• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence

[10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#12
11.06.2025, 17:13  ✶  
Z początku tylko skinąłem lekko głową, jakbym zgadzał się ze wszystkim, co mówiła, ale w rzeczywistości nie do końca tak było - nie miałem w zwyczaju wdawać się w dyskusje o przeznaczeniu, losie, ani żadnych podobnych konstrukcjach, które zakładały, że świat miał w sobie jakąkolwiek intencję - ja uważałem, że po prostu był... Głuchy na intencje, ślepy na wysiłek, niewzruszony wobec naszych dramatów.
Nie zaprzeczałem temu, że rozmowa z nią przychodziła mi zaskakująco łatwo. Ba, nawet zaskakująco... Swobodnie. Nie musiałem sięgać po sztucznie uprzejme frazy ani zamieniać myśli w coś strawnego dla kogoś innego, mówiłem po prostu to, co miałem do powiedzenia, a ona nie uciekała od tego, nie próbowała go przeformułować na swoją modłę - może właśnie dzięki temu chciało mi się mówić więcej, niż zazwyczaj bym powiedział. Byłem otwarty na dyskusję, ale to, że mówiliśmy o rzeczach z dwóch różnych perspektyw, nie znaczyło, że zamierzałem porzucić mój tok myślenia i wskoczyć na jej tor - po prostu przyjmowałem obecność innej perspektywy przy stole, i pozwalałem, by mówiła, na razie tyle wystarczało.
Uniosłem brew, sięgając po widelec i nakładając sobie niewielki kawałek ciasta, już lekko rozmokłego od lodów. Słuchałem jej uważnie, tak jak człowiek słucha nie tyle po to, by odpowiedzieć, ale po to, żeby spróbować zrozumieć, co nie było dla mnie codziennością. Zazwyczaj w takich chwilach, kiedy rozmowa schodziła na zbyt osobiste tory, podnosiłem mentalną tarczę, zasłaniałem się sarkazmem albo wycofywałem pod pretekstem pilnej potrzeby zapalenia papierosa, ale nie tym razem... Słuchałem Prudence, nie przerywając jej, nie dlatego, że zgadzałem się z każdym zdaniem - potrafiła mówić w sposób, który nie wymagał zgody, by wzbudzić szacunek. Zresztą… Nie miałem potrzeby się giąć - to też było ważne. Może właśnie to zaczynałem lubić w niej najbardziej - że nie czułem się zmuszony do klękania pod ciężarem jej przekonań, Prue ubierała wszystko w te swoje subtelne, bezpieczne słowa, które zgrabnie omijały pułapki jednoznaczności, uciekała w przypuszczenia, zostawiała przestrzeń na domysły, ale to nie znaczyło, że nie wiedziała, co mówi. Przeciwnie - wiedziała bardzo dobrze, po prostu nie mówiła tego wprost, i może właśnie dlatego wciąż siedziałem naprzeciw niej, zamiast zbyć całą tę rozmowę jednym z moich klasycznych uników. Może dlatego coś mnie w niej przyciągało, właśnie dlatego coś mnie w niej pociągało - była inna, ja byłem Inny, byliśmy różni od siebie, ale tym razem naprawdę potrafiliśmy rozmawiać, mimo to.
- Sam szię tutaj splowasiłem. - Wzruszyłem ramionami i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że od jakiegoś czasu obracałem w dłoni łyżeczkę, wytarte srebro było nagrzane od mojej skóry.
Nie należałem do ludzi, którzy rozbierają swoje życie na czynniki pierwsze w poszukiwaniu wielkiego znaczenia - szukałem konkretów, faktów - czegoś, co da się nazwać po imieniu, co można złapać za kark i zmierzyć, całe życie uczyłem się przechodzić przez metaforyczną mgłę bez gubienia kierunku, teraz już byłem tym zmęczony. Oparłem się lekko łokciami o stolik, przesunąłem palcem po krawędzi filiżanki, która dawno już przestygła.
Nie chciałem brzmieć cynicznie, ale znałem siebie na tyle, by wiedzieć, że chwilowe „zatrzymanie się i zobaczenie, że zrobiłeś dla siebie więcej, niż ci się w tej chwili wydaje” mogło być dla mnie pułapką, jak odpoczynek na szczycie wzgórza - niby nagroda, ale wystarczyło jedno rozluźnienie mięśni, a organizm zapominał, że to jeszcze nie koniec drogi, bo trzeba zejść, pójść dalej.
Zawiesiłem wzrok gdzieś nad ramieniem Prudence - na ścianie, gdzie ktoś powiesił mały, krzywo oprawiony obrazek przedstawiający jezioro, dość banalny - przypominał mi, że odbiór świata jest względny, estetyka bywa złudzeniem,  ładne rzeczy wcale nie muszą mieć głębi, głębokie rzeczy nie muszą być ładne, głębokie rzeczy... Nawet nie muszą być głębokie. Płytkie dla jednych, nie są płytkie dla drugich. Każdy chce widzieć rzeczy po swojemu, nie zawsze takimi, jakie są - prawda jest taka, że czasem coś się układa, bo byliśmy uparci, albo trafiliśmy na dobry moment, a potem wracasz w to samo miejsce, ale już nie jesteś tą samą osobą, i nie ma w tym nic mistycznego, żadnego ponownego znalezienia idealnego miejsca dla siebie, czas zrobił swoje, odkrywasz, że dawna magia nie istnieje.
Spojrzałem na Prue, kątem oka, uważnie, lubiłem jej sposób myślenia, nie przeszkadzał mi, nawet jeśli był inny niż mój, a może właśnie dlatego - bo stanowił kontrapunkt. Ona rozważała, jakby chciała nadać sens każdej decyzji, spojrzeniu w tył i w przód. Ja raczej porządkowałem fakty - nie łączyłem ich mityczną nicią losu, tylko sekwencją przyczyn i skutków, jeżeli coś się wydarzyło, to dlatego, że ktoś coś zrobił - jeżeli czegoś nie było, to dlatego, że nie mogło być. Proste i brutalne?  Czasem, ale przynajmniej przewidywalne.
- Nie sądzę, sze wsystko ma jakiś uklyty cel. - Uniosłem brew, uniesionym kątem ust dając jej do zrozumienia, że wiem, iż może się ze mną nie zgadzać, i zapewne tak będzie. - Ludzie po plostu lobią szeszy, jedne są mądle, inne głupie,  nie zawsze tszeba do nich dolabiaś sens. - Wzruszyłem ramionami - nie dramatycznie, po prostu, jak ktoś, kto już zaakceptował brak wielkich konkluzji, nie było w tym goryczy, już nie. Raczej coś w rodzaju uczciwości wobec samego siebie.
- Zgadzam szię z tobą w jednej szeszy, ale... -  Odezwałem się ciszej, nieco poważniej. Może faktycznie nie chodziło o to, by wrócić i dopasować się do kogoś albo gdzieś, tylko o sprawdzenie, co się dzieje, kiedy się wraca zmienionym, co zostaje, czy coś jeszcze w ogóle tam jest. - Myślę, sze jusz dawno szię pszestawili na funkcjonowanie beze mnie, i mają lasję, ja bym zrobił to samo. - Zamilkłem na chwilę, pozwalając temu zdaniu wybrzmieć. Zastanawiałem się, czy właśnie to było najbliższe prawdy o moich odczuciach, na jaką mogłem się zdobyć. Nikt nie powinien być zależny od czyjejś nieobecności, i nikt nie powinien oczekiwać, że po latach da się wejść z powrotem w czyjeś życie, jak w kapcie czekające przy drzwiach. Niektórych historii nie da się napisać drugi raz, nawet jeśli masz tę samą scenografię.
Chciałem dodać, że sens zwykle wcale nie jest retrospektywny, za to inwencja twórcza do próby nadania go czemuś, co go nie ma działa dopiero, kiedy minie wystarczająco dużo czasu, żeby można było do czegoś dopisać narrację, ale to byłoby już zbyt cyniczne i chłodne - nawet, jak na mnie. Zamiast tego sięgnąłem po łyżeczkę i przeciągnąłem ją przez rozpuszczone lody na  talerzyku, ale nie dlatego, że chciałem je jeść. Po prostu… Musiałem czymś zająć ręce.
- Wies, chyba nigdy nie chciałem do niczego pasowaś, nie tak na siłę. Nie wiem, mosze kiedyś, pszes chwilę, s pszyswyczajenia, bo tak szię szyło, człowiek lobił to, czego od niego oczekiwano, nie za duszo myśląc, ale w końcu zlosumiałem, sze to nie jest lola dla mnie, ani miejsce, któlego szukam. - Wziąłem łyk kawy, która zdążyła już przestygnąć. Nie grymasiłem - była dokładnie taka, jaka miała być, nawet jeśli już nie była ciepła - wciąż była gorzka, lekko cierpka i odrobinę alkoholowa. Lubiłem czarną kawę właśnie za to - nie udawała, że nie jest deserem, w przeciwieństwie do tych wszystkich wymyślnych napojów kawowych, które były słodsze od szarlotek z lodami, ale ludzie nadal upierali się, że piją kawę, nie deser w płynie.
Nawet ci, którzy wiedzą, że to droga donikąd, czasem zakładają kostium - z przyzwyczajenia, grzeczności, wygody, albo po prostu z lęku przed oceną. Ja miałem wrażenie, że za każdym razem, kiedy próbuję się gdzieś dopasować, robię się mniejszy - trzeba przyciąć coś z boków, zgiąć się pod kątem, żeby wejść w rolę... Byłem świadomy, że robisz to raz, drugi, trzeci, a potem zostajesz już tak zgięty, nawet jak cię wypuszczą, albo kiedy sam postanowisz się wydostać. Wiedziałem coś o tym - miałem za sobą kilka ról, których nigdy nie chciałem grać, niektóre z obowiązku, inne z przekory. Najgorsze były te, które zdawały się pasować - sprawiały, że człowiek zaczynał się łudzić, że może to właśnie jego miejsce. A potem gówno z tego było... Nie, nie tym razem.
- Nie mam złudzeń. - Dodałem. - Jeszli miałbym szię tu na nowo osadziś, to nie dlatego, sze ktoś na mnie czekał, nie z sentymentu. Z sentymentu mosna napisaś list, ale nie planowaś szycie. Jeśli miałbym zostaś, to tylko dlatego, sze sam bym tego chciał. A to… Tludna sprawa. -Wzruszyłem ramionami - nie było w tym goryczy, tylko trzeźwa kalkulacja. Znałem się na tyle, żeby się nie okłamywać - ani Prudence.
Zawiesiłem spojrzenie na jej oczach, chociaż nie szukałem w nich potwierdzenia. Właściwie - nie szukałem niczego, po prostu pozwoliłem sobie patrzeć na kogoś, kogo widok napawał mnie niespodziewanym ciepłem. Przez chwilę zapadła cisza, taka z rodzaju tych, które nie są niezręczne - ona jadła ciasto, ja dopijałem ostatnie łyki przestudzonej kawy, w tle ktoś przy barze, na dole, głośno zapytał o bezkofeinową alternatywę, co zabrzmiało w mojej głowie jak żart.
- Gdybym naplawdę chciał czegoś szukaś, mosze faktysznie musiałbym szię zastanowiś, do czego chcę pasowaś. - Wzruszyłem ramionami. - Ale nie mam takiej potszeby, nie szukam jusz punktu zaczepienia, chyba po plostu chciałem... Wlóciś w miejsce, gdzie ostatnio widziałem siebie takim, jakim byłem, zanim zlobiło szię to wszystko, co się potem odpieldoliło. Mosze tylko po to, szeby przekonaś szię, sze tamtego mnie jusz nie ma.
Prudence mówiła o tym, że dopasowywanie się jest przereklamowane, więc chyba założyła, iż rozważałem wejście w jakąś nową rolę, byleby tylko się dostosować, ale ja nie miałem nawet takiej ambicji - nie chciałem się dopasowywać - ani tu, ani nigdzie, miałem już to za sobą.
To pewien mechanizm przetrwania nas, jako ludzi - niby się dostosowujemy, ale tylko do punktu, w którym nie stracimy siebie. Problem w tym, że mało kto wie, gdzie ten punkt leży, a potem się budzisz i nie poznajesz własnego odbicia, i uświadamiasz sobie, iż minęły lata, odkąd tak naprawdę zacząłeś się zmieniać. Nie powiedziałem tego na głos, nie dodałem, że dotyczyło to również mnie, a może przede wszystkim mnie, bo chociaż byłem tu, w tej kawiarni, z tą kobietą, która mówiła o oddychaniu, jakby znała się na rzeczach, o których nikt nie uczył, to nadal nie wiedziałem, po co właściwie wróciłem, i nie lubiłem tego stanu.
- Ty szię nad tym wsystkim zastanawiasz... - Powiedziałem cicho, patrząc, jak kropla roztopionych lodów ścieka po porcelanowym brzegu talerzyka. - Analizujesz, zadajesz pytania, plóbujesz to jakoś ogalnąś, szanuję to,  selio, ale ja chyba jusz nie mam w sobie potszeby  losgszebywania. Wlósiłem, zobaczyłem, coś poczułem, i to musi mi wystalczyś. Nie sądzę, szeby miało sens loskładanie tego na czynniki pielwse.
Nie wiedziałem, jak długo jeszcze to potrwa, ile jeszcze dni zostanę, zanim znowu spakuję walizkę i zniknę, ale wiedziałem, że dziś wieczorem nie chcę z nią rozmawiać o tym, co mógłbym, gdybym tylko... Cokolwiek.
Być może powiedziałem więcej, niż zamierzałem, ale nie czułem się z tym nieswojo - może dlatego, że ona nie próbowała tego rozebrać na czynniki pierwsze, jakby przeprowadzała sekcję, nie zaczęła psychoanalizować mojej wypowiedzi, nie wchodziła w półsłówka i domysły na temat tego, co jest nie tak, a ja nie zamierzałem się z nią spierać o przeznaczenie. Zresztą, nawet nie czułem potrzeby, by je na siłę podważać, nie miałem w zamiarze kwestionować jej wizji - nie dlatego, że szanowałem bezwarunkowo to podejście, tylko dlatego, że nie widziałem w tym sensu. Ludzie wierzyli, w co chcieli - ona w los, ja w decyzje - ona w wibracje i przestrzeń, ja w konsekwencje i ich brak. Byliśmy po dwóch stronach tej samej drogi, i jakoś - przynajmniej dzisiaj - nie było potrzeby tego korygować.
- Poza tym. - Dodałem, podnosząc brew i wskazując na jej talerz. - Masz colas mniej lodów, colas więsej paciangi, zamiast ciasta, a nie chciałbym, szeby losmowa o toszsamości pszesłoniła najwaszniejsze szeszy... Czyli desel... I landkę, nie spotkanie telapeutyszne. - Uśmiechnąłem się pod nosem, a potem sięgnąłem po swoją filiżankę i upiłem łyk, który był już bardziej lodowaty niż gorący. Nie mówiłem więcej - nie chciałem więcej, nie w tym momencie - w tym momencie było po prostu dobrze, i nie czułem potrzeby, by to komplikować. Wbrew swojej zwyczajnej ostrożności, pozwoliłem sobie na to jedno zdanie więcej, które w moim przypadku było już niemal deklaracją. Nie po to, żeby ją przekonać, że ta randka była dla mnie ważna, a była, po prostu - żeby była tego świadoma. Nie chciałem jej narzekać, uzewnętrzniać się, chciałem miło spędzić z nią czas.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (9383), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (9379)




Wiadomości w tym wątku
[10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.05.2025, 15:32
RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - przez Pan Losu - 25.05.2025, 15:32
RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 25.05.2025, 23:52
RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 28.05.2025, 01:40
RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 30.05.2025, 08:35
RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 03.06.2025, 11:51
RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 04.06.2025, 19:59
RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 06.06.2025, 12:55
RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 06.06.2025, 22:38
RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 09.06.2025, 14:06
RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 09.06.2025, 22:55
RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 11.06.2025, 17:13
RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 12.06.2025, 13:23
RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 16.06.2025, 17:21
RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 16.06.2025, 20:32
RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 17.06.2025, 20:21
RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 17.06.2025, 21:47
RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 20.06.2025, 15:24
RE: [10/09/72] And it’s quiet in the early autumn rain... | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 20.06.2025, 19:21

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa