16.06.2025, 17:21 ✶
To właśnie najprostsze pytania miały w sobie największą siłę rażenia - te, które człowiek powinien był zadać sobie w pierwszej kolejności, ale zawsze odkładał je na później, jak niewygodny list, którego nie chce się otwierać, bo zbyt dobrze zna się nadawcę i przeczuwa, że odpowiedź nie będzie wygodna. W moim świecie rozmowy wyglądały inaczej, właściwie… Nie było ich wcale, raczej operowało się domysłami, kalamburami, ukrywaniem emocji, przekąsem albo grą w to, kto mniej powie, a i tak zostanie zrozumiany - kwestia tego, czy właściwie, zazwyczaj nie.
- „Każdy bezsens ma swój sens”… - Powtórzyłem po niej cicho, raczej dla siebie niż dla niej, i uśmiechnąłem się bez przekonania. Zacisnąłem palce na uchwycie filiżanki, chociaż nie podniosłem jej do ust. - To ładne. - Zamilkłem, marszcząc brwi. W tym wszystkim było coś więcej, coś, co nie dawało mi spokoju. Zdałem sobie sprawę, że nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś mówił do mnie z taką cichą porozumiewawczością - bez agendy, roszczenia, cienia „naprawię twój punkt widzenia”. Właściwie nigdy nie lubiłem, kiedy ludzie zaczynali mi opowiadać o „sensie wszystkiego” - zbyt często miałem wrażenie, że próbują przy okazji udowodnić, iż moje życie jest pozbawione tego sensu, ale u niej to brzmiało jak coś osobistego.
Może właśnie to było najbardziej zaskakujące - że potrafiliśmy rozmawiać bez potrzeby przekonania drugiej osoby, nie musiałem jej niczego tłumaczyć, bronić swoich wyborów, ona nie potrzebowała tego ode mnie, zdjęła z siebie te wszystkie warstwy ostrożności, którymi się owijała przy innych, i po prostu siedziała tu obok mnie, bez zbroi, i ja - po raz pierwszy od bardzo dawna - nie czułem potrzeby robić czegoś podobnego. Zresztą… Czy był jeszcze sens się bronić, skoro sam przed sobą przyznawałem, że nie wiedziałem, czy jestem na swoim miejscu? Poza tym - z pozoru rozmawialiśmy o mnie, moich bliskich, o jakimś ogólnym „podejściu do świata”, ale nie byłem głupi - wiedziałem, że dotyka czegoś bardzo osobistego - i to nie tylko mojego, widziała w tej rozmowie także siebie, i nie próbowała tego ukrywać.
- Zadajesz tludne pytania. Nie wiem, mosze myślałem, sze jak tu wlósę, to znajdę jakieś echo stalego siebie, coś, co pszypomni mi, po co w ogóle byłem… No, jaki byłem, i czy faktycznie to obecne szycie jest tym, do czego jestem stwoszony. - Skrzywiłem się leciutko, dopiero wtedy zerknąłem na nią z ukosa. - Lubię je, nie powiem, sze nie. - Wzruszyłem ramionami. - Tylko to taka zupełna odwlotność klatki, wiesz... - Nie musiałem pytać, czy mnie rozumiała - wiedziałem, że tak, nawet jeśli nie znała dokładnie moich demonów, znała ich kształt, formę. Też musiała się przeciskać przez gęstwiny cudzych oczekiwań, tyle tylko, że na inny sposób, też musiała walczyć ze sobą przez wewnętrzne głosy, które próbowały ją uciszyć. Zamilkłem na chwilę, bo poczułem znajome kłucie pod mostkiem - to było śmieszne, jak bardzo ciało pamiętało rzeczy, które dusza próbowała wyprzeć, wystarczyło słowo, jedno skojarzenie, i cały układ nerwowy zaczynał bębnić na alarm.
Nie odpowiedziałem od razu, spojrzałem za okno, tam gdzie i ona patrzyła wcześniej, chociaż nie mogłem już liczyć na nadchodzącą burzę za szybą, która odciągnęłaby mnie od jej słów.
- Tak chyba będzie najlepiej w naszym pszypadku, niczego nie analizowaś. - Stwierdziłem z cieniem namysłu. Kiedyś, jak ktoś mówił coś, z czym się nie zgadzałem, od razu szukałem argumentu - odruchowo zaczynałem debatę, przekonywałem, że widzi świat źle, błądzi, można lepiej, prościej, bardziej logicznie. Nawet jeśli nie miałem racji, nie miało to znaczenia, chodziło o to, żeby nie dać się pokonać na argumenty, nie odsłonić się, nie zaufać w czyjeś słuszne intencje. To idiotyczna forma samoochrony, ale skuteczna, nikt nie poznaje twoich prawdziwych myśli, jeśli cały czas stoisz z uniesioną tarczą.
- Dziwnie to zabszmi w kontekście landki, ale... - Odezwałem się w końcu, a głos miałem niższy, spokojniejszy niż zwykle. - To chyba pielwszy las od dluszszego czasu, kiedy nie mam potszeby szię s kimś spielaś. To miła odmiana, kijowo byłoby to popsuś. - Zamilkłem, zanim wyznałbym zbyt wiele, ale i tak powiedziałem już więcej, niż planowałem. Najwyraźniej tak już było w jej obecności - przynajmniej do tej pory - jakby otwierała drzwi, które sam dawno zabarykadowałem i których klucz wyrzuciłem, przekonany, że już się nie przydadzą. Spojrzałem na nią jeszcze raz - na to jak nonszalancko trzymała filiżankę z zimną kawą - jakby to było coś, co mówiło o niej więcej niż niejeden wywód. Prue nie musiała naciskać, żeby coś we mnie się otwierało - nie próbowała mnie przekonywać, zmieniać, nawet nie oceniała, i to właśnie rozbrajało mnie najbardziej, bo całe życie byłem przyzwyczajony do ludzi, którzy potrzebowali mieć rację, albo potrzebowali, żebym ja ich potrzebował - w określony sposób, a ona nie wymagała tego wszystkiego.
Oparłem się wygodniej, zaplatając ręce za głową i zerkając na chmury, które właśnie się rozpraszały, światło przemykało przez nie, tworząc pasma - nieśmiałe wspomnienie dnia sprzed deszczu. Teraz wszystko było już bardziej przejrzyste - przynajmniej z zewnątrz - niebo jaśniało, woda w zatoce pewnie łagodnie falowała, odbijając coraz śmielsze promienie słońca, ale z naszej pozycji nadal nie było jej widać.
- „Każdy bezsens ma swój sens”… - Powtórzyłem po niej cicho, raczej dla siebie niż dla niej, i uśmiechnąłem się bez przekonania. Zacisnąłem palce na uchwycie filiżanki, chociaż nie podniosłem jej do ust. - To ładne. - Zamilkłem, marszcząc brwi. W tym wszystkim było coś więcej, coś, co nie dawało mi spokoju. Zdałem sobie sprawę, że nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś mówił do mnie z taką cichą porozumiewawczością - bez agendy, roszczenia, cienia „naprawię twój punkt widzenia”. Właściwie nigdy nie lubiłem, kiedy ludzie zaczynali mi opowiadać o „sensie wszystkiego” - zbyt często miałem wrażenie, że próbują przy okazji udowodnić, iż moje życie jest pozbawione tego sensu, ale u niej to brzmiało jak coś osobistego.
Może właśnie to było najbardziej zaskakujące - że potrafiliśmy rozmawiać bez potrzeby przekonania drugiej osoby, nie musiałem jej niczego tłumaczyć, bronić swoich wyborów, ona nie potrzebowała tego ode mnie, zdjęła z siebie te wszystkie warstwy ostrożności, którymi się owijała przy innych, i po prostu siedziała tu obok mnie, bez zbroi, i ja - po raz pierwszy od bardzo dawna - nie czułem potrzeby robić czegoś podobnego. Zresztą… Czy był jeszcze sens się bronić, skoro sam przed sobą przyznawałem, że nie wiedziałem, czy jestem na swoim miejscu? Poza tym - z pozoru rozmawialiśmy o mnie, moich bliskich, o jakimś ogólnym „podejściu do świata”, ale nie byłem głupi - wiedziałem, że dotyka czegoś bardzo osobistego - i to nie tylko mojego, widziała w tej rozmowie także siebie, i nie próbowała tego ukrywać.
- Zadajesz tludne pytania. Nie wiem, mosze myślałem, sze jak tu wlósę, to znajdę jakieś echo stalego siebie, coś, co pszypomni mi, po co w ogóle byłem… No, jaki byłem, i czy faktycznie to obecne szycie jest tym, do czego jestem stwoszony. - Skrzywiłem się leciutko, dopiero wtedy zerknąłem na nią z ukosa. - Lubię je, nie powiem, sze nie. - Wzruszyłem ramionami. - Tylko to taka zupełna odwlotność klatki, wiesz... - Nie musiałem pytać, czy mnie rozumiała - wiedziałem, że tak, nawet jeśli nie znała dokładnie moich demonów, znała ich kształt, formę. Też musiała się przeciskać przez gęstwiny cudzych oczekiwań, tyle tylko, że na inny sposób, też musiała walczyć ze sobą przez wewnętrzne głosy, które próbowały ją uciszyć. Zamilkłem na chwilę, bo poczułem znajome kłucie pod mostkiem - to było śmieszne, jak bardzo ciało pamiętało rzeczy, które dusza próbowała wyprzeć, wystarczyło słowo, jedno skojarzenie, i cały układ nerwowy zaczynał bębnić na alarm.
Nie odpowiedziałem od razu, spojrzałem za okno, tam gdzie i ona patrzyła wcześniej, chociaż nie mogłem już liczyć na nadchodzącą burzę za szybą, która odciągnęłaby mnie od jej słów.
- Tak chyba będzie najlepiej w naszym pszypadku, niczego nie analizowaś. - Stwierdziłem z cieniem namysłu. Kiedyś, jak ktoś mówił coś, z czym się nie zgadzałem, od razu szukałem argumentu - odruchowo zaczynałem debatę, przekonywałem, że widzi świat źle, błądzi, można lepiej, prościej, bardziej logicznie. Nawet jeśli nie miałem racji, nie miało to znaczenia, chodziło o to, żeby nie dać się pokonać na argumenty, nie odsłonić się, nie zaufać w czyjeś słuszne intencje. To idiotyczna forma samoochrony, ale skuteczna, nikt nie poznaje twoich prawdziwych myśli, jeśli cały czas stoisz z uniesioną tarczą.
- Dziwnie to zabszmi w kontekście landki, ale... - Odezwałem się w końcu, a głos miałem niższy, spokojniejszy niż zwykle. - To chyba pielwszy las od dluszszego czasu, kiedy nie mam potszeby szię s kimś spielaś. To miła odmiana, kijowo byłoby to popsuś. - Zamilkłem, zanim wyznałbym zbyt wiele, ale i tak powiedziałem już więcej, niż planowałem. Najwyraźniej tak już było w jej obecności - przynajmniej do tej pory - jakby otwierała drzwi, które sam dawno zabarykadowałem i których klucz wyrzuciłem, przekonany, że już się nie przydadzą. Spojrzałem na nią jeszcze raz - na to jak nonszalancko trzymała filiżankę z zimną kawą - jakby to było coś, co mówiło o niej więcej niż niejeden wywód. Prue nie musiała naciskać, żeby coś we mnie się otwierało - nie próbowała mnie przekonywać, zmieniać, nawet nie oceniała, i to właśnie rozbrajało mnie najbardziej, bo całe życie byłem przyzwyczajony do ludzi, którzy potrzebowali mieć rację, albo potrzebowali, żebym ja ich potrzebował - w określony sposób, a ona nie wymagała tego wszystkiego.
Oparłem się wygodniej, zaplatając ręce za głową i zerkając na chmury, które właśnie się rozpraszały, światło przemykało przez nie, tworząc pasma - nieśmiałe wspomnienie dnia sprzed deszczu. Teraz wszystko było już bardziej przejrzyste - przynajmniej z zewnątrz - niebo jaśniało, woda w zatoce pewnie łagodnie falowała, odbijając coraz śmielsze promienie słońca, ale z naszej pozycji nadal nie było jej widać.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)