Czasami bywa tak, że cholernie się starasz. Długo nad czymś pracujesz. Ciężko również. W zasadzie to wręcz wypruwasz sobie nad tym flaki i... chuja z tego masz. Dokładnie tyle. Tylko tyle. Za każdym razem biały króliczek wymyka Ci się z rąk, zmuszając do tego, żebyś wszystko zaczynał od nowa; żebyś ponownie zaczął za nim gonić. Dokładnie tak przedstawiała się sprawa Jonathana Avery'ego. Nie była prosta. Nie była łatwa. Wszystko przeciągało się w czasie.
Przeciągało się aż do tego momentu, kiedy zupełnie niespodziewanie pojawiła się na wyciągnięcie ręki opcja, która mogła pomóc z całą tą sprawą się uporać.
Wreszcie ją zamknąć.
Uważnie słuchał Wilhelma. Przez cały czas go obserwował. W głowie Mulcibera pojawiały się kolejne pytania, których nie zdecydował się jednak zadać na głos. Nie przerywał chłopakowi, nie odzywał się bez wyraźnej potrzeby. Z niczym się nie śpieszył bardziej niż to było konieczne. Nie chciał postawić kolejnego kroku na tym polu, pod którym ukryty był mechanizm pułapki.
Bo przecież nadal nie miał pewności odnośnie tego czy za tym wszystkim nie krył się jakiś podstęp.
- Odważnie zakładasz, chłopcze, że znasz mój cel. - zauważył, zaraz po tych słowach ponownie przykładając papierosa do ust. Uważnie dobierał słowa. Zanim wypowiadał na głos kolejne, te rozbrzmiewały w jego głowie. Upewniał się, że brzmią w odpowiedni sposób. Właściwy.
Chwilę milczał, zastanawiając się w jaki sposób należy podejść do tego, co padło właśnie z ust Wilhelma. Ciężko było nie zrozumieć tego, co chłopak miał na myśli. Co właśnie... nie, w zasadzie on nawet tego nie sugerował. Był na tyle odważny, żeby powiedzieć o tym wprost. Odważny albo głupi. W grę mogło wchodzić również połączenie jednego z drugim.
- Dlaczego miałbyś to zrobić? - zapytał. I było to pytanie logiczne. Jonathan był jego ojcem. Martha matką. Jakimi musieli być rodzicami, skoro Wilhelm gotów był na tego rodzaju poświęcenie? Blizna ciągnąca się od szyi, przez policzek, zahaczająca o kawałek ucha, stanowiła w tym przypadku pewien trop. Na ile mógł jednak temu zaufać? Robert sam miał nie najlepsze relacje z ojcem. Franka szczerze nienawidził. Nie zmieniło się to nawet po jego śmierci, a kwiatki wąchał od spodu już ponad 6 lat. To całkiem spory kawał czasu.