19.06.2025, 21:31 ✶
Piękne, barwne, kolorowe czerwienią, karminem, sycącym oranżem i złotem. Pióra nie leciały z nieba w barwnym kolorado lecz szare płatki przywoływały je w okrutnej i bezwzględen formie artystycznej utraty - pięknej przerażającej za razem. Pióra tańczyły na budynkach, oczeranijąc je światłem i cieniem, upiększając unikatowością łuku i kształtu, który był niemożliwy do podrobienia, zmieniający się w każdej jednej sekundzie, w każdym oddechu straszliwego żywiołu. Jeszcze nie wszędzie - to była dopiero intensyfikacja, dopiero otchłań barw miała pochłonąć Londyńskie ulice, dopiero festiwal piór, miał znaleźć swoją finalną eskalację.
Na razie czarna figura przemieżała Aleję Horyzontalną, od Fontanny Szczęścia, pubu w którym za kilka godzin dopiero spotka sięz Jonathanem, choć już teraz zapewne jego drugie ego prowadziło tamże rozmowę, albo już wyszło, by weryfikować dół alei. Ten Morpheus nie wiedział tego, jeszcze świeży, otoczony doświadczeniem, które dopiero go umęczy, doprowadzi na skraj.
Jeszcze nie.
Pan Czasu przemierzał Aleję, mogąc na tym etapie ocenić co realnie było celem chmurego ataku, a nie pochodną tej magicznej agresji. Które budynki stanowiły pacjentów zero tej szaleńczej zarazy, od których ogień rozprzestrzeniał się dalej. Sklep z piórami mógł zostać odnotowany, podobnie jak fakt, że siedziby rodowe chronione czy to magią własną, czy decyzją okrutnego Lorda pozostawały jak na razie bez skazy - Crouchowie, Shafiqowie, gdzieś za plecami w dali pozostawiona Biblioteka znajdująca się pod kuratelą Parkinsonów... Topiły się zakłady, skelpiki rozlewała woda z kielicha opuszczonego króla siedzącego na kamiennym tronie. Gdzieś głośno para kochanków sprzeczała się o to, do których rodziców biec aby im pomagać, w tej kłótni zapominając, że stojąc tu nie pomagają nikomu. Gdzieś przemknęła obok grupa brygadzistów, z czego zbyt łatwo do uszu Morpheusa dolatywała mantra najmłodszego z nich To się nie dzieje, to się nie dzieje.... Tuż przed nim wybuchła burda, gdzie najprawdopobobniej zakład jubileski nie został podpalony "od góry" popiołem, czy "od boku" pożarem sąsiednim, a ktoś ten pożar wywołał w środku zbyt łatwo znajdując okazję do tego, aby szybko się wzbogacić, gdy wszyscy wkoło tracili.
Wzrok chłonął, słuch, powonienie, instynkt i nitki czasu łączące się w chaosie. Prawa czasu, do których jeszcze nie zawitał złotooki kruk z ocaloną sierotą, były na wyciągnięcie ręki, podobnie jak znajdujący się antykwariat gdzie ta sama istota właśnie wyparowała z kilkoma okrzykami w kierunku gospodyni i puściła się biegiem tam skąd przyszedł - ku mijanej aptece, jeszcze nie przypalonej niczym. Przeszłość i przyszłość splatały się w tym węźle, odległym i bliskim jednocześnie, okalonym wieńcem czerwonych i złotych piór niczym w pióropuszu jakiegoś azteckiego boga.
Jesień przyszła w tym roku szybciej...
Na razie czarna figura przemieżała Aleję Horyzontalną, od Fontanny Szczęścia, pubu w którym za kilka godzin dopiero spotka sięz Jonathanem, choć już teraz zapewne jego drugie ego prowadziło tamże rozmowę, albo już wyszło, by weryfikować dół alei. Ten Morpheus nie wiedział tego, jeszcze świeży, otoczony doświadczeniem, które dopiero go umęczy, doprowadzi na skraj.
Jeszcze nie.
Pan Czasu przemierzał Aleję, mogąc na tym etapie ocenić co realnie było celem chmurego ataku, a nie pochodną tej magicznej agresji. Które budynki stanowiły pacjentów zero tej szaleńczej zarazy, od których ogień rozprzestrzeniał się dalej. Sklep z piórami mógł zostać odnotowany, podobnie jak fakt, że siedziby rodowe chronione czy to magią własną, czy decyzją okrutnego Lorda pozostawały jak na razie bez skazy - Crouchowie, Shafiqowie, gdzieś za plecami w dali pozostawiona Biblioteka znajdująca się pod kuratelą Parkinsonów... Topiły się zakłady, skelpiki rozlewała woda z kielicha opuszczonego króla siedzącego na kamiennym tronie. Gdzieś głośno para kochanków sprzeczała się o to, do których rodziców biec aby im pomagać, w tej kłótni zapominając, że stojąc tu nie pomagają nikomu. Gdzieś przemknęła obok grupa brygadzistów, z czego zbyt łatwo do uszu Morpheusa dolatywała mantra najmłodszego z nich To się nie dzieje, to się nie dzieje.... Tuż przed nim wybuchła burda, gdzie najprawdopobobniej zakład jubileski nie został podpalony "od góry" popiołem, czy "od boku" pożarem sąsiednim, a ktoś ten pożar wywołał w środku zbyt łatwo znajdując okazję do tego, aby szybko się wzbogacić, gdy wszyscy wkoło tracili.
Wzrok chłonął, słuch, powonienie, instynkt i nitki czasu łączące się w chaosie. Prawa czasu, do których jeszcze nie zawitał złotooki kruk z ocaloną sierotą, były na wyciągnięcie ręki, podobnie jak znajdujący się antykwariat gdzie ta sama istota właśnie wyparowała z kilkoma okrzykami w kierunku gospodyni i puściła się biegiem tam skąd przyszedł - ku mijanej aptece, jeszcze nie przypalonej niczym. Przeszłość i przyszłość splatały się w tym węźle, odległym i bliskim jednocześnie, okalonym wieńcem czerwonych i złotych piór niczym w pióropuszu jakiegoś azteckiego boga.
Jesień przyszła w tym roku szybciej...