Gargulec spadał. I zatrzymał się. Opadł łagodnie obok kulącego się mężczyzny. Czarodziej rozejrzał się w panice, a Morpheus tylko uśmiechnął się do niego i zasalutował mu różdżką, w bardzo swobodny sposób, który nie pasował do tego miejsca, do tej sytuacji, ale przynosił ulgę, że dobro jeszcze istnieje, że wzejdzie na nowo słońce. Mężczyzna skinął mu głową i uciekł dalej. Morpheus wiedział, o czym będzie musiał myśleć przez najbliższe kilkanaście minut. O uldze na twarzy tego człowieka, o pętli, jaka się stworzy i pozwoli im uratować więcej osób.
Zerknął kątem oka na Anthony'ego. Nie chciał, aby to widział, ani on ,ani Jonathan, więc skorzystał z nagłego zamieszania i pobiegł w bok, tam, gdzie wiedział, że będzie musiało nastąpić połączenie. W jakiejś rzeczywistości pętla nigdy się nie otwiera, nawraca i nawraca do tego momentu, ale tutaj miał pewność ucieczki przed nią. Skrył się w bramie, dookoła porzuconych przedmiotów i spalenizny. Widział dokładnie miejsce, gdzie nastąpi atak i naciągnął na twarz swoją kolorową szmatkę.
Patrzył na zegarek. Ramiona na cyferblacie przemieszczały się coraz wolniej. Zamknął oczy.
Wytężone zmysły lękiem i własną wrażliwością, wyłapały szarpaninę napastnika i szewca, własne kroki, a później... Horyzontalną rozdarł jego własny krzyk. Brzmiał jak zarzynane zwierze, którego agonię przeciągano, aby uleciała z niego cała krew, zanim umrze, aby sprawdzić, czy na pewno jest czysta. Oddychał. Oddychał. Jeszcze chwila. Nie musiał patrzeć, aby wiedzieć o tym, jak cały bok palił od zderzenia z bokiem, a cały układ nerwowy płonął, jak Londyn, męką nie do opisania. Układ nerwowy pamiętał. Ręka zaczęła mu się trząść. Jeszcze chwilę...
— Szlamojebca pierdolony. To cię nauczy szacunku społeczna gnido! — zagrzmiał żeński głos, a Morpheus zmusił się do tego, aby otworzyć oczy. Teraz!
Dotknął runy na swoim sygnecie, a ten zmienił się w piękny floret, długie ostrze odbijało światło płomieni.
— Zostaw go! — huknął donośnie, robiąc więcej zamieszania. Widział siebie, swoje zamglone oczy i krew, od przygryzionego języka. Na szczęście to wystarczyło. Kobieta spojrzała na ostrze, splunęła i uciekła w drugą stronę. Morpheus nie zamierzał jej gonić. Przykląkł obok siebie samego, ujął swoją twarz we własne dłonie i zmusił do spojrzenia na siebie.
— Wiem jak boli, dasz radę. Przenieś się i idź do Fontanny Szczęśliwego Losu. Już czas — wyszeptał i chwilę później na bruku już był tylko jeden Morpheus. Znów krwawiący.
Na nowo opętała go mgła agonii, która powaliła go znów na kolana, zmusiła do podparcia się dłońmi o kamienie. Żołądek mu ściskało i cały się trząsł. To już nie były tylko wspomnienia, ale świadomość bólu i jego obecność.
Przewaga: Zmieniacz Czasu (0): Domknięcie pętli czasowej z tej sesji.
Szermierka (I): Trochę straszę, nie atakuję.