12.06.2025, 22:37 ✶
Jeszcze jakiś czas wcześniej w żadnym wypadku nie powiedziałby, że to wszystko przyjdzie im z taką łatwością. Nie dlatego, że w nich nie wierzył. Nie. Po prostu był realistą. No cóż. Po prawdzie, w tym momencie zaczynał dostrzegać, że kierowało nim prawdopodobnie wszystko, tylko nie realizm. Geraldine miała rację, oczywiście, gdy wytykała mu czarnowidztwo. Nawet jeśli nigdy nie przyznałby tego na głos.
Wolał po prostu podjąć próbę zmiany nastawienia. Zadziwiająco łatwo, cholernie prosto (mhm, oczywiście, to nie tak, że darli koty przez tydzień, dosyć regularnie się przez to raniąc) było powrócić na te dawne tory. Może jeszcze niezupełnie całkowicie. Nie całkiem do końca, ale w dostatecznej mierze, żeby czuć się coraz lżej, lepiej i... ...o ironio, stabilniej, nawet jeśli oboje ledwo trzymali się jakiegokolwiek złudzenia pionu.
Zawsze mieli w sobie to coś, czemu chyba w ostatnich dniach zdążyli nawet nadać już nieco bardziej oficjalne imię. Tę wspólną nić porozumienia, która działała nawet wtedy, gdy nie powinni mieć ze sobą absolutnie nic wspólnego.
Byli w stanie odsunąć od siebie to wszystko, co w pewnym momencie wydawało mu się tak absurdalnie ciężkie, że niemal nie do udźwignięcia. Tak cholernie parszywe, że w żadnym wypadku nie chciał w to wciągać osoby, którą kochał bardziej niż kogokolwiek innego.
A jednak osobno wcale nie było im lepiej. Wręcz przeciwnie, chyba dostatecznie dobrze udowodnili sobie, jak to tak naprawdę wyglądało. Nic więc dziwnego, że gdy doszli do tego wniosku, powracając do lepszego, bardziej naturalnego stanu, mieli co opijać. Razem było im lepiej.
Nawet a może zwłaszcza teraz, kiedy oboje byli rozkojarzeni, podpici, lekko wytrąceni z osi, po której poruszali się na co dzień i dryfujący w stronę kolejnej nieprzemyślanej decyzji, wchodzili w to synchronicznie. Nie musieli zbyt wiele dyskutować na temat planów na resztę wieczoru. Po prostu parli do przodu, jakby przez całe życie szykowali się do wspólnej realizacji nawet tych najgłupszych pomysłów.
Po prawdzie, znajdując się w tym stanie, Ambroise nie miałby najmniejszych oporów, aby przyznać, że tak. Poniekąd właśnie to robili. Bez chwili zastanowienia, bez krzty zawahania mógłby wzruszyć ramionami i stwierdzić, że w pewnym sensie rzeczywiście tak było. Przez te wszystkie wspólne lata w zasadzie rzeczywiście w pewnym stopniu nauczył się przewidywać zachowania jego dziewczyny i iść z nią na mimowolny kompromis. Dostrzegać to, czego mogła oczekiwać. Od niego, od otoczenia czy od życia. Co aktualnie siedziało jej w głowie, czyli z dużym prawdopodobieństwem, jak na jego oko, dokładnie to, co u niego...
...niewiele.
Nie tylko mina Geraldine wyglądała teraz zabawnie. Praktycznie wszystko dookoła nabrało zupełnie innego wyrazu. Jawiło mu się w zupełnie innych, znacznie bardziej nasyconych i różnorodnych odcieniach, miało zabawniejsze kształty (ta jedna chmura po lewej nad mugolską świątynią wygląda zupełnie jak dupa z zajebiście dużymi pośladami), było po prostu...
...lepsze.
- Oczywiście, że przypisuję sobie najważniejszą funkcję w zespole - odparł, uśmiechając się nonszalancko. - Ktoś musi. Nie możesz zostawić orkiestry bez dyrygenta. Bez odpowiedniego doboru muzyki, z braku laku, wszyscy zaczęliby macać się już w takcie walca, bo nie mieliby, kiedy indziej tego robić. A przecież to byłby skandal - kiwnął głową, jakby naprawdę wierzył w sens tego, co mówi.
Przeszli przez salę, zupełnie ignorując fakt, że wyglądają jak para, której (cóż) nie da się zignorować. Wysocy, roześmiani, może trochę nazbyt pewni siebie, trochę zbyt ostentacyjni w tym swoim braku skrupułów. Parli do przodu i zdecydowanie nie byli w tym dyskretni. A jednak jakimś cudem nikt nie zwrócił na nich uwagi. Najwyraźniej wszyscy uwierzyli w to, że mają do czynienia z pełnoprawnymi uczestnikami tego...
...no, właśnie...
...czego?
Roise nadal nie był pewien, co to właściwie za impreza. Wesele? Nie widział jeszcze żadnej młodej pary. Urodziny? Może jakiś jubileusz? Raczej nie stypa? Na sabat było zbyt wcześnie. Na chrzciny zbyt późno. No cóż. Pewnie niedługo mieli szansę dowiedzieć się tego, na co tak właściwie się wprosili.
Obecnie nie miało to znaczenia. Ważne, że mieli alkohol w zasięgu wzroku, siebie nawzajem i cichą obietnicę, że cokolwiek by się działo, pójdą w to razem.
Nic więc dziwnego, że uznał, że obecna sytuacja wybitnie nie wymaga analizy. Trafili na imprezę, bar został pozostawiony bez opieki, więc należało z tego skorzystać. Wystarczyło zresztą zaledwie jedno przelotne spojrzenie w kierunku Geraldine, żeby mógł stwierdzić, że jego dziewczyna właśnie kalkulowała, w jaki sposób powinna przeskoczyć przez blat. W swojej głowie z pewnością miała to zrobić niczym urodzona akrobatka po dwóch butelkach miodu pitnego. Była w doskonałej formie, wielokrotnie mu to udowodniła, więc teoretycznie wszystko powinno pójść zgodnie z tym niewypowiedzianym planem, jaki chyba miała.
Tyle tylko, że przez cały wieczór pili coś zupełnie innego. Znacznie mocniejszego. I cholera tak naprawdę wiedziała, ile już wychlali. Nie mógł pozwolić Rinie być jedyną osobą, która spektakularnie się wypierdoli, bo przeszacuje odległość i niedoszacuje możliwości swojego ciała, prawda? To by zburzyło ich wspólną estetykę. Jeśli mieli się wyjebać, to tylko razem.
Przejął więc inicjatywę. Pchnął drzwiczki z tą teatralną nonszalancją, która mówiła: ależ proszę bardzo, jesteśmy przecież u siebie. Nie byli, ale kto by się tym przejmował?
No, nie oni.
Mrugnął do niej bezczelnie, po czym schylił się za kontuar. W jego głowie bezwiednie zapadła decyzja o tym, że skoro nie mają nikogo bardziej uprawnionego w zasięgu wzroku, to on tego wieczoru zostanie samozwańczym barmanem. Skupił się więc na tym, żeby wszystko w sposobie, w jaki chwycił butelkę, sugerowało, że zna się na rzeczy. W rzeczywistości przynajmniej wydawało mu się, że bardzo przekonująco udaje pełen profesjonalizm. Zresztą, był przystojny, czyż nie? A to zazwyczaj wystarczało, żeby zbierać pochwały.
Teraz zresztą sam też był szalenie zadowolony z siebie. To jedno malutkie, cichutkie klik drzwiczek, które zdziałało więcej niż najpotężniejsze zaklęcie otwierające, wzniosło go mentalnie do rangi bohatera wieczoru. Wprawdzie nie musiał robić nic wielkiego. Wyłącznie przeszedł za bar, nie potrzebując nawet korzystać przy tym z teleportacji.
No dobrze, może nie błyszczał aż tak. Być może trochę mu się uroiło, ale wyjątkowo lubił się w tym stanie a to zdecydowanie miało znaczenie. Do bycia zadowolonym wystarczyło mu zatem to, że flaszka w jego ręku była dokładnie z rodzaju tych, które nie mówią wypij mnie z klasą, tylko raczej sprawdź, ile głupich decyzji da się podjąć w po pół litra na łebka. A właśnie tego potrzebowali.
Nie musiał dematerializować się w żaden spektakularny sposób i materializować się z powrotem, triumfalnie unosząc przywłaszczoną sobie butelkę. Nie zagrały fanfary (jeszcze nie, choć po prawdzie zdecydowanie mogłaby to zrobić; nie miałby zupełnie nic przeciwko temu), ale spojrzenie, jakim obdarzyła go Geraldine wprowadziło go w niemal euforyczny stan.
W dodatku wyglądała przy tym absolutnie cudownie. Nawet w tej swojej nieco rozmazanej wersji. Nawet, jeśli oboje mieli rozjechany wzrok, chwiejną postawę a na twarzy Geraldine minutę później zagościł zupełnie nowy wyraz. Taka mina, jakby jego dziewczyna właśnie próbowała zrozumieć mechanikę widmowidzenia, patrząc na niego, jakby jednocześnie mógł być mesjaszem i kimś zupełnie obłąkanym.
Yaxleyówna bez wątpienia zaczęła poważnie zastanawiać się nad jego trzecim okiem, wątpliwym darem. To było całkiem zabawne. Sprawiło, że uśmiech rozciągnął mu się szeroko na gębie, a jego spojrzenie błysnęło tym samym figlarnym błyskiem, z którym Roise niejednokrotnie wkręcał ją w najdziwniejsze teorie. Cholera, jak on ją uwielbiał.
No cóż, szczerze? Nie bardzo miał pojęcie, skąd wziął te swoje trzydzieści minut i czy to faktycznie miało jakieś znaczenie poza tym, że brzmiało dobrze. Ale przecież po co psuć zabawę?
- Oczywiście, że widzę przyszłość, więc musisz wierzyć mi na słowo. Chcesz się obudzić z porannym kacem czy z namiarem? - Zaczął z tym teatralnym tonem, jakby miał właśnie wygłosić wykład na temat tego, jak zostać największym jasnowidzem świata, chociaż w głębi duszy wiedział, że jego zdolności ograniczają się do siedzenia i przypadkowego dostrzegania duchów przeszłości. - Ale nie każdy tak ma. To kwestia treningu i mojego wybitnego talentu - zerknął na nią z krzywym uśmiechem
Tym, który zawsze mówił więcej niż trzeba, po czym zamrugał teatralnie, jakby rzeczywiście próbował połączyć się z jakimiś mistycznymi siłami odpowiadającymi za wizję przyszłości.
Ewentualnie z własnymi przodkami. Szczególnie z tymi, którzy kiedyś mieli więcej rozumu niż on, co pewnie aktualnie nie byłoby zbyt trudne. Przynajmniej, gdyby rzeczywiście miał choć szczątkowy dar prekognicji.
- Jasne, jasne. Nie masz tego w planach - kiwnął głową, starając się brzmieć tak, jakby naprawdę wierzył w to, że żadne z nich niczego tu nie rozwali. - Ale w razie czego pamiętaj, że wtedy te pół godziny już nie działa. Minuta i nas nie ma. Tyle mamy czasu, zanim ktoś zorientuje się, że coś jest nie tak. Potem zaczynają się pytania, potem podejrzenia, potem dziwni staruszkowie z brodami wyciągają różdżki - stwierdził z niezmąconą pewnością siebie.
Za cholerę nie spodziewał się (więc tyle było z jego jasnowidzenia), że już po niespełna minucie od wypowiedzenia tych słów, w istocie przyjdzie im spotkać się z tymi staruszkami. A jednak. Geraldine przez moment naprawdę wyglądała, jakby zaraz miała się przewrócić. Ale nie, utrzymała się, wyprostowała, może nawet trochę za bardzo, no i... ...zaraz, czy to nie była paranoiczna panika w oczach? Roise już miał zapytać, czy zobaczyła swoją matkę przez okno, ale wtedy pojawił się ten gość. Niby znikąd, niby przypadkiem.
Ich reakcje były tak idealnie zsynchronizowane, że aż zabawne. Przynajmniej dla niego. Greengrass zrobił krok w bok, niby nonszalancko, ale tylko po to, żeby zasłonić Yaxleyównę całym swoim ciałem, a ona... ...wyprostowała się, stając prosto jak miotła. Z tą samą prędkością, z jaką człowiek trzeźwieje, gdy widzi patrol magicznej policji.
Gość coś tam powiedział. Czekał na nich? Świetnie. Roise kiwnął głową jak ktoś, kto absolutnie nie wie, o co chodzi, ale zamierza udawać, że wszystko kontroluje. To najwyraźniej wystarczyło, by typ odszedł.
Nie było żadnej konfrontacji. Nikt nie rzucił na nich jakiegokolwiek zaklęcia (zresztą to chyba nie było magiczne wesele? kij wie). Nikt nie krzyczał, że są złodziejami trunków. Nikt nawet nie raczył zapytać, kim tak właściwie są.
Zabawne, jak bardzo ludzie byli zajęci sobą. Nie to, żeby Ambroise narzekał na ten fakt. Zdecydowanie pasowało mu to, w jaki sposób do tej pory udawało im się przemykać tuż pod radarem, nawet jeśli teoretycznie powinni zdecydowanie rzucać się w oczy.
Kiedy nieznajomy zniknął (całe szczęście, równie szybko, co się pojawił) Roise odwrócił się powoli do Geraldine, patrząc na nią z miną, która mówiła: nie analizujmy tego, póki wieczór trwa, ale wydaje mi się, że chyba właśnie zostaliśmy zwerbowani do jakiejś sekty. W tym samym momencie dziewczyna wypuściła powietrze, wyglądając tak, jakby właśnie dostała rozgrzeszenie od samej Morgany.
Morgana. Sekta. Czyli wszystko się zgadzało. Byli straceni? Wcieleni do kultu? Być może, ale przede wszystkim chyba rzeczywiście przestawali być dostatecznie pijani. Miała rację, musieli jak najszybciej zaradzić nagłemu stanowi otrzeźwienia (mhm). Zanim jednak przytaknął na te wyjątkowo mądre słowa, jakie opuściły usta jego dziewczyny, rzucił jeszcze bardzo lekkim tonem.
- No widzisz - mruknął, uśmiechając się pod nosem. - Przewidziałem, że nas nie przewidzą - był przy tym wyjątkowo zadowolony ze swojego nowoodkrytego daru, zupełnie nie zwracając uwagi na kompletny brak sensu (nie) tkwiącego w tym, co powiedział.
Niby wyszło mu przez to masło maślane, ale kto by zwracał uwagę na takie detale? Szczególnie, że przecież nie po to tu był, żeby wygłaszać przemowy, czyż nie? Choć może jednak? W końcu wieczór był stosunkowo młody. A oni, cholera, ewidentnie byli tutaj oczekiwani, prawda? To nie tak, że ktoś ich z kimś pomylił. Nie, nie.
- Za trzeźwa? No to trzeba interweniować - powiedział z wyjątkowo głęboką powagą.
Taką, z jaką potrafił mówić tylko po trzecim, czwartym, piątym albo piętnastym głębszym. Jeszcze zanim jego mózg zorientował się, że reszta ciała w istocie już dawno błagała o interwencję. Tyle tylko, że medyczną. Polegającą na jak najszybszym odtruwaniu organizmu.
Chwilowo jeszcze zupełnie nie brał pod uwagę tego, jak bardzo szumiało mu w głowie i co to tak właściwie zwiastowało na przyszłość. Szczególnie na poranek. Jego trzecie oko było równie, jeśli nie bardziej półprzymknięte i zamglone, co dwa pozostałe. Nie doszedł do wniosku, że picie whisky z gwinta było ostatnim, co powinni robić. Nie.
Zamiast tego uniósł brew, jeszcze bardziej rozbawiony niż wcześniej, po czym obrócił się do Geraldine, patrząc na nią z tym swoim szelmowskim uśmiechem, który zawsze zapowiadał, że zaraz coś odjebie. A zdecydowanie było, co tu odpierdalać robić, zachowując przy tym umiar i klasę, rzecz jasna. Zupełnie nie zwracając na siebie niepotrzebnej uwagi.
To była naprawdę dobra impreza. Zdecydowanie mieli tu wszystko na zadziwiająco przyzwoitym poziomie, więc należało z tego korzystać, czyż nie? Wystarczyło jedno pociągnięcie z butelki (oczywiście wpierw podanej Rinie), żeby dojść do wniosku, że ktokolwiek organizował to wydarzenie, raczej nie szczędził pieniędzy na trunki. Może ten alkohol nie był aż tak wykwintny jak to, co znajdowało się w piwnicach ciotki, ale po prawdzie dosyć trudno byłoby przebić jakość zapasów Ursuli.
Ta whisky była smaczna. Przyjemnie paliła w przełyku, co dosyć dobrze zwiastowało na przyszłość. Za chwilę zdecydowanie nie mieli już obawiać się o to, że będą zbyt trzeźwi na to, by kontynuować szaleństwo wieczoru. Mogli swobodnie skitrać się gdzieś w jakimś kącie, dopić zdobycz i ruszyć na parkiet.
Ten zaś również wyglądał naprawdę zachęcająco. No, o ile zignorowało się fakt, że tańczyli tam ludzie o twarzach tak czerwonych, że wyglądały jak buraki po gotowaniu z dodatkiem octu. Jedna z kobiet machała czymś, co wyglądało jak parasolka na kurzej łapce. Ambroise nie pytał. To nie był wieczór na pytania. Mieli się bawić.
Wolał po prostu podjąć próbę zmiany nastawienia. Zadziwiająco łatwo, cholernie prosto (mhm, oczywiście, to nie tak, że darli koty przez tydzień, dosyć regularnie się przez to raniąc) było powrócić na te dawne tory. Może jeszcze niezupełnie całkowicie. Nie całkiem do końca, ale w dostatecznej mierze, żeby czuć się coraz lżej, lepiej i... ...o ironio, stabilniej, nawet jeśli oboje ledwo trzymali się jakiegokolwiek złudzenia pionu.
Zawsze mieli w sobie to coś, czemu chyba w ostatnich dniach zdążyli nawet nadać już nieco bardziej oficjalne imię. Tę wspólną nić porozumienia, która działała nawet wtedy, gdy nie powinni mieć ze sobą absolutnie nic wspólnego.
Byli w stanie odsunąć od siebie to wszystko, co w pewnym momencie wydawało mu się tak absurdalnie ciężkie, że niemal nie do udźwignięcia. Tak cholernie parszywe, że w żadnym wypadku nie chciał w to wciągać osoby, którą kochał bardziej niż kogokolwiek innego.
A jednak osobno wcale nie było im lepiej. Wręcz przeciwnie, chyba dostatecznie dobrze udowodnili sobie, jak to tak naprawdę wyglądało. Nic więc dziwnego, że gdy doszli do tego wniosku, powracając do lepszego, bardziej naturalnego stanu, mieli co opijać. Razem było im lepiej.
Nawet a może zwłaszcza teraz, kiedy oboje byli rozkojarzeni, podpici, lekko wytrąceni z osi, po której poruszali się na co dzień i dryfujący w stronę kolejnej nieprzemyślanej decyzji, wchodzili w to synchronicznie. Nie musieli zbyt wiele dyskutować na temat planów na resztę wieczoru. Po prostu parli do przodu, jakby przez całe życie szykowali się do wspólnej realizacji nawet tych najgłupszych pomysłów.
Po prawdzie, znajdując się w tym stanie, Ambroise nie miałby najmniejszych oporów, aby przyznać, że tak. Poniekąd właśnie to robili. Bez chwili zastanowienia, bez krzty zawahania mógłby wzruszyć ramionami i stwierdzić, że w pewnym sensie rzeczywiście tak było. Przez te wszystkie wspólne lata w zasadzie rzeczywiście w pewnym stopniu nauczył się przewidywać zachowania jego dziewczyny i iść z nią na mimowolny kompromis. Dostrzegać to, czego mogła oczekiwać. Od niego, od otoczenia czy od życia. Co aktualnie siedziało jej w głowie, czyli z dużym prawdopodobieństwem, jak na jego oko, dokładnie to, co u niego...
...niewiele.
Nie tylko mina Geraldine wyglądała teraz zabawnie. Praktycznie wszystko dookoła nabrało zupełnie innego wyrazu. Jawiło mu się w zupełnie innych, znacznie bardziej nasyconych i różnorodnych odcieniach, miało zabawniejsze kształty (ta jedna chmura po lewej nad mugolską świątynią wygląda zupełnie jak dupa z zajebiście dużymi pośladami), było po prostu...
...lepsze.
- Oczywiście, że przypisuję sobie najważniejszą funkcję w zespole - odparł, uśmiechając się nonszalancko. - Ktoś musi. Nie możesz zostawić orkiestry bez dyrygenta. Bez odpowiedniego doboru muzyki, z braku laku, wszyscy zaczęliby macać się już w takcie walca, bo nie mieliby, kiedy indziej tego robić. A przecież to byłby skandal - kiwnął głową, jakby naprawdę wierzył w sens tego, co mówi.
Przeszli przez salę, zupełnie ignorując fakt, że wyglądają jak para, której (cóż) nie da się zignorować. Wysocy, roześmiani, może trochę nazbyt pewni siebie, trochę zbyt ostentacyjni w tym swoim braku skrupułów. Parli do przodu i zdecydowanie nie byli w tym dyskretni. A jednak jakimś cudem nikt nie zwrócił na nich uwagi. Najwyraźniej wszyscy uwierzyli w to, że mają do czynienia z pełnoprawnymi uczestnikami tego...
...no, właśnie...
...czego?
Roise nadal nie był pewien, co to właściwie za impreza. Wesele? Nie widział jeszcze żadnej młodej pary. Urodziny? Może jakiś jubileusz? Raczej nie stypa? Na sabat było zbyt wcześnie. Na chrzciny zbyt późno. No cóż. Pewnie niedługo mieli szansę dowiedzieć się tego, na co tak właściwie się wprosili.
Obecnie nie miało to znaczenia. Ważne, że mieli alkohol w zasięgu wzroku, siebie nawzajem i cichą obietnicę, że cokolwiek by się działo, pójdą w to razem.
Nic więc dziwnego, że uznał, że obecna sytuacja wybitnie nie wymaga analizy. Trafili na imprezę, bar został pozostawiony bez opieki, więc należało z tego skorzystać. Wystarczyło zresztą zaledwie jedno przelotne spojrzenie w kierunku Geraldine, żeby mógł stwierdzić, że jego dziewczyna właśnie kalkulowała, w jaki sposób powinna przeskoczyć przez blat. W swojej głowie z pewnością miała to zrobić niczym urodzona akrobatka po dwóch butelkach miodu pitnego. Była w doskonałej formie, wielokrotnie mu to udowodniła, więc teoretycznie wszystko powinno pójść zgodnie z tym niewypowiedzianym planem, jaki chyba miała.
Tyle tylko, że przez cały wieczór pili coś zupełnie innego. Znacznie mocniejszego. I cholera tak naprawdę wiedziała, ile już wychlali. Nie mógł pozwolić Rinie być jedyną osobą, która spektakularnie się wypierdoli, bo przeszacuje odległość i niedoszacuje możliwości swojego ciała, prawda? To by zburzyło ich wspólną estetykę. Jeśli mieli się wyjebać, to tylko razem.
Przejął więc inicjatywę. Pchnął drzwiczki z tą teatralną nonszalancją, która mówiła: ależ proszę bardzo, jesteśmy przecież u siebie. Nie byli, ale kto by się tym przejmował?
No, nie oni.
Mrugnął do niej bezczelnie, po czym schylił się za kontuar. W jego głowie bezwiednie zapadła decyzja o tym, że skoro nie mają nikogo bardziej uprawnionego w zasięgu wzroku, to on tego wieczoru zostanie samozwańczym barmanem. Skupił się więc na tym, żeby wszystko w sposobie, w jaki chwycił butelkę, sugerowało, że zna się na rzeczy. W rzeczywistości przynajmniej wydawało mu się, że bardzo przekonująco udaje pełen profesjonalizm. Zresztą, był przystojny, czyż nie? A to zazwyczaj wystarczało, żeby zbierać pochwały.
Teraz zresztą sam też był szalenie zadowolony z siebie. To jedno malutkie, cichutkie klik drzwiczek, które zdziałało więcej niż najpotężniejsze zaklęcie otwierające, wzniosło go mentalnie do rangi bohatera wieczoru. Wprawdzie nie musiał robić nic wielkiego. Wyłącznie przeszedł za bar, nie potrzebując nawet korzystać przy tym z teleportacji.
No dobrze, może nie błyszczał aż tak. Być może trochę mu się uroiło, ale wyjątkowo lubił się w tym stanie a to zdecydowanie miało znaczenie. Do bycia zadowolonym wystarczyło mu zatem to, że flaszka w jego ręku była dokładnie z rodzaju tych, które nie mówią wypij mnie z klasą, tylko raczej sprawdź, ile głupich decyzji da się podjąć w po pół litra na łebka. A właśnie tego potrzebowali.
Nie musiał dematerializować się w żaden spektakularny sposób i materializować się z powrotem, triumfalnie unosząc przywłaszczoną sobie butelkę. Nie zagrały fanfary (jeszcze nie, choć po prawdzie zdecydowanie mogłaby to zrobić; nie miałby zupełnie nic przeciwko temu), ale spojrzenie, jakim obdarzyła go Geraldine wprowadziło go w niemal euforyczny stan.
W dodatku wyglądała przy tym absolutnie cudownie. Nawet w tej swojej nieco rozmazanej wersji. Nawet, jeśli oboje mieli rozjechany wzrok, chwiejną postawę a na twarzy Geraldine minutę później zagościł zupełnie nowy wyraz. Taka mina, jakby jego dziewczyna właśnie próbowała zrozumieć mechanikę widmowidzenia, patrząc na niego, jakby jednocześnie mógł być mesjaszem i kimś zupełnie obłąkanym.
Yaxleyówna bez wątpienia zaczęła poważnie zastanawiać się nad jego trzecim okiem, wątpliwym darem. To było całkiem zabawne. Sprawiło, że uśmiech rozciągnął mu się szeroko na gębie, a jego spojrzenie błysnęło tym samym figlarnym błyskiem, z którym Roise niejednokrotnie wkręcał ją w najdziwniejsze teorie. Cholera, jak on ją uwielbiał.
No cóż, szczerze? Nie bardzo miał pojęcie, skąd wziął te swoje trzydzieści minut i czy to faktycznie miało jakieś znaczenie poza tym, że brzmiało dobrze. Ale przecież po co psuć zabawę?
- Oczywiście, że widzę przyszłość, więc musisz wierzyć mi na słowo. Chcesz się obudzić z porannym kacem czy z namiarem? - Zaczął z tym teatralnym tonem, jakby miał właśnie wygłosić wykład na temat tego, jak zostać największym jasnowidzem świata, chociaż w głębi duszy wiedział, że jego zdolności ograniczają się do siedzenia i przypadkowego dostrzegania duchów przeszłości. - Ale nie każdy tak ma. To kwestia treningu i mojego wybitnego talentu - zerknął na nią z krzywym uśmiechem
Tym, który zawsze mówił więcej niż trzeba, po czym zamrugał teatralnie, jakby rzeczywiście próbował połączyć się z jakimiś mistycznymi siłami odpowiadającymi za wizję przyszłości.
Ewentualnie z własnymi przodkami. Szczególnie z tymi, którzy kiedyś mieli więcej rozumu niż on, co pewnie aktualnie nie byłoby zbyt trudne. Przynajmniej, gdyby rzeczywiście miał choć szczątkowy dar prekognicji.
- Jasne, jasne. Nie masz tego w planach - kiwnął głową, starając się brzmieć tak, jakby naprawdę wierzył w to, że żadne z nich niczego tu nie rozwali. - Ale w razie czego pamiętaj, że wtedy te pół godziny już nie działa. Minuta i nas nie ma. Tyle mamy czasu, zanim ktoś zorientuje się, że coś jest nie tak. Potem zaczynają się pytania, potem podejrzenia, potem dziwni staruszkowie z brodami wyciągają różdżki - stwierdził z niezmąconą pewnością siebie.
Za cholerę nie spodziewał się (więc tyle było z jego jasnowidzenia), że już po niespełna minucie od wypowiedzenia tych słów, w istocie przyjdzie im spotkać się z tymi staruszkami. A jednak. Geraldine przez moment naprawdę wyglądała, jakby zaraz miała się przewrócić. Ale nie, utrzymała się, wyprostowała, może nawet trochę za bardzo, no i... ...zaraz, czy to nie była paranoiczna panika w oczach? Roise już miał zapytać, czy zobaczyła swoją matkę przez okno, ale wtedy pojawił się ten gość. Niby znikąd, niby przypadkiem.
Ich reakcje były tak idealnie zsynchronizowane, że aż zabawne. Przynajmniej dla niego. Greengrass zrobił krok w bok, niby nonszalancko, ale tylko po to, żeby zasłonić Yaxleyównę całym swoim ciałem, a ona... ...wyprostowała się, stając prosto jak miotła. Z tą samą prędkością, z jaką człowiek trzeźwieje, gdy widzi patrol magicznej policji.
Gość coś tam powiedział. Czekał na nich? Świetnie. Roise kiwnął głową jak ktoś, kto absolutnie nie wie, o co chodzi, ale zamierza udawać, że wszystko kontroluje. To najwyraźniej wystarczyło, by typ odszedł.
Nie było żadnej konfrontacji. Nikt nie rzucił na nich jakiegokolwiek zaklęcia (zresztą to chyba nie było magiczne wesele? kij wie). Nikt nie krzyczał, że są złodziejami trunków. Nikt nawet nie raczył zapytać, kim tak właściwie są.
Zabawne, jak bardzo ludzie byli zajęci sobą. Nie to, żeby Ambroise narzekał na ten fakt. Zdecydowanie pasowało mu to, w jaki sposób do tej pory udawało im się przemykać tuż pod radarem, nawet jeśli teoretycznie powinni zdecydowanie rzucać się w oczy.
Kiedy nieznajomy zniknął (całe szczęście, równie szybko, co się pojawił) Roise odwrócił się powoli do Geraldine, patrząc na nią z miną, która mówiła: nie analizujmy tego, póki wieczór trwa, ale wydaje mi się, że chyba właśnie zostaliśmy zwerbowani do jakiejś sekty. W tym samym momencie dziewczyna wypuściła powietrze, wyglądając tak, jakby właśnie dostała rozgrzeszenie od samej Morgany.
Morgana. Sekta. Czyli wszystko się zgadzało. Byli straceni? Wcieleni do kultu? Być może, ale przede wszystkim chyba rzeczywiście przestawali być dostatecznie pijani. Miała rację, musieli jak najszybciej zaradzić nagłemu stanowi otrzeźwienia (mhm). Zanim jednak przytaknął na te wyjątkowo mądre słowa, jakie opuściły usta jego dziewczyny, rzucił jeszcze bardzo lekkim tonem.
- No widzisz - mruknął, uśmiechając się pod nosem. - Przewidziałem, że nas nie przewidzą - był przy tym wyjątkowo zadowolony ze swojego nowoodkrytego daru, zupełnie nie zwracając uwagi na kompletny brak sensu (nie) tkwiącego w tym, co powiedział.
Niby wyszło mu przez to masło maślane, ale kto by zwracał uwagę na takie detale? Szczególnie, że przecież nie po to tu był, żeby wygłaszać przemowy, czyż nie? Choć może jednak? W końcu wieczór był stosunkowo młody. A oni, cholera, ewidentnie byli tutaj oczekiwani, prawda? To nie tak, że ktoś ich z kimś pomylił. Nie, nie.
- Za trzeźwa? No to trzeba interweniować - powiedział z wyjątkowo głęboką powagą.
Taką, z jaką potrafił mówić tylko po trzecim, czwartym, piątym albo piętnastym głębszym. Jeszcze zanim jego mózg zorientował się, że reszta ciała w istocie już dawno błagała o interwencję. Tyle tylko, że medyczną. Polegającą na jak najszybszym odtruwaniu organizmu.
Chwilowo jeszcze zupełnie nie brał pod uwagę tego, jak bardzo szumiało mu w głowie i co to tak właściwie zwiastowało na przyszłość. Szczególnie na poranek. Jego trzecie oko było równie, jeśli nie bardziej półprzymknięte i zamglone, co dwa pozostałe. Nie doszedł do wniosku, że picie whisky z gwinta było ostatnim, co powinni robić. Nie.
Zamiast tego uniósł brew, jeszcze bardziej rozbawiony niż wcześniej, po czym obrócił się do Geraldine, patrząc na nią z tym swoim szelmowskim uśmiechem, który zawsze zapowiadał, że zaraz coś odjebie. A zdecydowanie było, co tu odpierdalać robić, zachowując przy tym umiar i klasę, rzecz jasna. Zupełnie nie zwracając na siebie niepotrzebnej uwagi.
To była naprawdę dobra impreza. Zdecydowanie mieli tu wszystko na zadziwiająco przyzwoitym poziomie, więc należało z tego korzystać, czyż nie? Wystarczyło jedno pociągnięcie z butelki (oczywiście wpierw podanej Rinie), żeby dojść do wniosku, że ktokolwiek organizował to wydarzenie, raczej nie szczędził pieniędzy na trunki. Może ten alkohol nie był aż tak wykwintny jak to, co znajdowało się w piwnicach ciotki, ale po prawdzie dosyć trudno byłoby przebić jakość zapasów Ursuli.
Ta whisky była smaczna. Przyjemnie paliła w przełyku, co dosyć dobrze zwiastowało na przyszłość. Za chwilę zdecydowanie nie mieli już obawiać się o to, że będą zbyt trzeźwi na to, by kontynuować szaleństwo wieczoru. Mogli swobodnie skitrać się gdzieś w jakimś kącie, dopić zdobycz i ruszyć na parkiet.
Ten zaś również wyglądał naprawdę zachęcająco. No, o ile zignorowało się fakt, że tańczyli tam ludzie o twarzach tak czerwonych, że wyglądały jak buraki po gotowaniu z dodatkiem octu. Jedna z kobiet machała czymś, co wyglądało jak parasolka na kurzej łapce. Ambroise nie pytał. To nie był wieczór na pytania. Mieli się bawić.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down