21.06.2025, 00:21 ✶
Basilius był wściekły. Albo przerażony. Albo i to i to.
Kamienicę miał pod nosem niemal cały ten czas biegając po Horyzontalnej i chociaż widział, że nie płonęła to martwił się co się działo w środku. A nie mógł sam tam pójść i tego sprawdzić, bo co chwila ktoś był ranny. A niestety wykrwawiający się pacjent nie jest w stanie poczekać na niego, aż rozejrzy się po domu.
W końcu jednak udało mu się na chwilę uciec z tego ciągu pacjentowo-obrażeniowego i stał właśnie przed drzwiami kamienicy. Na pierwszy rzut oka nie wyglądała źle. Ktoś co prawda wybił jedno okno, ale przynajmniej nic aktywnie nie płonęło.
Nie znaczyło to jednak, że martwił się jakkolwiek mniej. Nie miał przecież pojęcia co się działo z jego rodzeństwem i Cerberem i Prewett musiał naprawdę mocno walczyć z własną głową, aby blokować jakiekolwiek złośliwe obrazy na temat tego co się mogło wydarzyć i jak temu mógł zapobiec.
Wziął głęboki oddech i stanowczym ruchem otworzył drzwi, modląc się do Matki, aby nie znalazł tam nikogo rannego. Lub martwego.
Od progu powitało go uczucie, które wbrew temu co się działo w jego rodzinie, nigdy nie towarzyszyło mu wcześniej, gdy wkraczał do przedpokoju kamienicy – przerażenie. Zrzucił to jednak na karb niepokoju o innych członków rodziny. Co jeśli ich tutaj nie zastanie? Gdzie tak właściwie byli? Co jeśli już coś im było? Rozejrzał się do okoła, a jego wzrok padł na popiersiu Oktawiana, które pokrywała sadza. Tak samo, jak i ściany. I szafkę...
W pierwszej chwili chciał zawołać rodzeństwo, ale powstrzymał się na wypadek, gdyby był tu ktoś inny. W tym samym jednak momencie usłyszał z salonu znajome szczekanie i już po chwili powitał go Cerber, tak jakby po prostu Prewett wracał z pracy. Basilius odetchnął z ulgą i kucnął aby pogłaskać psiaka. Przynajmniej on był cały. Dobrze. I chyba w takim razie w domu było bezpiecznie.
– Ellie? Ari? Jest tu ktoś? – krzyknął, wstając z kucek i nie czekając na odpowiedź ruszył w kierunku salonu. Na wszelki wypadek miał już jednak wyciągniętą różdżkę.
Kamienicę miał pod nosem niemal cały ten czas biegając po Horyzontalnej i chociaż widział, że nie płonęła to martwił się co się działo w środku. A nie mógł sam tam pójść i tego sprawdzić, bo co chwila ktoś był ranny. A niestety wykrwawiający się pacjent nie jest w stanie poczekać na niego, aż rozejrzy się po domu.
W końcu jednak udało mu się na chwilę uciec z tego ciągu pacjentowo-obrażeniowego i stał właśnie przed drzwiami kamienicy. Na pierwszy rzut oka nie wyglądała źle. Ktoś co prawda wybił jedno okno, ale przynajmniej nic aktywnie nie płonęło.
Nie znaczyło to jednak, że martwił się jakkolwiek mniej. Nie miał przecież pojęcia co się działo z jego rodzeństwem i Cerberem i Prewett musiał naprawdę mocno walczyć z własną głową, aby blokować jakiekolwiek złośliwe obrazy na temat tego co się mogło wydarzyć i jak temu mógł zapobiec.
Wziął głęboki oddech i stanowczym ruchem otworzył drzwi, modląc się do Matki, aby nie znalazł tam nikogo rannego. Lub martwego.
Od progu powitało go uczucie, które wbrew temu co się działo w jego rodzinie, nigdy nie towarzyszyło mu wcześniej, gdy wkraczał do przedpokoju kamienicy – przerażenie. Zrzucił to jednak na karb niepokoju o innych członków rodziny. Co jeśli ich tutaj nie zastanie? Gdzie tak właściwie byli? Co jeśli już coś im było? Rozejrzał się do okoła, a jego wzrok padł na popiersiu Oktawiana, które pokrywała sadza. Tak samo, jak i ściany. I szafkę...
W pierwszej chwili chciał zawołać rodzeństwo, ale powstrzymał się na wypadek, gdyby był tu ktoś inny. W tym samym jednak momencie usłyszał z salonu znajome szczekanie i już po chwili powitał go Cerber, tak jakby po prostu Prewett wracał z pracy. Basilius odetchnął z ulgą i kucnął aby pogłaskać psiaka. Przynajmniej on był cały. Dobrze. I chyba w takim razie w domu było bezpiecznie.
– Ellie? Ari? Jest tu ktoś? – krzyknął, wstając z kucek i nie czekając na odpowiedź ruszył w kierunku salonu. Na wszelki wypadek miał już jednak wyciągniętą różdżkę.