18.06.2025, 10:48 ✶
Ich rozmowy przypominały taniec na linie, zawieszony między światami, które nie miały prawa koegzystować. Jeden niepewny krok, jeden niewłaściwy podryg, jeden błąd wywołany zbyt dużym podmuchem wiatru - spadali w przepaść niedomówień, głębokich uraz i strachu przed utratą tego drugiego.
Nigdy wcześniej nie pozwoliła sobie na gest, który w oczach socjety zarezerwowany był ludzi sobie o wiele bliższych niż oni. Czy bała się, że ją odtrąci? Panicznie. Nawet jeśli podświadomie czuła, że tego nie zrobi, myśli podpowiadały najczarniejsze scenariusze. Zostawi ją tu. Samą. Tak kompletnie samą.
Ale nie uciekł, związany pieczęcią silniejszą niż zaklęcia czy przysięgi małżeńskie. Obietnicą, której nie musieli spisywać tak jak spisywało się intercyzę w urzędzie. Po prostu był i Lorien to do szczęścia wystarczyło. W gruncie rzeczy - jak skomplikowany mógł być taki mały ptaszek jak ona?
Ognisko w takim ogrodzie jak ten w rezydencji w Little Hangleton brzmiało wręcz irracjonalnie. Jak jakiś dziwny, cichutki akt buntu wobec przypisanym rolom społecznym. Ogniska były czymś dobrym dla klasy średniej, która nie przejmowała się, że przybrudzi ubrania popiołem, odbarwi je od trawy, albo nie daj boże znajdzie mrówkę w swoim kawałku szarlotki. Dla takich jak oni szykowano leniwe podwieczorki i wystawne kolacje. Ale przecież… żadna stara ciotka się nie dowie, prawda? Nikt nie zajrzy przez płot i nie zobaczy poważnych polityków siedzących na kocu pod rozgwieżdżonym prawdziwym niebem, opowiadających sobie szeptem stare historie i bajki.
Spuściła wzrok, gdy wrócił temat jej wyjazdu. Bezdroża. Piękne określenie na zabitą dechami wieś pod Bukaresztem, gdzie akurat zatrzymał się jakiś cygański tabor. Nie przeszkadzała mu. Pozwalała szukać tak trudnych słów, błądzić, uczyć się rozmawiać z nią na zasadach, których sama nie była jeszcze pewna. Trochę tak jakby rozgrywali partie pokera, kartami do Monopoly na zasadach pasjansa.
Lorien Mulciber nie słynęła z fałszywej skromności. Od dziecka przyzwyczajana do komplementów, wyrosła na dziewczę doskonale świadome swojego uroku i urody. Ludzie kłamali. Umizgiwali się, licząc że za piękną twarzą kryje się równie piękna, naiwna dusza. Dlatego z reguły im nie wierzyła. Ignorowała zachwycone westchnienia, żałosne komplementy i mniej czy bardziej wyszukane oferty.
Ale tym razem, każde jedno miłe słowo, sprawiało że jej serce biło odrobinę mocniej, a ona sama nieświadomie uciekała spojrzeniem jak uczennica, którą najmilszy chłopak w całym Hogwarcie postanowił zaprosić na zimowy bal z okazji Yule. Odruchowo dotknęła policzka, chcąc sprawdzić czy jest cieplejszy niż zwykle. Może odrobinę.
Myślisz, że jestem śliczna? Powiedz, że jestem!- Żądał mały, spragniony atencji chochlik w jej głowie, ale spacyfikowała go zanim zdążyła palnąć coś głupiego. Chciała, żeby był jej ciekawy. Chciała, żeby myślał o niej i tylko o niej. Nawet jeśli nie należał do niej, Nie musiał. Lubiła sobie wyobrażać, że tak właśnie działa Amortencja. Jak cicha obsesja, kiedy twoje dłonie trzymają w objęciach kogoś innego, ale umysł i tak nie potrafi zaznać wolności. Obsesja wynikająca z tak głębokiej, makabrycznej miłości, gdy możesz tylko czekać i patrzeć jak znika. Wypuścić ją i nigdy nie zapomnieć. Odcisk jej szminki, który tak niezdarnie starała się zetrzeć z kącika jego ust był słodkim aktem zwycięstwa w wojnie jaka szalała w umyśle Lorien. Wojnie, w której Anthony pewnie nie miał pojęcia, że bierze udział.
Milczała przez chwilę. Może nawet dłuższą niż było to potrzebne, ale… ona też musiała się nauczyć nowych słów. Krok po kroczku. Oddech po oddechu, aż nareszcie wspólny taniec na linie przestanie być tak przerażający.
- Po prostu… miło było przez moment nie być panią Mulciber. Nie być nawet sędzią Wizengamotu czy urzędniczką państwową. Być po prostu…- Zamilkła jakby jej własne imię nie do końca chciało jej przejść przez gardło.- kobietą o szalenie trudnym do wymówienia imieniu. Przez chorobę nie bywam nigdy nigdzie incognito. To po prostu zbyt niebezpieczne. Ale tam… Nikt nie wiedział kim jestem. Nie przejmowali się tym. Ktoś chciał ze mną tańczyć, nie dlatego że próbował coś ugrać, tylko dlatego, że wpadłam mu w oko. Tak powiedział. Chociaż nie musiał nawet mówić. Widziałam, jak Alex chciał mu dać w pysk, to wystarczyło. I chodziłam na spacery na wrzosowiska, które były nieopodal i nikt nie dopytywał gdzie się znowu szwendam, albo nie stwierdzał że powinnam się opowiadać przed wyjściem jak na porządną żonę przystało. I było tam dużo bezpańskich kotów, ale uznałam, że nie będziesz chciał mieć w domu kolejnego…- Zrobiła paznokciem krzyżyk na piersi jakby się zaklinała, że niczego z podróży nie przywiozła. Im więcej mówiła tym bardziej się rozluźniała, dusząc w sobie wspomnienie strachu i obraz gniewnej twarzy Anthony’ego. Najwyraźniej przyszedł zasłużony moment szczerości. Taki, którego oboje potrzebowali.- Uznasz, że to głupie, ale… ja też widzę co się dzieje z Alexem. I… to mnie boli. Wyobraź sobie Jacqueline, która się stacza i nic nie jesteś w stanie zrobić. Nawet jeśli zarzeka się, że już nie bierze, to nosi ciężar daru, którego nie rozumiem.- Utkwiła wzrok w kieliszku, stukając nieświadomie długim paznokciem o szklaną nóżkę. Wiele było w jej głosie czułości, gdy mówiła o Mulciberze, to prawda, ale miłości bliższej rodzinnemu przywiązaniu niż jakiejkolwiek innej.- Kiedyś był inny. Mój Alex był kiedyś zupełnie inny. Potrafił się śmiać, patrzył na świat z takim… sama nie wiem, dziwacznym, naukowym zachwytem. Matka jedna wie jaki był upierdliwy, kiedy paplał o gwiazdozbiorach i runach, ale… potem przestał. I to bolało. W Rumuni po raz pierwszy od lat widziałam mojego brata takiego jakim go znałam przez niemal całe moje życie. To mnie cieszy bardziej niż nawet te wszystkie tańce czy och… szalenie dobra kawa jaką mi tam zaparzono jednego poranka.
Rozmarzyła się na samo wspomnienie czarnego, gęstego naparu, wręcz ulepka. Dla samej tej kawy mogłaby tam wrócić i żyć wśród cyganów. Kto by się tam przejmował światem, kiedy mogła pić ten napar bogów cały czas. Chwilę zajął jej powrót do świata żywych, to prawda.
- Mam… zdjęcia. Wywołałam je wczoraj u mugolskiego fotografa.- Przyznała, czując jak policzki nagle płoną niemal dziecięcym rumieńcem. Zanim jednak sięgnęła do torebki, spojrzała uważnie na swojego towarzysza.- Ale musisz obiecać, że nie będziesz się śmiać! I że nikomu o nich nie powiesz!
Nigdy wcześniej nie pozwoliła sobie na gest, który w oczach socjety zarezerwowany był ludzi sobie o wiele bliższych niż oni. Czy bała się, że ją odtrąci? Panicznie. Nawet jeśli podświadomie czuła, że tego nie zrobi, myśli podpowiadały najczarniejsze scenariusze. Zostawi ją tu. Samą. Tak kompletnie samą.
Ale nie uciekł, związany pieczęcią silniejszą niż zaklęcia czy przysięgi małżeńskie. Obietnicą, której nie musieli spisywać tak jak spisywało się intercyzę w urzędzie. Po prostu był i Lorien to do szczęścia wystarczyło. W gruncie rzeczy - jak skomplikowany mógł być taki mały ptaszek jak ona?
Ognisko w takim ogrodzie jak ten w rezydencji w Little Hangleton brzmiało wręcz irracjonalnie. Jak jakiś dziwny, cichutki akt buntu wobec przypisanym rolom społecznym. Ogniska były czymś dobrym dla klasy średniej, która nie przejmowała się, że przybrudzi ubrania popiołem, odbarwi je od trawy, albo nie daj boże znajdzie mrówkę w swoim kawałku szarlotki. Dla takich jak oni szykowano leniwe podwieczorki i wystawne kolacje. Ale przecież… żadna stara ciotka się nie dowie, prawda? Nikt nie zajrzy przez płot i nie zobaczy poważnych polityków siedzących na kocu pod rozgwieżdżonym prawdziwym niebem, opowiadających sobie szeptem stare historie i bajki.
Spuściła wzrok, gdy wrócił temat jej wyjazdu. Bezdroża. Piękne określenie na zabitą dechami wieś pod Bukaresztem, gdzie akurat zatrzymał się jakiś cygański tabor. Nie przeszkadzała mu. Pozwalała szukać tak trudnych słów, błądzić, uczyć się rozmawiać z nią na zasadach, których sama nie była jeszcze pewna. Trochę tak jakby rozgrywali partie pokera, kartami do Monopoly na zasadach pasjansa.
Lorien Mulciber nie słynęła z fałszywej skromności. Od dziecka przyzwyczajana do komplementów, wyrosła na dziewczę doskonale świadome swojego uroku i urody. Ludzie kłamali. Umizgiwali się, licząc że za piękną twarzą kryje się równie piękna, naiwna dusza. Dlatego z reguły im nie wierzyła. Ignorowała zachwycone westchnienia, żałosne komplementy i mniej czy bardziej wyszukane oferty.
Ale tym razem, każde jedno miłe słowo, sprawiało że jej serce biło odrobinę mocniej, a ona sama nieświadomie uciekała spojrzeniem jak uczennica, którą najmilszy chłopak w całym Hogwarcie postanowił zaprosić na zimowy bal z okazji Yule. Odruchowo dotknęła policzka, chcąc sprawdzić czy jest cieplejszy niż zwykle. Może odrobinę.
Myślisz, że jestem śliczna? Powiedz, że jestem!- Żądał mały, spragniony atencji chochlik w jej głowie, ale spacyfikowała go zanim zdążyła palnąć coś głupiego. Chciała, żeby był jej ciekawy. Chciała, żeby myślał o niej i tylko o niej. Nawet jeśli nie należał do niej, Nie musiał. Lubiła sobie wyobrażać, że tak właśnie działa Amortencja. Jak cicha obsesja, kiedy twoje dłonie trzymają w objęciach kogoś innego, ale umysł i tak nie potrafi zaznać wolności. Obsesja wynikająca z tak głębokiej, makabrycznej miłości, gdy możesz tylko czekać i patrzeć jak znika. Wypuścić ją i nigdy nie zapomnieć. Odcisk jej szminki, który tak niezdarnie starała się zetrzeć z kącika jego ust był słodkim aktem zwycięstwa w wojnie jaka szalała w umyśle Lorien. Wojnie, w której Anthony pewnie nie miał pojęcia, że bierze udział.
Milczała przez chwilę. Może nawet dłuższą niż było to potrzebne, ale… ona też musiała się nauczyć nowych słów. Krok po kroczku. Oddech po oddechu, aż nareszcie wspólny taniec na linie przestanie być tak przerażający.
- Po prostu… miło było przez moment nie być panią Mulciber. Nie być nawet sędzią Wizengamotu czy urzędniczką państwową. Być po prostu…- Zamilkła jakby jej własne imię nie do końca chciało jej przejść przez gardło.- kobietą o szalenie trudnym do wymówienia imieniu. Przez chorobę nie bywam nigdy nigdzie incognito. To po prostu zbyt niebezpieczne. Ale tam… Nikt nie wiedział kim jestem. Nie przejmowali się tym. Ktoś chciał ze mną tańczyć, nie dlatego że próbował coś ugrać, tylko dlatego, że wpadłam mu w oko. Tak powiedział. Chociaż nie musiał nawet mówić. Widziałam, jak Alex chciał mu dać w pysk, to wystarczyło. I chodziłam na spacery na wrzosowiska, które były nieopodal i nikt nie dopytywał gdzie się znowu szwendam, albo nie stwierdzał że powinnam się opowiadać przed wyjściem jak na porządną żonę przystało. I było tam dużo bezpańskich kotów, ale uznałam, że nie będziesz chciał mieć w domu kolejnego…- Zrobiła paznokciem krzyżyk na piersi jakby się zaklinała, że niczego z podróży nie przywiozła. Im więcej mówiła tym bardziej się rozluźniała, dusząc w sobie wspomnienie strachu i obraz gniewnej twarzy Anthony’ego. Najwyraźniej przyszedł zasłużony moment szczerości. Taki, którego oboje potrzebowali.- Uznasz, że to głupie, ale… ja też widzę co się dzieje z Alexem. I… to mnie boli. Wyobraź sobie Jacqueline, która się stacza i nic nie jesteś w stanie zrobić. Nawet jeśli zarzeka się, że już nie bierze, to nosi ciężar daru, którego nie rozumiem.- Utkwiła wzrok w kieliszku, stukając nieświadomie długim paznokciem o szklaną nóżkę. Wiele było w jej głosie czułości, gdy mówiła o Mulciberze, to prawda, ale miłości bliższej rodzinnemu przywiązaniu niż jakiejkolwiek innej.- Kiedyś był inny. Mój Alex był kiedyś zupełnie inny. Potrafił się śmiać, patrzył na świat z takim… sama nie wiem, dziwacznym, naukowym zachwytem. Matka jedna wie jaki był upierdliwy, kiedy paplał o gwiazdozbiorach i runach, ale… potem przestał. I to bolało. W Rumuni po raz pierwszy od lat widziałam mojego brata takiego jakim go znałam przez niemal całe moje życie. To mnie cieszy bardziej niż nawet te wszystkie tańce czy och… szalenie dobra kawa jaką mi tam zaparzono jednego poranka.
Rozmarzyła się na samo wspomnienie czarnego, gęstego naparu, wręcz ulepka. Dla samej tej kawy mogłaby tam wrócić i żyć wśród cyganów. Kto by się tam przejmował światem, kiedy mogła pić ten napar bogów cały czas. Chwilę zajął jej powrót do świata żywych, to prawda.
- Mam… zdjęcia. Wywołałam je wczoraj u mugolskiego fotografa.- Przyznała, czując jak policzki nagle płoną niemal dziecięcym rumieńcem. Zanim jednak sięgnęła do torebki, spojrzała uważnie na swojego towarzysza.- Ale musisz obiecać, że nie będziesz się śmiać! I że nikomu o nich nie powiesz!