17.06.2025, 02:08 ✶
Oczywiście, że byli profesjonalni we wszystkim, czego się dotykali. W piciu nie mogło być inaczej. Wielu ludzi na ich miejscu już dawno by padło albo chociażby zaliczyło glebę, natomiast oni nadal stali. W oczach Ambroisa, robili to dosyć dumnie. Niczym niepokonani zwycięzcy wieczoru, choć cholera wiedziała, z kim rywalizowali i o jaką stawkę. Najważniejsze, że nadal byli w grze.
Zresztą, wyglądało na to, że wieczór miał się dopiero rozpocząć. Nie bez powodu trafili właśnie w to miejsce. Przywiodło ich tu przeznaczenie. Z pewnością nie chodziło o nic innego. W tym wypadku ścieżki losu były wyjątkowo zbadane. Wszystkie prowadziły do wnętrza budynku.
- Albo jak stoi - musiał to powiedzieć, prawda? - Chyba oboje wolimy tę wersję - no, musiał, po prostu musiał.
Szczególnie robiąc przy tym bardzo wymowną minę: unosząc brwi i posyłając dziewczynie dosyć bezczelne spojrzenie, które w jego własnej głowie wyglądało szelmowsko i zaczepnie. Natomiast w rzeczywistości? Chyba lepiej, że nie odbijał się przy tym w żadnym lusterku ani w witrynie. Lepiej dla niego było, że się nie widział, nawet jeśli nie miał takiej świadomości.
Zresztą, zamiast skupiać się na sobie, słysząc odpowiedź Yaxleyówny, odruchowo zaczął rozglądać się po najbliższej okolicy. Czy to za zwierzęciem, czy to za jakąś niezbyt podejrzanie porzuconą butelką alkoholu - tego nie wiedział. Najważniejsze, że to i to brzmiało obecnie równie dobrze (i prawdopodobnie). Nie byłby to zresztą pierwszy raz, gdy wrócili do domu z jednym albo drugim, albo oboma na raz, czyż nie?
Butelka ognistej i na wpół martwa sowa o wyłupiastych oczach. Już kiedyś zaliczyli coś podobnego. Whisky nie dotrwała do rana. Zwierzę? Cóż, przeżyło swoje. Stało się częścią pakietu wchodzącego w skład nadmorskiego domu, mieszkając na strychu przez blisko trzy lata. Przez ten cały czas uparcie usiłując konkurować z jastrzębiem, ale wciąż mając głęboko w dupie dostarczanie jakichkolwiek przesyłek. No cóż, przynajmniej chyba względnie szczęśliwie wyzionęło ducha.
- Zabierzemy wszystko, co stanie nam na drodze - przytaknął bez wahania, nie zastanawiając się nad tym, co tak naprawdę może to oznaczać.
W obecnym stanie naprawdę zgodziłby się na wszystko. No, może poza koniem. Na konie nigdy nie miało być miejsca. Nie teraz. Nie kiedykolwiek. Cała reszta? Mogli ją mieć. Swobodnie. W tym momencie to chyba nawet nie byłaby świadoma kradzież, bardziej przywłaszczenie? Przysposobienie? Coś w tym rodzaju? Poza tym, to miał być już nie ich problem. Przynajmniej nie teraźniejszych ich. Ci nie musieli być mądrzy ani przezorni. Szczególnie, że i tak nie mieli pamiętać zbyt wiele. Jeżeli cokolwiek.
- Serio? A to twoje mumbo jumbo? Ten detektor czy co to jest? To nie działa na takiej zasadzie? - Prawdę mówiąc, sam był tego dosyć mocno ciekawy, szczególnie, że wcześniej raczej tylko liznęli ten temat. - Nie mówi ci, co i jak, i gdzie? No, wiesz, ten jest jasnowidzem, ale zawsze, kurwa, kłamie, wizje tego to tak naprawdę schizofrenia i efekt grzybów, a ten może na dar, ale ewidentnie w nim ssie? - Nie wiedzieć, czemu, w obecnym momencie dosyć łatwo przychodziło mu założenie, że talenty Riny obejmowały to naturalne wykrywanie kłamstw i prób wykrzywiania rzeczy.
Nawet, jeśli jednocześnie udało mu się ją wkręcić w to, że poza byciem widmowidzem, potrafił też swobodnie sięgać w przyszłość. Ba, że był w tym prawdziwym ekspertem. Choć tak po prawdzie, nie mógł być dalej od tego. Jeszcze jakiś czas wcześniej naprawdę srogo gardził tą częścią siebie. W dalszym ciągu, Geraldine była jedną z nielicznych bliskich mu osób, które wiedziały, co się dzieje.
- Możesz pytać. Masz... ...przepustkę... ...złoty bilet... ...czy coś. To znaczy - zmrużył oczy, starając się znaleźć właściwe określenie; takie, które nie brzmiałoby równie chujowo, co rzekomy stopień wiedzy jego dziewczyny. - Jeśli masz takie życzenie, wal. Tylko mnie nie magluj, okay? No, także ten - wzruszył ramionami.
Prawdę mówiąc, będąc w tym stanie, prawdopodobnie nie miałby najmniejszych oporów przed tym, żeby odpowiedzieć na wszystkie pytania, jakie tylko skierowałby do niego Geraldine. Ewidentnie wliczając także te dotyczące przyszłości, o której być może w rzeczywistości nie miał najmniejszego pojęcia, jednak to nijak nie przeszkadzało mu w tym, aby wmawiać dziewczynie, że jest inaczej.
Podobał mu się wyraz twarzy Yaxleyówny, gdy to wszystko mówił. Zdecydowanie bawił go błysk w jej oczach, ułożenie warg, sposób, w jaki marszczyła czubek nosa, śląc mu takie spojrzenia, że nie miał nawet najmniejszych wątpliwości, że dla niej naprawdę to, co opuszczało jego usta w formie twórczego bełkotu brzmiało bardzo wiarygodnie.
W tym momencie nie myślał o konieczności naprostowania faktów. Ależ zdecydowanie nie. Zresztą wcale jej nie okłamywał. No, przynajmniej nie świadomie. Był równie pijany, co ona. Po prawdzie, nie miał pojęcia, jakim cudem jeszcze nadal trzyma się na nogach, choć nad tym też jakoś specjalnie się nie zastanawiał. W jego własnej głowie cała ta sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.
Zdecydowanie był w wyjątkowo dobrym humorze. Już nie wyśmienitym a szczerze zajebistym. Nie był w nim od wielu tygodni. Nie, miesięcy. Może nawet lat. Trudno byłoby mu to tak właściwie stwierdzić. Szczególnie, że na trzeźwo wcale nie palił się do takich analiz, natomiast po pijaku wszystko zawsze wyglądało znacznie barwniej i było lepsze.
Szczególnie, że sam z siebie nie miał tendencji do zbyt często uciekania w alkohol, gdy wszystko zaczynało spektakularnie się sypać. Zwykł wtedy palić, nie zachlewać mordę. Procenty zazwyczaj działały na niego tym bardziej rozluźniająco, że sięgał po nie już z odpowiednim nastawieniem. Wiązał je na ogół ze szczęśliwymi wydarzeniami. Nawet wtedy, gdy miał świadomość, że rano zdecydowanie pożałuje ich spożywania.
Czyli na przykład nieodmiennie wtedy, kiedy razem z Geraldine odwiedzali jej rodzinną Snowdonię. To było jedno z nielicznych miejsc, w których naprawdę potrafił w wyjątkowo szybki i niezrozumiale nieświadomy sposób schlać się tak bardzo, że do sypialni docierał niemal na czterech, ledwo w pionie. A miał mocny łeb, naprawdę mocny. Mało kto był w stanie przebić go w piciu. Tymczasem tam? Tam to zdarzało się dosyć regularnie.
Tak właściwie, jeśli miałby wymienić trzy ostatnie sytuacje, kiedy był w stanie podobnym do tego teraz, dwie z nich zdecydowanie tyczyłyby się picia z niedoszłym teściem. Natomiast jedna, no cóż, tą jedną dodatkową dosyć skutecznie wypierał ze swojej pamięci. Nie mógł powiedzieć, że całkowicie o niej zapomniał, ale nawet przed samym sobą udawał, że dokładnie tak to wygląda.
Dokładnie tak jak przez długi czas usiłował wmawiać sobie, że zupełnie nie brakuje mu tego, w jaki sposób niegdyś wyglądało jego życie. Że nie tęskni za tamtymi ludźmi, że w ten sposób jest lepiej, że cokolwiek zrobił, postąpił słusznie. To...
...to działało. Tak. W pewnym sensie. Powierzchownie. Bardzo, ale to bardzo złudnie. Całe szczęście, nie musiał już dłużej o tym myśleć, przynajmniej nie w taki sposób, w jaki robił to jeszcze tydzień wcześniej. Wszystko zaczynało wracać na swoje właściwe tory, nawet jeśli teraz oboje z Geraldine zataczali się tak bardzo, że zatracili wszelkie zdolności wyznaczania linii prostej swojej wędrówki przez salę.
To natomiast mogłoby być dosyć podstępne, gdyby tylko którekolwiek z nich tak naprawdę postanowiło zwracać na to uwagę. Gdyby chociaż raz z ust Riny padło jakiekolwiek wspomnienie, że chyba powinni trzymać się trochę bardziej prosto i uważać na wykonywane kroki, najpewniej już dawno znaleźliby się na podłodze. Bowiem pierwszą zasadą poruszania się w tym stanie było to, żeby nie uświadamiać go sobie na głos. Dopóki tego nie robili, dopóty było dobrze.
Na tyle, że nie miał niemal żadnych granic, jakichkolwiek wewnętrznych refleksji nad tym, co robi i jak to może wyglądać z zewnątrz. Nie to, aby na co dzień jakoś głęboko się tym przejmował, ale teraz było to jeszcze bardziej naturalne. I prawdopodobnie dużo wyraźniej dostrzegalne.
Chociażby w sposobie, w jakim nie tylko wędrował przez parkiet czy naprzemiennie pociągał z butelki, ale także w tym, co przyszło mu do głowy i czym niemal odruchowo podzielił się z Geraldine na głos, kiedy panna młoda pojawiła się na horyzoncie.
- Będzie beeeczeć? To chyba dobrze? - Mimo wszystko zniżył głos, chociaż jednocześnie parsknął przy tym pod nosem. - Nie znam się na mugolskiej modzie. Ślubnej zresztą też nie, ale ta... ...kwiatki ma trafione. Baaardzo wymoooowne - przełknął łyczek alkoholu, kiwając przy tym głową.
Tak. Z nich obojga wychooodzili teraz fachooowcy. Beez wątpienia.
- Masz te swoje urocze stworzenie, nie zabierajmy go do domu - nie darowałby sobie, gdyby tego nie powiedział, chociaż tak po prawdzie, po stokroć wolałby wrócić do domu z prawdziwą kozą albo owcą, aniżeli musieć chwalić gniazdo na głowie panny młodej.
A na to chyba właśnie się zanosiło, ponieważ na sali nastąpiło jeszcze większe poruszenie niż wcześniej. Ludzie, którzy dotychczas byli rozrzuceni po całym pomieszczeniu, nagle zaczęli ustawiać się w coś na kształt okręgu z pustym środkiem, w którym znalazła się młoda para. Od strony czegoś, co z dużym prawdopodobieństwem było drzwiami do kuchni albo na zaplecze, doszedł stukot kieliszków. Zbyt głośny, aby mogło chodzić wyłącznie o kilka zamówionych drinków.
Nie, nie. Niespełna minutę później wyłonił się stamtąd korowód kelnerów i kelnerek. Każde z tacą ze szkłem wypełnionym musującym trunkiem, najpewniej szampanem, z malinką w środku. Pracownicy tego miejsca zaczęli rozdawać kieliszki, jednocześnie dyskretnie sugerując gościom ustawienie. Do uszu Greengrassa dotarły zaś te dwa niezbyt magiczne słowa: indywidualne życzenia. Zanim jednak zdążył zrobić coś więcej niż tylko posłać Yaxleyównie spojrzenie, rozpoczął się drugi akt przedstawienia. Młodzi ruszyli po wewnętrznej części kręgu. W dodatku ktoś obok zdecydowanie chrząknął, prawdopodobnie próbując niezbyt dyskretnie dać do zrozumienia, że i on, i Geraldine powinni przesunąć się tak, aby móc stuknąć się z parą kieliszkami i wymienić choćby pół zdania. W końcu to nie tak, że się tu wjebali, czyż nie?
Zresztą, wyglądało na to, że wieczór miał się dopiero rozpocząć. Nie bez powodu trafili właśnie w to miejsce. Przywiodło ich tu przeznaczenie. Z pewnością nie chodziło o nic innego. W tym wypadku ścieżki losu były wyjątkowo zbadane. Wszystkie prowadziły do wnętrza budynku.
- Albo jak stoi - musiał to powiedzieć, prawda? - Chyba oboje wolimy tę wersję - no, musiał, po prostu musiał.
Szczególnie robiąc przy tym bardzo wymowną minę: unosząc brwi i posyłając dziewczynie dosyć bezczelne spojrzenie, które w jego własnej głowie wyglądało szelmowsko i zaczepnie. Natomiast w rzeczywistości? Chyba lepiej, że nie odbijał się przy tym w żadnym lusterku ani w witrynie. Lepiej dla niego było, że się nie widział, nawet jeśli nie miał takiej świadomości.
Zresztą, zamiast skupiać się na sobie, słysząc odpowiedź Yaxleyówny, odruchowo zaczął rozglądać się po najbliższej okolicy. Czy to za zwierzęciem, czy to za jakąś niezbyt podejrzanie porzuconą butelką alkoholu - tego nie wiedział. Najważniejsze, że to i to brzmiało obecnie równie dobrze (i prawdopodobnie). Nie byłby to zresztą pierwszy raz, gdy wrócili do domu z jednym albo drugim, albo oboma na raz, czyż nie?
Butelka ognistej i na wpół martwa sowa o wyłupiastych oczach. Już kiedyś zaliczyli coś podobnego. Whisky nie dotrwała do rana. Zwierzę? Cóż, przeżyło swoje. Stało się częścią pakietu wchodzącego w skład nadmorskiego domu, mieszkając na strychu przez blisko trzy lata. Przez ten cały czas uparcie usiłując konkurować z jastrzębiem, ale wciąż mając głęboko w dupie dostarczanie jakichkolwiek przesyłek. No cóż, przynajmniej chyba względnie szczęśliwie wyzionęło ducha.
- Zabierzemy wszystko, co stanie nam na drodze - przytaknął bez wahania, nie zastanawiając się nad tym, co tak naprawdę może to oznaczać.
W obecnym stanie naprawdę zgodziłby się na wszystko. No, może poza koniem. Na konie nigdy nie miało być miejsca. Nie teraz. Nie kiedykolwiek. Cała reszta? Mogli ją mieć. Swobodnie. W tym momencie to chyba nawet nie byłaby świadoma kradzież, bardziej przywłaszczenie? Przysposobienie? Coś w tym rodzaju? Poza tym, to miał być już nie ich problem. Przynajmniej nie teraźniejszych ich. Ci nie musieli być mądrzy ani przezorni. Szczególnie, że i tak nie mieli pamiętać zbyt wiele. Jeżeli cokolwiek.
- Serio? A to twoje mumbo jumbo? Ten detektor czy co to jest? To nie działa na takiej zasadzie? - Prawdę mówiąc, sam był tego dosyć mocno ciekawy, szczególnie, że wcześniej raczej tylko liznęli ten temat. - Nie mówi ci, co i jak, i gdzie? No, wiesz, ten jest jasnowidzem, ale zawsze, kurwa, kłamie, wizje tego to tak naprawdę schizofrenia i efekt grzybów, a ten może na dar, ale ewidentnie w nim ssie? - Nie wiedzieć, czemu, w obecnym momencie dosyć łatwo przychodziło mu założenie, że talenty Riny obejmowały to naturalne wykrywanie kłamstw i prób wykrzywiania rzeczy.
Nawet, jeśli jednocześnie udało mu się ją wkręcić w to, że poza byciem widmowidzem, potrafił też swobodnie sięgać w przyszłość. Ba, że był w tym prawdziwym ekspertem. Choć tak po prawdzie, nie mógł być dalej od tego. Jeszcze jakiś czas wcześniej naprawdę srogo gardził tą częścią siebie. W dalszym ciągu, Geraldine była jedną z nielicznych bliskich mu osób, które wiedziały, co się dzieje.
- Możesz pytać. Masz... ...przepustkę... ...złoty bilet... ...czy coś. To znaczy - zmrużył oczy, starając się znaleźć właściwe określenie; takie, które nie brzmiałoby równie chujowo, co rzekomy stopień wiedzy jego dziewczyny. - Jeśli masz takie życzenie, wal. Tylko mnie nie magluj, okay? No, także ten - wzruszył ramionami.
Prawdę mówiąc, będąc w tym stanie, prawdopodobnie nie miałby najmniejszych oporów przed tym, żeby odpowiedzieć na wszystkie pytania, jakie tylko skierowałby do niego Geraldine. Ewidentnie wliczając także te dotyczące przyszłości, o której być może w rzeczywistości nie miał najmniejszego pojęcia, jednak to nijak nie przeszkadzało mu w tym, aby wmawiać dziewczynie, że jest inaczej.
Podobał mu się wyraz twarzy Yaxleyówny, gdy to wszystko mówił. Zdecydowanie bawił go błysk w jej oczach, ułożenie warg, sposób, w jaki marszczyła czubek nosa, śląc mu takie spojrzenia, że nie miał nawet najmniejszych wątpliwości, że dla niej naprawdę to, co opuszczało jego usta w formie twórczego bełkotu brzmiało bardzo wiarygodnie.
W tym momencie nie myślał o konieczności naprostowania faktów. Ależ zdecydowanie nie. Zresztą wcale jej nie okłamywał. No, przynajmniej nie świadomie. Był równie pijany, co ona. Po prawdzie, nie miał pojęcia, jakim cudem jeszcze nadal trzyma się na nogach, choć nad tym też jakoś specjalnie się nie zastanawiał. W jego własnej głowie cała ta sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.
Zdecydowanie był w wyjątkowo dobrym humorze. Już nie wyśmienitym a szczerze zajebistym. Nie był w nim od wielu tygodni. Nie, miesięcy. Może nawet lat. Trudno byłoby mu to tak właściwie stwierdzić. Szczególnie, że na trzeźwo wcale nie palił się do takich analiz, natomiast po pijaku wszystko zawsze wyglądało znacznie barwniej i było lepsze.
Szczególnie, że sam z siebie nie miał tendencji do zbyt często uciekania w alkohol, gdy wszystko zaczynało spektakularnie się sypać. Zwykł wtedy palić, nie zachlewać mordę. Procenty zazwyczaj działały na niego tym bardziej rozluźniająco, że sięgał po nie już z odpowiednim nastawieniem. Wiązał je na ogół ze szczęśliwymi wydarzeniami. Nawet wtedy, gdy miał świadomość, że rano zdecydowanie pożałuje ich spożywania.
Czyli na przykład nieodmiennie wtedy, kiedy razem z Geraldine odwiedzali jej rodzinną Snowdonię. To było jedno z nielicznych miejsc, w których naprawdę potrafił w wyjątkowo szybki i niezrozumiale nieświadomy sposób schlać się tak bardzo, że do sypialni docierał niemal na czterech, ledwo w pionie. A miał mocny łeb, naprawdę mocny. Mało kto był w stanie przebić go w piciu. Tymczasem tam? Tam to zdarzało się dosyć regularnie.
Tak właściwie, jeśli miałby wymienić trzy ostatnie sytuacje, kiedy był w stanie podobnym do tego teraz, dwie z nich zdecydowanie tyczyłyby się picia z niedoszłym teściem. Natomiast jedna, no cóż, tą jedną dodatkową dosyć skutecznie wypierał ze swojej pamięci. Nie mógł powiedzieć, że całkowicie o niej zapomniał, ale nawet przed samym sobą udawał, że dokładnie tak to wygląda.
Dokładnie tak jak przez długi czas usiłował wmawiać sobie, że zupełnie nie brakuje mu tego, w jaki sposób niegdyś wyglądało jego życie. Że nie tęskni za tamtymi ludźmi, że w ten sposób jest lepiej, że cokolwiek zrobił, postąpił słusznie. To...
...to działało. Tak. W pewnym sensie. Powierzchownie. Bardzo, ale to bardzo złudnie. Całe szczęście, nie musiał już dłużej o tym myśleć, przynajmniej nie w taki sposób, w jaki robił to jeszcze tydzień wcześniej. Wszystko zaczynało wracać na swoje właściwe tory, nawet jeśli teraz oboje z Geraldine zataczali się tak bardzo, że zatracili wszelkie zdolności wyznaczania linii prostej swojej wędrówki przez salę.
To natomiast mogłoby być dosyć podstępne, gdyby tylko którekolwiek z nich tak naprawdę postanowiło zwracać na to uwagę. Gdyby chociaż raz z ust Riny padło jakiekolwiek wspomnienie, że chyba powinni trzymać się trochę bardziej prosto i uważać na wykonywane kroki, najpewniej już dawno znaleźliby się na podłodze. Bowiem pierwszą zasadą poruszania się w tym stanie było to, żeby nie uświadamiać go sobie na głos. Dopóki tego nie robili, dopóty było dobrze.
Na tyle, że nie miał niemal żadnych granic, jakichkolwiek wewnętrznych refleksji nad tym, co robi i jak to może wyglądać z zewnątrz. Nie to, aby na co dzień jakoś głęboko się tym przejmował, ale teraz było to jeszcze bardziej naturalne. I prawdopodobnie dużo wyraźniej dostrzegalne.
Chociażby w sposobie, w jakim nie tylko wędrował przez parkiet czy naprzemiennie pociągał z butelki, ale także w tym, co przyszło mu do głowy i czym niemal odruchowo podzielił się z Geraldine na głos, kiedy panna młoda pojawiła się na horyzoncie.
- Będzie beeeczeć? To chyba dobrze? - Mimo wszystko zniżył głos, chociaż jednocześnie parsknął przy tym pod nosem. - Nie znam się na mugolskiej modzie. Ślubnej zresztą też nie, ale ta... ...kwiatki ma trafione. Baaardzo wymoooowne - przełknął łyczek alkoholu, kiwając przy tym głową.
Tak. Z nich obojga wychooodzili teraz fachooowcy. Beez wątpienia.
- Masz te swoje urocze stworzenie, nie zabierajmy go do domu - nie darowałby sobie, gdyby tego nie powiedział, chociaż tak po prawdzie, po stokroć wolałby wrócić do domu z prawdziwą kozą albo owcą, aniżeli musieć chwalić gniazdo na głowie panny młodej.
A na to chyba właśnie się zanosiło, ponieważ na sali nastąpiło jeszcze większe poruszenie niż wcześniej. Ludzie, którzy dotychczas byli rozrzuceni po całym pomieszczeniu, nagle zaczęli ustawiać się w coś na kształt okręgu z pustym środkiem, w którym znalazła się młoda para. Od strony czegoś, co z dużym prawdopodobieństwem było drzwiami do kuchni albo na zaplecze, doszedł stukot kieliszków. Zbyt głośny, aby mogło chodzić wyłącznie o kilka zamówionych drinków.
Nie, nie. Niespełna minutę później wyłonił się stamtąd korowód kelnerów i kelnerek. Każde z tacą ze szkłem wypełnionym musującym trunkiem, najpewniej szampanem, z malinką w środku. Pracownicy tego miejsca zaczęli rozdawać kieliszki, jednocześnie dyskretnie sugerując gościom ustawienie. Do uszu Greengrassa dotarły zaś te dwa niezbyt magiczne słowa: indywidualne życzenia. Zanim jednak zdążył zrobić coś więcej niż tylko posłać Yaxleyównie spojrzenie, rozpoczął się drugi akt przedstawienia. Młodzi ruszyli po wewnętrznej części kręgu. W dodatku ktoś obok zdecydowanie chrząknął, prawdopodobnie próbując niezbyt dyskretnie dać do zrozumienia, że i on, i Geraldine powinni przesunąć się tak, aby móc stuknąć się z parą kieliszkami i wymienić choćby pół zdania. W końcu to nie tak, że się tu wjebali, czyż nie?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down