18.06.2025, 18:28 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.06.2025, 14:30 przez Woody Tarpaulin.)
Nie dostali od starej grama wdzięczności, lecz to tylko pomogło Woody’emu w podbudowie poczucia moralnej wyższości. Oto pomaga i tym, którzy na to nie zasługują. Istny anioł miłosierdzia. Anioł osmolony, obity i z nadłamanym skrzydełkiem, ale o jakiejż rozkosznej spuchniętej twarzy i łysej czaszce.
— Głupich pieniędzy?! — Starucha szarpnęła Lewisa za ucho raz jeszcze, coby mieć pewność, że huncwot poczuje. — Bieda ci, synku, nigdy porządnie w oczy nie zajrzała. Nie wiesz, o czym mówisz!
Perswazja Keyleth nie podziałała, bo i jakże miałby niby wzbudzić respekt w starej nokturnowej wyjadaczce ów wijący się i piszczący chłopaczek? I jak Woody Tarpaulin miałby uwierzyć, że ta osoba to jego zaufany pracownik?
Nie zastanawiał się nad tym długo. Tym razem nie miał wątpliwości, z kim ma do czynienia, ale nie zamierzał burzyć metamorfomagicznego przekrętu w takim momencie. Nikomu by to nie pomogło. Nie był już właściwie nawet oburzony podstępem Keyleth — przeszedł nad nim do porządku dziennego i grał dalej w jej grę.
— Będzie tego. — Podszedł do mamuśki targającej jego kucharza i odciągnął od nieszczęśnika awanturującą się kobietę. Kobietę mimo wszystko nie na tyle głupią, aby iść w zapasy z barczystym chłopem.
— Hans! — zakrzyknęła osaczona kobieta, przywykła, że wezwaniem synów rozwiązuje problemy wymagające masy i mięśni.
Hans miał w sobie jendakże dalece więcej sentymentu dla brata bliźniaka niż roszczeniowa matka. Nawet mało wprawny obserwator dostrzegłby, że Spalona Noc coś w nim złamała. Nie zerwał się na wezwanie matki, jak to zwykle czynił, lecz pozostał przy swoim rannym bracie. Pozbawiona tego wsparcia starucha musiała spuścić z tonu.
Woody tymczasem wzniósł oczy w górę, na płonący Warsztat. Wokół wciąż krążyły czarne chmury popiołów, które — jak podejrzewał — unosiły się najgęściej nad celami Śmierciożerców. Ta rodzina wciąż mogła być w niebezpieczeństwie, lecz nawet gdyby nie była: nie godziło się pozostawić rannego na bruku ot tak.
— Zabierzecie się dziś do nas — obwieścił Tarp, licząc w głębi ducha, że nie usłyszy głosów sprzeciwu i wszystko pójdzie już gładko. — Lewis, dalej zamierzasz się wić jak panienka czy dasz już sobie radę z panią? — Pani nie była może szczęśliwa z tego obrotu wypadków, ale wyglądało na to, że i ona zaczyna sobie zdawać sprawę z beznadziei swojego położenia. — Weź ją na piętro, żeby nie zwracała uwagi, i czekaj na mnie — dodał ciszej ochrypłym głosem, tak aby dotarło to wyłącznie do ucha Keyleth-Lewisa.
Po tych słowach Woody podszedł do Braciszków. Ranny z braci — nadam mu imię Robert, żeby nie pozostał anonimową kukiełką — nie wyglądał fantastycznie i z pewnością będzie wymagał w miarę pilnej interwencji uzdrowiciela. Na razie jednak najważniejsze było przeniesienie go do schronienia. Wraz z Hansem wzięli go pod ramiona, co wydusiło z mężczyzny tłumiony okrzyk. Woody postarał się teleportować z Braćmi jak najszybciej, prosto do piwnicznej kryjówki, aby oszczędzić mu zbędnego cierpienia.
rzucam na translokację dla teleportacji łączonej
Nie był to może czołowy wyczyn teleportacyjny Woody’ego i turbulencje mogły nieco dać w kość rannemu, lecz najważniejsze było, że znaleźli się u celu: w rejwachowej piwnicy, którą wcześniej przygotowali z Jonathanem. Czarodziej wskazał Braciom fotel, na którym można było złożyć rannego; zapewnił, że wkrótce sprowadzi uzdrowiciela, po czym udał się na górę, gdzie teleportować się miała Keyleth z matką nieszczęśników.
— Głupich pieniędzy?! — Starucha szarpnęła Lewisa za ucho raz jeszcze, coby mieć pewność, że huncwot poczuje. — Bieda ci, synku, nigdy porządnie w oczy nie zajrzała. Nie wiesz, o czym mówisz!
Perswazja Keyleth nie podziałała, bo i jakże miałby niby wzbudzić respekt w starej nokturnowej wyjadaczce ów wijący się i piszczący chłopaczek? I jak Woody Tarpaulin miałby uwierzyć, że ta osoba to jego zaufany pracownik?
Nie zastanawiał się nad tym długo. Tym razem nie miał wątpliwości, z kim ma do czynienia, ale nie zamierzał burzyć metamorfomagicznego przekrętu w takim momencie. Nikomu by to nie pomogło. Nie był już właściwie nawet oburzony podstępem Keyleth — przeszedł nad nim do porządku dziennego i grał dalej w jej grę.
— Będzie tego. — Podszedł do mamuśki targającej jego kucharza i odciągnął od nieszczęśnika awanturującą się kobietę. Kobietę mimo wszystko nie na tyle głupią, aby iść w zapasy z barczystym chłopem.
— Hans! — zakrzyknęła osaczona kobieta, przywykła, że wezwaniem synów rozwiązuje problemy wymagające masy i mięśni.
Hans miał w sobie jendakże dalece więcej sentymentu dla brata bliźniaka niż roszczeniowa matka. Nawet mało wprawny obserwator dostrzegłby, że Spalona Noc coś w nim złamała. Nie zerwał się na wezwanie matki, jak to zwykle czynił, lecz pozostał przy swoim rannym bracie. Pozbawiona tego wsparcia starucha musiała spuścić z tonu.
Woody tymczasem wzniósł oczy w górę, na płonący Warsztat. Wokół wciąż krążyły czarne chmury popiołów, które — jak podejrzewał — unosiły się najgęściej nad celami Śmierciożerców. Ta rodzina wciąż mogła być w niebezpieczeństwie, lecz nawet gdyby nie była: nie godziło się pozostawić rannego na bruku ot tak.
— Zabierzecie się dziś do nas — obwieścił Tarp, licząc w głębi ducha, że nie usłyszy głosów sprzeciwu i wszystko pójdzie już gładko. — Lewis, dalej zamierzasz się wić jak panienka czy dasz już sobie radę z panią? — Pani nie była może szczęśliwa z tego obrotu wypadków, ale wyglądało na to, że i ona zaczyna sobie zdawać sprawę z beznadziei swojego położenia. — Weź ją na piętro, żeby nie zwracała uwagi, i czekaj na mnie — dodał ciszej ochrypłym głosem, tak aby dotarło to wyłącznie do ucha Keyleth-Lewisa.
Po tych słowach Woody podszedł do Braciszków. Ranny z braci — nadam mu imię Robert, żeby nie pozostał anonimową kukiełką — nie wyglądał fantastycznie i z pewnością będzie wymagał w miarę pilnej interwencji uzdrowiciela. Na razie jednak najważniejsze było przeniesienie go do schronienia. Wraz z Hansem wzięli go pod ramiona, co wydusiło z mężczyzny tłumiony okrzyk. Woody postarał się teleportować z Braćmi jak najszybciej, prosto do piwnicznej kryjówki, aby oszczędzić mu zbędnego cierpienia.
rzucam na translokację dla teleportacji łączonej
Rzut N 1d100 - 48
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Nie był to może czołowy wyczyn teleportacyjny Woody’ego i turbulencje mogły nieco dać w kość rannemu, lecz najważniejsze było, że znaleźli się u celu: w rejwachowej piwnicy, którą wcześniej przygotowali z Jonathanem. Czarodziej wskazał Braciom fotel, na którym można było złożyć rannego; zapewnił, że wkrótce sprowadzi uzdrowiciela, po czym udał się na górę, gdzie teleportować się miała Keyleth z matką nieszczęśników.
piw0 to moje paliwo