Gadał szybko, tak -żeby się jednak nie rozmyślić. Żeby na tej jednej fali powiedzieć wszystko, co należało powiedzieć. Co chciał powiedzieć. Bo należało... no tak, wiele rzeczy robić należało, kiedy się nabroi, ale Sauriel je wtedy robił tak o - na odwal się. Zrobić i tyle, bez żadnej finezji i żeby było wiadomo, że nie robi tego wcale w dobrych intencjach. Ale tutaj intencje były jak najbardziej szczere. Poniosło go po pijaku, nie było sensu się usprawiedliwiać, bo nie było czego usprawiedliwiać. Natomiast też chciał, żeby wiedziała, że jego tekst nie miał na celu rzucenia jej błotem w twarz. I naprawdę uważał, że miała ładne usta. Do całowania. - Tak by uznał ongiś. Teraz też tak pomyślał, tylko że pocałunki były... co najmniej puste. Takie same jak obieranie ziemniaków czy przecieranie kurzu z szafki, bo się go trochę zebrało. Po prostu - trywialne. Tak samo miała fajne cycki i fajną pupę, no miała. I co z tego? Miał tylko nadzieję, że te uroki wykorzysta i znajdzie sobie kogoś, kogo naprawdę pokocha. Ale to pewnie wszystko z czasem. Na razie nawet nie byli narzeczeństwem.
Miała dziwną minę. Bardzo specyficzną. Jakby ogarnęła ją melancholia, wzruszyły kwiaty, jakby pozwoliła sobą poruszyć w tę najsłodszą ze stron, a jednocześnie poczuła niesamowity smutek. To była niezwykła mieszanka. I niezwykle wyglądała na jej nieprzeciętnie urodziwej twarzyczce. Cieszyła się z kwiatów, to widział na pewno.
- Wy tam jakąś trawę zawsze wsadzacie to też włożyłem... - Mruknął, łapiąc za jeden z listków, jakby wymagało to pokazania, co dokładnie miał na myśli. A nie wymagało. - Prawda?! - Otworzył nieco szerzej oczy, kiedy powiedziała, że jest piękny. To jest - dla niej piękny. Jemu się podobał bardziej niż te układane przez Anne. I jej ewidentnie też. Widział to po jej spojrzeniu. - Mówię to za każdym razem matce jak wyrywa te kwiatki z ogrodu, to się upiera, że to chwasty. Ignorantka. - Pacnął palcem kwiatuszek i cofnął swoją dłoń z powrotem do kieszeni. - Bardziej bukietem, ale obrałem sobie za cel kupowanie ci słodyczy zamiast kwiatów. Ocipiałbym, jakbym miał ci dobierać bukiety. Albo prędzej zawału serca by kwiaciarka dostała, jakbym jej machał palcem przed twarzą: tylko spróbuj źle policzyć kwiaty... - Uśmiechnął się nieco pod nosem, chociaż trochę smętnie. Widział drugą rzecz, która chyba teraz do niej dotarła, albo... nie był pewien, co myślała i co dokładnie odczuwała, ale wiedział, że dotyczyło to tego przykrego tematu. Dla obu stron. - Przepraszam. Naprawdę bardzo cię przepraszam. - Powiedział ciszej, obracając wzrok do okna i ściągając nieco brwi. Było mu żal. Siebie. Jej. W tej krótkiej chwili było mu żal całego świata, ale to nic. To nic, bo żal niczego tu nie zmieniał. Spojrzał z powrotem na Victorie. Był poważny. Tak jak zaczął mówić, tak i teraz. A to nie był wcale częsty widok w jego przypadku. To też nie był ten rodzaj twardej powagi, że zaraz pierdolnie atomówka. Też się w końcu lekko uśmiechnął.- Jeżeli byś chciała o tym... o czymkolwiek porozmawiać to się nie krępuj. - Naprawdę się starał, żeby to jakoś pracowało i działało. Lubił Victorię. Tylko jednocześnie nie lubił jej lubić. Nie chciał jej lubić. Albo inaczej - chciał ją lubić w normalnych warunkach. A jego świat był całkowicie nienormalny.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.