięciem na siebie nie tylko odpowiedzialności, lecz także wpierdolu.
Nie był lebiegą, nie zamierzał nim być. Musiał umieć się z nią wymownie nie zgodzić, zaznaczyć swoje trochę inne zdanie, nawet wykrzywione, wyjść z własnym pomysłem, wziąć na siebie znaczną część odpowiedzialności. Byli partnerami, widział się wyłącznie w tej roli. Miał być jej wsparciem, jej oparciem, nawet jeśli w tym momencie trudno byłoby powiedzieć, kto tu kogo trzymał w pionie.
- Z Chujwiegdzie, w porządku. To straszne zadupie z gównianą i frastrukturą. Co rusz ktoś kończy w jakimś rowie - kiwnął głową.
Tak, tak. Mieli zbieżną wersję.
Pozwolił sobie na krótkie spojrzenie skierowane w stronę jego dziewczyny. To nie było nic wielkiego. Ot, ten ułamek sekundy, kiedy przestawał szczerzyć się w uśmiechu i usiłował wyglądać poważnie, spojrzeć na nią ze zrozumieniem. Tylko po to, by zaraz znów zacząć suszyć zęby niczym nastolatek (i to nachlany), jednak przez tę chwilę cała ta radość rzeczywiście zebrała się w jego oczach.
Oczywiście, że w pewnym momencie przelotnie pomyślał o tym, że jeszcze nie tak dawno takie momenty były niemożliwe. W zasadzie wszystko było niepewne, a on sam dużo bardziej przypominał cień człowieka niż realne, oddychające istnienie. Ale teraz? Teraz czuł się zajebiście. I cholernie swobodnie. Jak dzieciak, który...
...no cóż, parsknął głośno, słysząc takie a nie inne słowa. Tak po prawdzie, prawie się przy tym zakrztusił. Mało brakowało, żeby udławił się niczym więcej jak tylko własną śliną. Gęstą i gorącą. Zakaszlał przynajmniej cztery czy pięć razy zanim dostatecznie się uspokoił, aby móc sformułować (jakże ambitną) odpowiedź.
- A skądże, moja droga - mruknął, przechylając głowę lekko w bok. - Nie zaprzeczę, doskonale grasz na flecie, ale ja jestem raczej dyrygentem, mistrzem orkiestry. Mam do tego całkiem pokaźną... ...batutę, tak to się chyba nazywa... ...pałkę... ...różdżkę... ...i lubię szefować - uśmiechnął się szeroko z tym swoim typowym nie zaprzeczysz, bo wiesz, że to prawda wypisanym na twarzy. - Poza tym - dodał, zniżając głos do niemal konspiracyjnego tonu - z trójkątami jest za dużo zachodu. Trzeba obchodzić się z nimi zbyt zachowawczo, za ostrożnie. Jeden nieuważny ruch i robi się koncert na całą wieś. A to przecież miała być kameralna noc, prawda? - puścił oko do dziewczyny, wzruszając ramionami bez cienia skruchy.
I ruszyli...
...ruszyli wręcz z kopyta. Może nawet z koła, bo dosłownie wtoczyli się do środka. Niezauważenie, tak tak, zupełnie niepostrzeżenie. Jak ta kulka, którą sąsiad z góry zwykł toczyć w nocy po podłodze. Nie dało się zauważyć, że tu...
...no, nie do końca pasowali, ale co tam. Nikt ich stąd jeszcze nie wyrzucił. Było dobrze. Nie powinni martwić się na zapas. Ostatnio zresztą przejmowali się zbyt wieloma rzeczami. Dziś miało być inaczej.
- No, wyróżniamy się - wzruszył ramionami, nie do końca pojmując, co w tym złego. - Jesteśmy wyjątkowi - i nie, nie miał przy tym na myśli tej wyjątkowości, jaką rzeczywiście teraz prezentowali.
A byli...
...nie tylko wyjątkowo bezczelni, lecz także wyjątkowo w tym zgodni. Nalot na bar po prostu musiał się odbyć. Jak najszybciej. Praktycznie bez słów. Znaleźli się tam niemalże w przeciągu sekundy od postawienia stopy na sali.
Nie wiedział, ile tak stali. Może minutę, być może dwie albo trzy. Tak czy siak, barman nie nadszedł. Wręcz wyglądało na to, że nikt nie zamierzał tego zrobić. Nie było człowieka, który mógłby podać im cokolwiek z tego, co znajdowało się...
...no cóż, tak naprawdę to tuż pod ręką. Dosłownie w zasięgu wzroku. Jasne, mogli tu czekać jak na zbawienie, wgapiając się w butelki, ale. Czy mieli na to czas i cierpliwość? Szczególnie, że wystarczyło tylko przecisnąć się pomiędzy blatami lady łączonej z dwóch drewnianych części, uzupełnionych o drzwiczki w stylu westernowym.
Tak naprawdę to była kwestia wkradnięcia się za bar. Najlepiej równie niepostrzeżenie jak to zrobili w przypadku wejścia na salę. Przynajmniej w ich własnych oczach i mniemaniu, bo w rzeczywistości prawdopodobnie nie mogli tego zrobić głośniej i bardziej spektakularnie. No, ale przecież nie mogli tu tak stać. Już odczekali swoje.
Poza tym, Ambroise musiał pamiętać, że nie jest tu zupełnie sam. Pomijając wszystkich innych gości, oczywiście, że musiał brać pod uwagę przede wszystkim potrzeby jego damy. A tej bez wątpienia chciało się pić.
Ta myśl sprawiła, że lekko pacnął drzwiczki. Zabijały się swobodnie, więc puścił ramię Geraldine i zrobił jeszcze dwa kroki, wciskając się w przestrzeń barmańską, po czym obrócił się do niej przodem twarzy, z miną, która przez moment mogła nawet uchodzić za zupełnie poważną.
- Technicznie rzecz biorąc, to… ...oni chyba naprawdę mają otwarty bar - Nachylił się po przodu, zniżając głos do półszeptu, przynajmniej w jego własnej głowie. - Kocham Anglię - tak, tak, lokalny patriotyzm, szczególnie na widok charakterystycznej whisky na ladzie.
Zanim Geraldine zdążyła jakkolwiek zareagować, Rois już sięgał po butelkę, która zupełnie nie powinna tam stać, a która jednak tam była. I co więcej, była pełna. Spojrzał na nią z miną człowieka, który odkrył właśnie tajemnicę wszechświata, po czym po prostu ją skroił.
Nie kłopotał się szukaniem kieliszków. Tych, które nomen omen stały tuż przed nim. Zwyczajnie zabrał całą flachę, po drodze wciskając też drugą mniejszą w kieszeń płaszcza, który nadal miał na sobie, choć chyba zaraz powinien go zdjąć i gdzieś powiesić. Było tu wyjątkowo gorąco. I to tym razem już dosłownie, nie tylko przez wzgląd na obecność jego dziewczyny, która naprawdę wyglądała najładniej.
Tak czy siak, kolejny raz udało mu się niepostrzeżenie wylać przez bramkę. Mogli ruszyć dalej, opuszczając miejsce zbrodni i ruszając brzegiem parkietu.
W tej konkretnej chwili znów nie było jasne, kto kogo prowadził, kto kogo trzymał, kto decydował, gdzie kończy się droga i kiedy powinni stanąć, żeby o nic się nie wyrżnąć.
- Mamy jakieś trzydzieści minuty - czemu tyle?, nie wiedział, po prostu tak mu się powiedziało - zanim ktoś nas tu zatrzyma i zapyta, kto my - szepnął jej do ucha, nie zatrzymując się, za to nachylając się tak, że niemal całkowicie się o nią opierał, gdy stawiali kolejne kroki. - Albo do czasu, aż sama coś zdemolujesz. Co pierwsze? - Całkiem celowo użył tej formy, żeby zobaczyć błysk przekory w niebieskich oczach dziewczyny.
Spodziewał się, że Geraldine wyłapie liczbę pojedynczą w jego słowach. To, że zakładał, że to ona miała tu coś najpierw rozpierdolić. Przewidział to, że Yaxleyówna spojrzy na niego z tym konkretnym wyrazem twarzy. Tak jak to, że zaraz padnie jakaś absurdalna odpowiedź.
Nim jednak Rina zdążyła cokolwiek powiedzieć, ktoś ich minął, poklepał Roisa po ramieniu i kiwając się nieco, rzucił z szerokim uśmiechem.
- No! W końcu jesteście! Tyle was szukałem! - Po czym...
...nie zatrzymał się, tylko od razu gdzieś poszedł. Gdzie? Cholera wiedziała. Rois spojrzał za nim, potem na Geraldine. Uniósł brew.
- No, to jesteśmy - powtórzył wyjątkowo swobodnie, wzruszając ramionami.
No. To byli. Ewidentnie mile widziani.[/i]
Roise po prostu czerpał garściami z tego, gdzie się znalazł. Z tego, gdzie był i z kim robił to, co robił. Momentami bardzo dosłownie. Zwłaszcza wtedy, kiedy złapał dziewczynę nie do końca pewnym chwytem, przyciągając ją do siebie. Niepewnym nie z braku chęci, ale z braku koordynacji. Chciał pociągnąć Rinę za rękę, usiłował nie włożyć w to zbyt wiele siły, żeby jej przy tym nie skrzywdzić, ale najwyraźniej już nie do końca umiał mierzyć siły (czy tam siłę) na zamiary.
Jego chwyt był jednocześnie niezbyt stabilny i zaskakująco chwiejnie-intensywny. Przyciągnął do siebie dziewczynę dokładnie w tym samym momencie, w którym ona pociągnęła go za rękę trzymaną pod łokieć. W efekcie praktycznie zderzyli się ze sobą nawzajem. Zarówno korpusami ciał, jak i niemalże też czołami. Szkoda tylko, że nie ustami, ale przecież nic nie było jeszcze stracone.
Mieli czas. Mieli całą noc i nie tylko, bo to w istocie wcale nie było żadne złudzenie. Naprawdę tu byli. Spici w trzy dupy, zupełnie pozbawieni granic przyzwoitości. Ba, jakichkolwiek granic, bowiem w tym momencie wizja robienia razem czegokolwiek, co było chociaż trochę ekscytujące miała zdecydowanie zyskać aprobatę Greengrassa.
Padło na wspólne wbicie się tu i teraz do tej jednej jedynej żywej kamienicy. Do budynku wypełnionego światłem i dźwiękiem. Do czegoś, co w tym momencie jawiło się Roisowi jako jedyny rozsądny kierunek. W końcu chcieli się bawić, czyż nie? A to miejsce wręcz zachęcało do zabawy.
- Zawsze jest jakieś inne wyjście - powiedział tylko dlatego, że po prostu musiał to zrobić.
Nie mógł siedzieć, no, stać cicho jak mysz pod miotłą. To nie było w jego stylu. Zupełnie nie. Zawsze musiał mieć jakąś odpowiedź. Choćby nawet tak głupią, bowiem w istocie wcale nie chciał nie być tym pakietem łączonym.
Tyle tylko, że nawet jeśli Roise zazwyczaj naprawdę chciał robić to, co robili, jednocześnie raz na jakiś czas próbował przy tym nie dawać dziewczynie jasno do zrozumienia, ile tak naprawdę ma wpływu na jego decyzje. Tylko po to, żeby pokazać się od tej silnej, opiekuńczej strony, nawet jeśli to miało skończyć się wzięciem na siebie nie tylko odpowiedzialności, lecz także wpierdolu.
Nie był lebiegą, nie zamierzał nim być. Musiał umieć się z nią wymownie nie zgodzić, zaznaczyć swoje trochę inne zdanie, nawet wykrzywione, wyjść z własnym pomysłem, wziąć na siebie znaczną część odpowiedzialności. Byli partnerami, widział się wyłącznie w tej roli. Miał być jej wsparciem, jej oparciem, nawet jeśli w tym momencie trudno byłoby powiedzieć, kto tu kogo trzymał w pionie.
- Z Chujwiegdzie, w porządku. To straszne zadupie z gównianą i frastrukturą. Co rusz ktoś kończy w jakimś rowie - kiwnął głową.
Tak, tak. Mieli zbieżną wersję.
Pozwolił sobie na krótkie spojrzenie skierowane w stronę jego dziewczyny. To nie było nic wielkiego. Ot, ten ułamek sekundy, kiedy przestawał szczerzyć się w uśmiechu i usiłował wyglądać poważnie, spojrzeć na nią ze zrozumieniem. Tylko po to, by zaraz znów zacząć suszyć zęby niczym nastolatek (i to nachlany), jednak przez tę chwilę cała ta radość rzeczywiście zebrała się w jego oczach.
Oczywiście, że w pewnym momencie przelotnie pomyślał o tym, że jeszcze nie tak dawno takie momenty były niemożliwe. W zasadzie wszystko było niepewne, a on sam dużo bardziej przypominał cień człowieka niż realne, oddychające istnienie. Ale teraz? Teraz czuł się zajebiście. I cholernie swobodnie. Jak dzieciak, który...
...no cóż, parsknął głośno, słysząc takie a nie inne słowa. Tak po prawdzie, prawie się przy tym zakrztusił. Mało brakowało, żeby udławił się niczym więcej jak tylko własną śliną. Gęstą i gorącą. Zakaszlał przynajmniej cztery czy pięć razy zanim dostatecznie się uspokoił, aby móc sformułować (jakże ambitną) odpowiedź.
- A skądże, moja droga - mruknął, przechylając głowę lekko w bok. - Nie zaprzeczę, doskonale grasz na flecie, ale ja jestem raczej dyrygentem, mistrzem orkiestry. Mam do tego całkiem pokaźną... ...batutę, tak to się chyba nazywa... ...pałkę... ...różdżkę... ...i lubię szefować - uśmiechnął się szeroko z tym swoim typowym nie zaprzeczysz, bo wiesz, że to prawda wypisanym na twarzy. - Poza tym - dodał, zniżając głos do niemal konspiracyjnego tonu - z trójkątami jest za dużo zachodu. Trzeba obchodzić się z nimi zbyt zachowawczo, za ostrożnie. Jeden nieuważny ruch i robi się koncert na całą wieś. A to przecież miała być kameralna noc, prawda? - puścił oko do dziewczyny, wzruszając ramionami bez cienia skruchy.
I ruszyli...
...ruszyli wręcz z kopyta. Może nawet z koła, bo dosłownie wtoczyli się do środka. Niezauważenie, tak tak, zupełnie niepostrzeżenie. Jak ta kulka, którą sąsiad z góry zwykł toczyć w nocy po podłodze. Nie dało się zauważyć, że tu...
...no, nie do końca pasowali, ale co tam. Nikt ich stąd jeszcze nie wyrzucił. Było dobrze. Nie powinni martwić się na zapas. Ostatnio zresztą przejmowali się zbyt wieloma rzeczami. Dziś miało być inaczej.
- No, wyróżniamy się - wzruszył ramionami, nie do końca pojmując, co w tym złego. - Jesteśmy wyjątkowi - i nie, nie miał przy tym na myśli tej wyjątkowości, jaką rzeczywiście teraz prezentowali.
A byli...
...nie tylko wyjątkowo bezczelni, lecz także wyjątkowo w tym zgodni. Nalot na bar po prostu musiał się odbyć. Jak najszybciej. Praktycznie bez słów. Znaleźli się tam niemalże w przeciągu sekundy od postawienia stopy na sali.
Nie wiedział, ile tak stali. Może minutę, być może dwie albo trzy. Tak czy siak, barman nie nadszedł. Wręcz wyglądało na to, że nikt nie zamierzał tego zrobić. Nie było człowieka, który mógłby podać im cokolwiek z tego, co znajdowało się...
...no cóż, tak naprawdę to tuż pod ręką. Dosłownie w zasięgu wzroku. Jasne, mogli tu czekać jak na zbawienie, wgapiając się w butelki, ale. Czy mieli na to czas i cierpliwość? Szczególnie, że wystarczyło tylko przecisnąć się pomiędzy blatami lady łączonej z dwóch drewnianych części, uzupełnionych o drzwiczki w stylu westernowym.
Tak naprawdę to była kwestia wkradnięcia się za bar. Najlepiej równie niepostrzeżenie jak to zrobili w przypadku wejścia na salę. Przynajmniej w ich własnych oczach i mniemaniu, bo w rzeczywistości prawdopodobnie nie mogli tego zrobić głośniej i bardziej spektakularnie. No, ale przecież nie mogli tu tak stać. Już odczekali swoje.
Poza tym, Ambroise musiał pamiętać, że nie jest tu zupełnie sam. Pomijając wszystkich innych gości, oczywiście, że musiał brać pod uwagę przede wszystkim potrzeby jego damy. A tej bez wątpienia chciało się pić.
Ta myśl sprawiła, że lekko pacnął drzwiczki. Zabijały się swobodnie, więc puścił ramię Geraldine i zrobił jeszcze dwa kroki, wciskając się w przestrzeń barmańską, po czym obrócił się do niej przodem twarzy, z miną, która przez moment mogła nawet uchodzić za zupełnie poważną.
- Technicznie rzecz biorąc, to… ...oni chyba naprawdę mają otwarty bar - Nachylił się po przodu, zniżając głos do półszeptu, przynajmniej w jego własnej głowie. - Kocham Anglię - tak, tak, lokalny patriotyzm, szczególnie na widok charakterystycznej whisky na ladzie.
Zanim Geraldine zdążyła jakkolwiek zareagować, Rois już sięgał po butelkę, która zupełnie nie powinna tam stać, a która jednak tam była. I co więcej, była pełna. Spojrzał na nią z miną człowieka, który odkrył właśnie tajemnicę wszechświata, po czym po prostu ją skroił.
Nie kłopotał się szukaniem kieliszków. Tych, które nomen omen stały tuż przed nim. Zwyczajnie zabrał całą flachę, po drodze wciskając też drugą mniejszą w kieszeń płaszcza, który nadal miał na sobie, choć chyba zaraz powinien go zdjąć i gdzieś powiesić. Było tu wyjątkowo gorąco. I to tym razem już dosłownie, nie tylko przez wzgląd na obecność jego dziewczyny, która naprawdę wyglądała najładniej.
Tak czy siak, kolejny raz udało mu się niepostrzeżenie wylać przez bramkę. Mogli ruszyć dalej, opuszczając miejsce zbrodni i ruszając brzegiem parkietu.
W tej konkretnej chwili znów nie było jasne, kto kogo prowadził, kto kogo trzymał, kto decydował, gdzie kończy się droga i kiedy powinni stanąć, żeby o nic się nie wyrżnąć.
- Mamy jakieś trzydzieści minuty - czemu tyle?, nie wiedział, po prostu tak mu się powiedziało - zanim ktoś nas tu zatrzyma i zapyta, kto my - szepnął jej do ucha, nie zatrzymując się, za to nachylając się tak, że niemal całkowicie się o nią opierał, gdy stawiali kolejne kroki. - Albo do czasu, aż sama coś zdemolujesz. Co pierwsze? - Całkiem celowo użył tej formy, żeby zobaczyć błysk przekory w niebieskich oczach dziewczyny.
Spodziewał się, że Geraldine wyłapie liczbę pojedynczą w jego słowach. To, że zakładał, że to ona miała tu coś najpierw rozpierdolić. Przewidział to, że Yaxleyówna spojrzy na niego z tym konkretnym wyrazem twarzy. Tak jak to, że zaraz padnie jakaś absurdalna odpowiedź.
Nim jednak Rina zdążyła cokolwiek powiedzieć, ktoś ich minął, poklepał Roisa po ramieniu i kiwając się nieco, rzucił z szerokim uśmiechem.
- No! W końcu jesteście! Tyle was szukałem! - Po czym...
...nie zatrzymał się, tylko od razu gdzieś poszedł. Gdzie? Cholera wiedziała. Rois spojrzał za nim, potem na Geraldine. Uniósł brew.
- No, to jesteśmy - powtórzył wyjątkowo swobodnie, wzruszając ramionami.
No. To byli. Ewidentnie mile widziani.[/i]
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down