16.06.2025, 12:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.06.2025, 12:09 przez Woody Tarpaulin.)
Woody może i zobaczył tę nietęgą minę Lewisa, gdy stary wspomniał o jego żonie, lecz wytłumaczył ją sobie na swój sposób: oto przyłapał Lewiska na kłamstwie. On już tak czuł od początku, że z tą rodziną małych McKinnonków to ściema i żadnej baby nigdy nie było, ale udało się jego pracownikom-ancymonkom zasiać w nim ziarno zwątpienia. Ziarno, które nie wykiełkowało, bo głupi Lewis za szybko sam zapomniał o swoim kłamstwie i teraz wyśpiewał wszystko tym grymasem. Stary lis znów okazał się sprytniejszy.
— Na to wygląda — rzucił tylko krótko Woody, wyciągając zza pasa różdżkę, coby nie dać się zaskoczyć czymkolwiek, co miało czekać na nich wewnątrz Warsztatu.
Nie ustępował kroku Lewisowi, który przyspieszył, aby szybciej dostać się do środka. Starszy czarodziej wyprzedził go w zasadzie prędko, aby samemu przetrzeć szlak i ewentualne niebezpieczeństwa wziąć na siebie. Ani mu się śniło puszczać drobnego, młodego chłopaka przodem — co to, to nie.
Już za progiem uderzył śmiałków w twarze gryzący, duszący dym. Woody zaniósł się kaszlem. Zapiekły go oczy — trudno powiedzieć, czy od pyłu, czy od gorąca. W szarych kłębach niełatwo było nawigować — mimo przyświecenia sobie różdżką, czarodziej co chwilę haczył o coś stopami, kolanami czy ramionami. A to o kierownicę motocykla, a to o ciężką skrzynkę z narzędziami, szmelcu nie brakowało, siniaków też będzie dostatek.
Kierunku nadawał im głos kobiecy wykrzykujący obelgi i polecenia, z których chaotycznego splotu wywnioskować można było, że chodzi o wyciągnięcie kogoś spod rumowiska. Gdy znaleźli się w pomieszczeniu, w którym źródło miało owo zamieszanie, Tarpaulina — mimo nie byle jakich nerwów — ścisnęło gardło i pierś. Część stropu zawaliła się, lecz nie to stwarzało największe zagrożenie: pozostały fragment konstrukcji oberwanego sufitu wciąż niebezpiecznie wisiał w powietrzu nad gruzami. Wciąż podlizywał go ogień, a grawitacja i obruszana konstrukcja ściągały pozostałe osmolone belki ku podłodze, grożąc, że i one odpadną lada chwila.
Pod trzema już urwanymi żeberkami bel stropowych i trzymającą się ich na zbrojeniu betonową płytą uwięziony był mężczyzna. Obok niego kucał, próbując odwalić ów ciężar, drugi z nich. A choć mógł pochwalić się muskulaturą, samodzielnie unosił bele ledwo na kilka centymetrów — za mało, aby jego ranny brat mógł się spod nich wyczołgać.
— Ruchy. Ruchy — poganiała ich niska, krępa staruszka, która w ocalałej części pomieszczenia siłowała się z uszkodzoną kasą, próbując zawzięcie otworzyć jej wgniecioną kasetkę.
Gdy załoga Warsztatu Rumiana Czacha usłyszała obce pokasływania i kroki, ten z braci, który uniknął nieszczęścia — nazwijmy go dla uproszczenia Hans — natychmiast przywołał rejwachowców do siebie:
— Pomóżcie mi tu!
Woody spojrzał raz jeszcze na zarwany strop wiszący niebezpiecznie nisko i niestabilnie nad uwięzionymi braćmi, lecz nie zastanawiał się dwa razy.
— Lewis — w pośpiechu złapał chłopaka za ramię, żeby przyciągnać go bliżej i upewnić się, że ten usłyszy polecenia — pilnuj, czy to na nas nie poleci. Krzycz od razu w razie co. Dobrze u ciebie ostatnio z translokacją, żeby osłaniać?
Nie czekał jednak na odpowiedź chłopaka. Niezależnie do tego, jaka by nie była, wzlazł pod na wpół zawalony, żarzący się strop i wespół z Hansem spróbował unieść belki.
— Na trzy — zakomenderował Braciszkowi.
I gdy skończył odliczać, napiął wszystkie mięśnie, aby odwalić ciężar.
Rzut na AF, czy starczy sił, aby to zdjąć.
Sił nie starczyło. A może nie zsynchronizowali się wystarczająco. Ciężar runął, wyduszając cierpiętnicze stęknięcie z uwięzionego mężczyzny, a ciężka bela — opadając — przygniotła rękę Woody'ego, który mimowolnie wydał z siebie bolesny okrzyk i brzydkie słowo.
— Podnoś to — warknął przez zaciśnięte zęby do Hansa, któremu zaraz udało się unieść belę, aby utworzyć szparę wystarczającą do wyślizgnięcia przygniecionej ręki. Ręki z prawdopodobnie złamanym palcem, na szczęście lewej.
— Na to wygląda — rzucił tylko krótko Woody, wyciągając zza pasa różdżkę, coby nie dać się zaskoczyć czymkolwiek, co miało czekać na nich wewnątrz Warsztatu.
Nie ustępował kroku Lewisowi, który przyspieszył, aby szybciej dostać się do środka. Starszy czarodziej wyprzedził go w zasadzie prędko, aby samemu przetrzeć szlak i ewentualne niebezpieczeństwa wziąć na siebie. Ani mu się śniło puszczać drobnego, młodego chłopaka przodem — co to, to nie.
Już za progiem uderzył śmiałków w twarze gryzący, duszący dym. Woody zaniósł się kaszlem. Zapiekły go oczy — trudno powiedzieć, czy od pyłu, czy od gorąca. W szarych kłębach niełatwo było nawigować — mimo przyświecenia sobie różdżką, czarodziej co chwilę haczył o coś stopami, kolanami czy ramionami. A to o kierownicę motocykla, a to o ciężką skrzynkę z narzędziami, szmelcu nie brakowało, siniaków też będzie dostatek.
Kierunku nadawał im głos kobiecy wykrzykujący obelgi i polecenia, z których chaotycznego splotu wywnioskować można było, że chodzi o wyciągnięcie kogoś spod rumowiska. Gdy znaleźli się w pomieszczeniu, w którym źródło miało owo zamieszanie, Tarpaulina — mimo nie byle jakich nerwów — ścisnęło gardło i pierś. Część stropu zawaliła się, lecz nie to stwarzało największe zagrożenie: pozostały fragment konstrukcji oberwanego sufitu wciąż niebezpiecznie wisiał w powietrzu nad gruzami. Wciąż podlizywał go ogień, a grawitacja i obruszana konstrukcja ściągały pozostałe osmolone belki ku podłodze, grożąc, że i one odpadną lada chwila.
Pod trzema już urwanymi żeberkami bel stropowych i trzymającą się ich na zbrojeniu betonową płytą uwięziony był mężczyzna. Obok niego kucał, próbując odwalić ów ciężar, drugi z nich. A choć mógł pochwalić się muskulaturą, samodzielnie unosił bele ledwo na kilka centymetrów — za mało, aby jego ranny brat mógł się spod nich wyczołgać.
— Ruchy. Ruchy — poganiała ich niska, krępa staruszka, która w ocalałej części pomieszczenia siłowała się z uszkodzoną kasą, próbując zawzięcie otworzyć jej wgniecioną kasetkę.
Gdy załoga Warsztatu Rumiana Czacha usłyszała obce pokasływania i kroki, ten z braci, który uniknął nieszczęścia — nazwijmy go dla uproszczenia Hans — natychmiast przywołał rejwachowców do siebie:
— Pomóżcie mi tu!
Woody spojrzał raz jeszcze na zarwany strop wiszący niebezpiecznie nisko i niestabilnie nad uwięzionymi braćmi, lecz nie zastanawiał się dwa razy.
— Lewis — w pośpiechu złapał chłopaka za ramię, żeby przyciągnać go bliżej i upewnić się, że ten usłyszy polecenia — pilnuj, czy to na nas nie poleci. Krzycz od razu w razie co. Dobrze u ciebie ostatnio z translokacją, żeby osłaniać?
Nie czekał jednak na odpowiedź chłopaka. Niezależnie do tego, jaka by nie była, wzlazł pod na wpół zawalony, żarzący się strop i wespół z Hansem spróbował unieść belki.
— Na trzy — zakomenderował Braciszkowi.
I gdy skończył odliczać, napiął wszystkie mięśnie, aby odwalić ciężar.
Rzut na AF, czy starczy sił, aby to zdjąć.
Rzut Z 1d100 - 21
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Sił nie starczyło. A może nie zsynchronizowali się wystarczająco. Ciężar runął, wyduszając cierpiętnicze stęknięcie z uwięzionego mężczyzny, a ciężka bela — opadając — przygniotła rękę Woody'ego, który mimowolnie wydał z siebie bolesny okrzyk i brzydkie słowo.
— Podnoś to — warknął przez zaciśnięte zęby do Hansa, któremu zaraz udało się unieść belę, aby utworzyć szparę wystarczającą do wyślizgnięcia przygniecionej ręki. Ręki z prawdopodobnie złamanym palcem, na szczęście lewej.
piw0 to moje paliwo